Nie roztroję się! I to mnie wpędza w ciągłe poczucie winy…

Nie roztroję się! I to mnie wpędza w ciągłe poczucie winy…

Powiem Wam, co mnie ostatnio wpędza w ciągłe poczucie winy. Otóż to, że nie mogę się roztroić. Że jestem jedna, a dzieci troje. I to właśnie ta świadomość, że nie mogę po równo każdemu dać tyle czasu, ile potrzebuje, jest moim nieustającym strapieniem. Wydaje mi się, że dzień za dniem mija bezpowrotnie, a moje dzieci tracą coś bardzo wartościowego: moją uwagę.

Trochę już pewnie znacie moją sytuację. W zasadzie odkąd pojawiły się w naszej rodzinie dzieci, jestem z nimi w tygodniu sama. Jakoś to ogarniam, jednocześnie pracując i próbując także wygospodarować czas dla siebie. Mąż, który zawsze pracował przynajmniej sto kilometrów od nas, zjawia się tylko na weekendy. Kiedy czasem splot różnych obowiązków służbowych sprawia, że przyjeżdża w środku tygodnia, jest zwykle wymęczony długą jazdą samochodem, a do tego jest późny wieczór, więc zanim się do czegoś nadaje, dzieci już śpią.

Kiedy tak patrzę z perspektywy czasu, ciągle mam poczucie, że nasze dzieci mają deficyt naszej obecności i uwagi skierowanej tylko na siebie. Choć tak się z mężem podzieliliśmy, że w weekendy on przejmuje dowodzenie, to i tak, reasumując, brakuje czasu na skupienie się na dzieciach, ich potrzebach i pomocy w nauce.

Tu w zasadzie zmierzam do sedna sprawy. Kiedy napisałam ostatnio na moim fanpage’u, że po pierwszym tygodniu szkoły już widzę, że będzie słabo i pewnie nie dam rady, odezwało się mnóstwo mam, które mają ten sam problem. Bo aby trzymać poziom w szkole, trzeba się uczyć najlepiej z lekcji na lekcje, odrabiać zadania domowe, uczestniczyć w projektach i zaliczać sprawdziany. Na to trzeba mnóstwo czasu i często wsparcia mamy i taty. W tym momencie zazdroszczę wszystkim rodzicom, których dzieci uczą się same, zdobywając dobre i bardzo dobre oceny, albo są tak mądre, że łapią wszystko w lot.

U mnie tak to nie wygląda 


Mój najstarszy syn, jak tylko próbuję przekazać mu odpowiedzialność za jego edukację na jego barki, od razu ciągnie w dół. Idzie na sprawdzian nie przygotowany, nawet nie otwiera książki, żeby powtórzyć materiał, zapomina o uzupełnianiu ćwiczeń i nie uczy się na bieżąco, aby wykazać się wiedzą, gdy wypadnie kartkówka. Owszem, odrabia lekcje, ale zdarza się, ze zapomina zabrać zeszyt z tym zadaniem albo ćwiczenia, które akurat sprawdza nauczyciel. Za to wszystko wpada mu tyle jedynek, których nie można poprawić, że z trudem wyciąga na czwórkę, a niekiedy nie wyciąga i mamy trójkę lub mierną. I wszystko byłoby w porządku, gdyby oceny utrzymywały się na jednym poziomie. Uznałabym, że moje dziecko jest uczniem dostatecznym i już. Jednak jest inaczej. Pomiędzy piątkami i szóstkami kwitną oceny najniższe, które obniżają średnią. Kiedy na to patrzę szkoda mi, że syn marnuje okazję, żeby być po prostu dobrym uczniem.

W międzyczasie trafiliśmy do poradni psychologiczno – pedagogicznej z podejrzeniem dysortografii. Po badaniach i rozmowie z psychologiem wyszło, że moje dziecko ma zaburzenia percepcji słuchu, czyli w skrócie jakby słyszy dobrze, ale to do niego nie dociera. Przynajmniej wiem, jaki ma problem i skąd wynika to jego roztargnienie. Do tego dochodzi wada wzroku, która też ma wpływ na ogólny stan rzeczy. Zdaję sobie więc sprawę, że potrzebne jest mu wsparcie, przypominanie i dodatkowa porcja uwagi.

No i tu zaczyna się nasz domowy młyn


Do nauki przysiedliśmy właściwie na początku czwartej klasy. Wcześniej się nie dało, bo ja w ciąży, potem malutkie dziecko, a poza tym wszystkim brak ocen i brak uwag ze strony nauczyciela. Początkowo chciałam, żeby moje dziecko odrabiało lekcje bez mojego udziału i całkowicie samodzielnie. Nie sprawdziło się to, bo efekty były takie, jak wcześniej napisałam. Jednak nie można powiedzieć, że syn miał do dyspozycji tyle mojego czasu, ile potrzebował. Wtedy pracowałam tydzień do 17.00 a tydzień od 17.00. Część nauki ogarniała niania, ale na dłuższą metę to też nie wyszło. W tle był przecież roczny Malutek, który w porze odrabiania lekcji był już zmęczony i tak marudny, że naprawdę nie można było usiąść spokojnie i poświęcić synowi tyle wystarczającą ilość uwagi. Odrabianiu lekcji towarzyszył płacz, pisk i kwilenie małego dziecka, którego nie mogłam też zostawić samego sobie. W tym samym momencie średni syn zaczął pierwszą klasę i na dobrą sprawę został z tą nauką sam. Nie było możliwości, żebym usiadła jeszcze z nim i pomagała w pisaniu literek i szlaczków czy sprawdziła tornister.

