Być mamą, czyli jak macierzyństwo wygląda naprawdę

Być mamą, czyli jak macierzyństwo wygląda naprawdę

Tak sobie patrzę na te reklamy, gdzie macierzyństwo jest takie piękne, a karmienie piersią cudne jak nic na świecie, dzieci różowe, pachnące i śliczne. Ale jak wygląda macierzyństwo naprawdę, jak to jest być mamą w realu?

Myślałam o tym wszystkim dziś wieczorem jak obcinałam mojemu pierworodnemu pazury u nóg. Pazury zaszły brudem i zawinęły się prawie pod spód stopy. Oczywiście moja to wina, że takie są, bo jeśli chodzi o moje dzieci, to mogą tak chodzić i nic im nie przeszkadza, aż matka zauważy i wyratuje z opresji. Gira wisi nad kiblem, a ja jak jakiś siepacz spełniam swoją powinność. W kolejce stoi drugi do posmarowania mięczaków, wyciągnięcia miodu z uszu i smarów z nosa.

Trzeci obsrany od kolan po pachy. Trzeba być mistrzem, żeby przebrać takiego malucha, który chce się przekręcić akurat kiedy wycieram mu jajka z kupy, a moją ambicją jest żeby nie wykopał się z rajtuz i spodenek i żeby nie ubrudził przewijaka. Wywijając hołubce, odkładam brudną pieluchę na murek, o czym natychmiast zapominam, potem jak idę się kąpać mam gotową aromaterapię.

Pamiętam jeszcze z uroków macierzyństwa fruwające po całym pokoju pawie: “Mamo! Niedobrze mi!!” i fruuu w pościel. Jest pierwsza albo druga w nocy, a ja muszę zmieniać całą pościel. Albo ostatnio: “Mamo! siusiak mnie boli!”, a ja już lecę wymoczyć klejnoty w kieliszku z rivanolem. No, były jeszcze pływające u-booty w wannie (wtedy żałowałam, że nie mam zainstalowanego w wannie takiego młynka do mielenia odpadów), niespuszczone z toalety klocki i gniazda z ciuchów w łazience. Pamiętam parę razy jak sprawdzając czy koszulka mojego synusia jest świeża, zaciągnęłam się dorszem spod skrzydła wywołanym w-fem i sks-em, że prawie padłam odurzona jak w narkozie. Były jeszcze pasożyty i noszenie kupy na badania. O! to był cyrk, jak trzeba było pokroić parującego jeszcze kreta i z trzech miejsc wybrać po kawałku do badania. I się nie porzygać. Nie wiem czy coś mnie jeszcze wzruszy, myślę, że nawet się niedługo nadam do reality show “Nieustraszeni” i zjem kanapkę z włosami….

No i tak jak obcinałam te pazury w dzisiejszy sobotni wieczór, powiedziałam, że koniec z tą traumą i wręczyłam mojemu synowi cążki do paznokci. Trudno, najwyżej poobcina sobie więcej niż trzeba, ale ja już będę miała go z głowy. Jeszcze dwie sztuki do obrobienia i jestem wolna!