Aplikacja w telefonie, która strasznie mnie wkurza

Aplikacja w telefonie, która strasznie mnie wkurza

Przydatna aplikacja w telefonie to prawdziwy skarb. Już prawie nie musimy myśleć. Słownik podpowie tłumaczenie, lista zakupów sprawi, że o niczym nie zapomnimy, będąc w sklepie, a kalendarzyk uprzejmie nam doniesie, że następnego dnia będziemy miały okres. I fajnie, też z tego korzystam. Jest jednak jedna aplikacja, która mnie wkurza, bo nie wiem, jakich wiadomości mogę się spodziewać: dobrych czy złych.

Niemiłe zaskoczenie – z tym mi się kojarzy ta przydatna, acz trochę nielubiana przeze mnie aplikacja. Każdy dźwięk powiadamiający o zmianach naniesionych na profilu, sprawia, że podchodzę do telefonu jak pies do jeża – z pewną dozą niepewności i jednocześnie z nadzieją, na pozytywny wynik. Bo nie wiem, czy mnie zaatakuje zła wiadomością, czy wręcz przeciwnie – będzie dla mnie miła aż nawet się uśmiechnę.  I ta niepewność nastraja mnie tak nerwowo, że czasem boję się odebrać pikające z ekranu powiadomienie, a często je po prostu ignoruję.

Dziennik elektroniczny – bo o tej aplikacji mowa – to nieustannie wkurzające mnie narzędzie. A czemu ja się irytuję? A to na minusy za brak czegoś tam, a to za trzy pały na raz, a to za brak zadania domowego. Te ostatnie szczególnie mnie drażni, bo codziennie wyganiam delikwenta do pokoju, żeby odrobił lekcje, a i tak coś mu ucieka. Albo nie dopatrzy czegoś, co jest oczywiste i wiadomo, że nauczyciel o to się upomni. 

Wiem, że jako rodzic muszę wspomóc moje dziecko w nauce. Wiem, że ma problemy z koncentracją, jak chyba co drugie dziecko w dzisiejszych czasach. Jednak nie mogę sprawdzać zeszytów jak uczniowi w pierwszej klasie, bo musi wziąć odpowiedzialność za swoje oceny, uświadomić sobie, że to jest jego obowiązek i samodzielnie kontrolować swoje szkolne zajęcia. Więc daję mu wolną rękę.

I zawsze to się na mnie mści. Złą wiadomością z dziennika elektronicznego. I kolejną porcją moich nerwów. Bo trzeba będzie poprawić, powtarzać, przypominać albo… odpuścić. To z kolei nauczy moje dziecko braku konsekwencji za nieprzygotowanie się do zajęć, a to chyba nie jest dobra lekcja.

Przyszłość moich dzieci leży mi na sercu, jak każdej matce. Która by nie chciała, że jej dziecko przeszło przez szkołę jak burza, robiąc dwie klasy w rok, rozwijając swoje pasje i zainteresowania na poziomie naukowym? No, ja bym chciała! Przynajmniej nie musiałabym siedzieć z moim synem godzinami, powtarzając historię albo przyrodę, odpytując go sto razy, angażując się i przeżywając, i słusznie czekając na pozytywne rezultaty mojej krwawicy.

A tu trója.

Kiedy podchodzę to telefonu i otwieram aplikację dziennika elektronicznego i odbieram taką właśnie radosną wiadomość, no to szlag chce mnie trafić! Bo jak to? Umiał. Powtarzał. Oglądaliśmy filmy, rozmawialiśmy, dyskutowaliśmy. Nie wkuwał na pałę i na pamięć, opowiadałam mu to prostym językiem. I za to wszystko dostatecznie li tylko. Kurwa!

Dlatego mam lęki. Klikam na ikonkę i z nerwowym drżeniem żuchwy zastanawiam się, co znowu? Czasem oddycham z ulgą, bo jest ok. Piona, czwóra, plusy, nawet trója – niech będzie, w końcu dostatecznie pojął wiedzę i wykazał się umiejętnościami na poziomie wystarczającym. Ale czasem oddycham głęboko 10 razy, żeby nie wybuchnąć, bo oto pała za zadanie domowe tkwi zgrabnie, jak konwalijka pomiędzy piątkami i czwórkami, i od razu psuje średnią na półrocze. Albo trzy wykorzystane minusy za brak przygotowania, a jest dopiero końcówka września! AAAA! Gdzie tu strategia i taktyka?