Tak minęły trzy lata


W tej chwili najstarszy syn jest w siódmej klasie i ma dwa lata, żeby nadgonić jakoś swoje oceny, bo na koniec ma być egzamin kwalifikujący do szkoły średniej. Nie chciałabym, żeby swoją naukę rozpoczął od zawodówki albo średniej jakości innej szkoły, która jest w naszym rejonie. To jego szansa na przyszłość, więc trzeba niestety przysiąść i dopilnować parę rzeczy. Niestety, na głowie mam też średniego syna, który właśnie rozpoczął czwartą klasę. Nie mogę go zostawić z lekcjami samego, tym bardziej, że dopytuje się o różne zadania i muszę mu je wytłumaczyć. Dzięki Bogu, że Mały jest już samodzielny na tyle, że może sam zająć się zabawkami. No chyba, że zbliża się pora kolacji. Kanapki sobie sam jeszcze nie zrobi…

Czasami, a jest początek września, więc nie mam co narzekać, mam dość. Wszystko zbiega się w jednym czasie. Tu nie chodzi o nadmiar lekcji, tylko o troje dzieci, które w tym samym czasie potrzebują mnie, a ja nie mogę się roztroić. W myśl, że wszystkiego chciałabym dopilnować, próbuję ogarniać ich wszystkich na raz, ale to jest umysłowy armagedon. Wyobraźcie sobie, jak z jednego pokoju najstarszy woła, że nie umie znaleźć odpowiednich słówek z angielskiego, a z drugiego średni, który pisze rozprawkę z polskiego. Z najstarszym męczymy się z dobrą godzinę i pięcioma słownikami, poszukując różnych zwrotów, za podpowiedź mając tylko pierwszą literę, a z młodszym mam przeprawę, bo nie chce mu się poprawiać napisanego tekstu, choć nie jest to ani składne, ani logiczne. W tym samym momencie z dołu dobiega głos trzeciego, który jest głodny. Jeśli zrobię mu jeść, pójdzie się kąpać i spać, więc opłaca mi się zejść, bo jeszcze chciałabym przepytać w spokoju najstarszego z chemii. Wiem przecież, że sam się nie nauczy porządnie, a kiedy przyjdzie sprawdzian będzie miał tyle do nauki, że nie da rady. Albo ja nie dam. 

Nawet nie chcę myśleć o tym jak zbiegną się dwa sprawdziany w jednym czasie. 

 

ciągłe poczucie winy

Jestem jedna, a ich trzech


Wieczorem pęka mi głowa i jedno, co mi się chce, to włączyć jakiś głupi serial i nie myśleć. Jednak i tak biję się ze swoimi myślami i poczuciem winy, bo wiem, że każdego i tak potraktowałam zdawkowo i pobieżnie. To znowu nie było solidne uczenie się i tłumaczenie lekcji, tylko bieganina między jednym a drugim i marna próba pomocy w przedmiotach, których tajniki muszę na nowo zgłębiać.

Czasem niestety muszę też wysłuchiwać różnych historii, które serwuje mi moja najbliższa rodzina. Bo jakaś znajoma miała syna, który był dyslektykiem i poświęciła mu się tak bardzo, że teraz on jest jakimś dyrektorem. Albo że czyjaś córka miała słabe oceny, więc matka codziennie z nią odrabiała lekcje i pomagała w nauce. Ale nikt nie pamięta, że mowa jest o jedynaku albo najmłodszym dziecku, które ma o wiele starsze i samodzielne rodzeństwo. Tak to można się poświęcić. Usiąść w spokoju i pogadać z dzieckiem o lekcjach. W ciszy wytłumaczyć regułki z matmy. Sprawdzić stan jego wiedzy. 

Może kiedyś dojdę do takiej perfekcji. Ale to chyba dopiero z najmłodszym dzieckiem. Może dopiero wtedy powiem sobie, że naprawdę zrobiłam wszystko, co w mojej mocy, żeby mu pomóc i pozbędę się poczucia winy z powodu lekcji mojego dziecka i ilości czasu, jaki mu zaoferowałam. Na razie to jest bitwa i chaos, a ja w tym wszystkim próbuję jakoś podołać.

Mam nadzieję, że mimo wszystko się uda. 


A jak wygląda u Was odrabianie lekcji? 

  • Buba Bajdocja

    Zawsze podziwiałam matki, które mają więcej niż jedno dziecko.
    Zawsze się zastanawiałam: „Jak one to robią?”, „Jak one to organizują?”, „Jak się z tym wszystkim wyrabiają?”

    • No i masz odpowiedź: nie wyrabiają się 😉

      • Buba Bajdocja

        Współczuję. Nie tyle „niewyrabiania się”, ile poczucia winy.
        Musisz oddać część odpowiedzialności synom, bo zareaguje Twój organizm.
        Rozważcie inny system. System prac domowych, albo nawet system edukacyjny. Edukacja domowa?