Bez samochodu jak bez ręki

Bez samochodu jak bez ręki

Bez samochodu jak bez ręki – czasem naprawdę trudno jest funkcjonować. Jak się ma mało czasu i dużo maneli, łącznie z dziećmi, to jest jak znalazł. Gorzej jak coś się stanie – awaria, stłuczka, dziurawa opona – już jest problem, trzeba się inaczej zorganizować, zmienić logistykę, no i transport. Na mniej wygodny.

Dziś zwlekłam się rano koszmarnie niewyspana. Postanowiłam, że jak Malutek pójdzie na drzemkę, ja również. Z tą myślą, półprzytomna, szybko wyprawiłam najstarszego syna i zawiozłam go do szkoły. Kiedy wróciłam przypomniało mi się, że młodszy ma o 9.00 angielski, więc zła, że znowu będę musiała jechać, kazałam mu się szybko zebrać. Wychodzimy i przykra niespodzianka.

– Mamo, zobacz! – syn wskazał na syczące koło. W oponie było już połowę powietrza.

Wpadłam w konsternację. Ale gdzie to się stało, kiedy? Pierwszy raz złapałam gumę i jakoś tak przyjęłam to ze zdziwieniem. No, bo ja? Mi się to zdarzyło? Dzięki Bogu, że przed domem, a nie w mniej komfortowym miejscu.

Szybko zbieram myśli. Nie ma co panikować, z boku stoi nasz drugi samochód, który lada dzień trafi do mojego taty. Stoi tak, bo trzeba wymienić lampę i kilka części, których nie możemy znaleźć w tym kolorze. Ale samochód jest na chodzie, więc szybko lecę po kluczyk. Wsiadam, przekręcam stacyjkę, światełka się świecą, ale silnik milczy… Ożeż, tego się nie spodziewałam! Teraz to już naprawdę jestem udupiona.

Pal sześć, dzieci. Najwyżej przejdę się z małym na piechotkę, będzie i spacerek i parę minut dla zdrowia (do szkoły mamy 2 km i nie ma autobusu). Dziś dam radę. Ale jutro? Jutro mam okulistę – wizyta zaplanowana od pół roku – na drugim końcu miasta. Na 9.00 rano. Z trójką dzieci, w tym jeden najmniejszy pojedzie wózkiem. Masakra. Oczywiście, wszystko da się zrobić, ale będzie ciężko. Na samą myśl dostałam zimnych potów. Mąż w delegacji, cały majdan na mojej głowie.

Już raz już tak miałam. Musiałam samochód oddać do warsztatu. Mąż nieosiągalny. Zamawiam więc taksówkę, która czeka na mnie już przed warsztatem. Podjeżdżam i… Co najpierw? Małego? Fotelik? Zakupy? A może najpierw mechanik? Ściągam małego z fotelika, zapinam pasami na tylnym siedzeniu. Fotelik przekładam do taksówki, tam problem, nie mogę go zapiąć. Kierowca pomaga i za chwilę mogę przełożyć dziecko. No ale, przecież nie zostawię go z obcym facetem. Biorę zakupy, z torby wystają mi pory, więc wygląda to komicznie, i umieszczam w taksówce. Małego odpinam, biorę na ręce i idę do warsztatu przekazać kluczyki. Dopiero potem spokojnie lokuję się w taksówce i ocieram pot z czoła.

Niby nic takiego, a zachodu było z tym przekładaniem, jakby to nie wiadomo co było.

Dziś ta historia tłukła mi się po głowie, kiedy tak stałam i zastanawiałam się co tu zrobić. Pierwsza myśl: mały może nie iść na angielski, lekcje mu się zaczynają o 11.35, więc mamy trochę luzu. Potem biorę wózek i idziemy na piechotę, z powrotem tak samo. Ale jutro bez taksówki nie dam rady.

Patrzę na to koło. Nigdy nie zmieniałam, więc nie wiem jak się do tego zabrać. Zresztą jestem samochodowym ignorantem. Wsiadam i ma jechać. Nie docierają do mnie żadne stuki i puki, zapominam o zmianie opon, nie słyszę żadnego dziwnego szurania w silniku. Ostatnio nawet jechałam do domu, była zima i ciemno, a ja mam kawałek drogi bez oświetlenia. Nie zastanowiło mnie, że jest naprawdę bardzo ciemno i muszę nieźle wytężać wzrok. Nawet mi przez myśl nie przeszło, że może żarówka się przepaliła. Mąż wsiadł i od razu się zorientował. A ja jak zwykle wyszłam na idiotkę. 

Zadzwoniłam do męża, musi wracać i coś zrobić. Mąż zły, on też musi zmienić plany.

Ale przyszło mi na myśl jeszcze, że może mam jakieś assistance – czasem mamy takie dodatki do karty, do konta albo do ubezpieczenia. Chwyciłam umowę z ubezpieczalni, która oczywiście jest napisana tak, żeby się nie zorientować o co chodzi. Po próbie zrozumienia treści postanawiam jednak zadzwonić i się dowiedzieć. Okazało się, że mamy pakiet rozszerzony i przyjedzie do mnie pomoc drogowa i wymieni mi koło. Jestem uratowana!!!

Miły pan nie tylko wymienił koło, ale również naładował mi akumulator w drugim samochodzie. 

– Proszę mi nie dziękować, przecież to żaden problem, no i mam sprzęt w samochodzie. Nie mógłbym przecież zostawić pani samej z takim kłopotem. Nie dość, że kobieta, to jeszcze z dzieckiem – popatrzył na średniego syna, który nam asystował. Mały akurat spał.
– Z trójką dzieci – poprawiłam go.
– O-cho-cho, to tym bardziej!

I tak pechowy poranek okazał się na koniec całkiem miły, a problem rozwiązany!

O moich perturbacjach z samochodem i odczepioną klapą od silnika, którą szurałam po asfalcie, przeczytacie tu

 

Jestem ciekawa, jak sobie radzicie z awariami w samochodzie? Jesteście do końca kobietami i nie dotykacie tematu czy jednak zdarzyło wam się wymienić koło?