Więc koniec z końców wyłączyłam aplikację, żeby mi nie dzwoniła co dzień, bo już zaczynałam się obawiać, że wpadnę w jakiś obłęd. Sposób okazał się trafiony. Zaczęłam wracać do dobrych relacji z moim synem. Mój zszargany umysł karmiony był tylko dobrymi wiadomościami ze szkoły. Żadnych pał, żadnych minusów i niezaliczonych sprawdzianów. Przez jakiś tydzień mamiłam mój umysł, że wszystko jest w najlepszym porządku. Cieszyłam się na wiadomość o dobrych stopniach, bo tylko takie trafiały do mojej wiadomości. No po prostu balsam dla mojej duszy. Reszta była słusznie filtrowana i trafiała do spamu. I w tym radosnym otumanieniu trwałam aż mi się przypomniało, że ach trzeba by spojrzeć na te piątki i szóstki, którymi się chwali mój syn, oko sobie nacieszyć!

I wtedy spadam z hukiem na ziemię. Zazwyczaj.

Więc dopytuję, co się stało, dlaczego nie odrabia zadań domowych, może czegoś mu brakuje, może mu pomóc? I w tym momencie moje dziecko wkracza na najwyższy poziom zdumienia. On nie wie, że ma takie oceny! Dziwi się, otwiera oczy tak szeroko, że już się zaczynam zastanawiać, czy aby nauczyciel się nie pomylił i nie wstawił jedynki mojemu orłu przez pomyłkę!

I niby wiem, że to jego stopnie i jego odpowiedzialność. Że nie powinnam sprawdzać i kontrolować. Że w przyszłości na nic mu te piątki i czwórki, bo i tak będzie robił co innego albo uczył się na nowo. Ale, kurde, no nie potrafię się na to wyluzować! Z jednej strony wkurzam się na moje dziecko, że tak łatwo traci możliwość uzyskania lepszej średniej, a z drugiej na siebie, że jestem beznadziejna, bo nie potrafię dopilnować jego lekcji. Ale przecież duży jest, szósta klasa, no ileż ja będę nad nim stała? Kiedy się nauczy odpowiedzialności za swoje stopnie, jeśli będę go ciągle kontrolować?

Więc postanowiłam wyłączyć ten wynalazek techniki. Zaglądam niepewnie raz w tygodniu i wkurzam się (a czasem nie, muszę to przyznać z radością) trochę rzadziej niż to miało miejsce, kiedy aplikacja przesyłała mi powiadomienia na moją komórkę prawie codziennie. Choć czasem trzy jedynki na raz sprawiają, że tracę na chwilę oddech, to i tak jest to lepsze niż migotanie komór trzy razy w tygodniu. Przyjęłam również do wiadomości, że czwórka to dobra ocena, a trója, to jak cię mogę, ale też może być. I żyje mi się trochę lżej.

Jednak już niedługo. Bo oto od września na librusowy profil trafi mój średni syn. Daj Boże, żeby dobrze mu szło, bo naprawdę w końcu trafię do psychiatryka! 

 

Gwoli wyjaśnienia: nie jest aż tak strasznie ze stopniami mojego syna.  Jedynki pojawiają się wszak obok piątek i czwórek. To ja trochę za bardzo się nimi przejmuję. Irytujące jest jednak to, w jak bezmyślny sposób łapie te najgorsze oceny, które ważą na jego średniej. Na szczęście! Są takie przedmioty jak religia, plastyka, technika i komputery, na które zbytnio nie trzeba się uczyć, a i tak dostaje się piątki, a nawet szóstki i dzięki temu średnią ładnie można podciągnąć 🙂

  • u nas póki co dziennika elektronicznego nie ma za to będzie w drugiej klasie ciekawe czy też będzie mnie tak irytowało jak Ciebie :p