Co nas nie zabije… – znów wszystko na mojej głowie

Co nas nie zabije… – znów wszystko na mojej głowie

Co nas nie zabije, to nas wzmocni i choć nie jest łatwo, trzeba sobie radzić z kłopotami. Co jakiś czas przecież spada na nas jakieś fatum, dół, z którego ciężko wyjść lub po prostu przychodzą gorsze czasy. Dla nas taki właśnie był początek grudnia. Nieskorzy do uśmiechu przywitaliśmy nowy rok, choć już po miesiącu okazało się, że w końcu widać światełko w tunelu i chyba nie będzie tak źle. Tylko, że kiedy spadło mi wszystko na głowę, trochę zwątpiłam…

Każda rodzina przeżywa dobre i złe chwile. Ważne, żeby to przejść razem i próbować mimo wszystko wyjść na prostą, wspierać się i nie załamywać. I choć różnej wagi mamy problemy, trzeba mieć nadzieję, że będzie lepiej. U nas na szczęście problemy były przejściowe, poradziliśmy sobie. Po nich nadeszły jednak zmiany w naszej domowej organizacji, którym muszę podołać sama.

Fatalny koniec roku


Na początku grudnia mój mąż stracił pracę i już nie tylko ja byłam bezrobotna, ale także główny żywiciel rodziny. Nie było nam do śmiechu, bo taka niepewność co do przyszłości, z takim obciążeniem rodzinnym, spędzała sen z powiek. Nie wpływało to dobrze na naszą kondycję psychiczną, stąd w domu zrobiło się nerwowo i niefajnie. Jak wiadomo, facet bez pracy od razu czuje się niedowartościowany, tak jakby mu rękę odcięło. Ja też czułam się z tym źle. Wierzyłam mimo to, że to problemy przejściowe, bo kto jak kto, ale mąż, który ma duże doświadczenie i niezłe kwalifikacje poradzi sobie spokojnie. A poza tym to facet, który mimo posiadania trójki dzieci, jest bardziej dyspozycyjny i mobilny niż ja. 

W tym samym czasie ja straciłam prawo jazdy na trzy miesiące za przekroczenie prędkości. Nic nie mam na swoje usprawiedliwienie, zamyśliłam się, przestałam kontrolować licznik, a w miarę nowym samochodzie z automatyczną skrzynią biegów jedzie się tak… gładko. Do tego jechałam z górki, obwodnicą, która, o czym zapomniałam, była jednak śródmiejska, a teren zabudowany. Karę przyjęłam z pokorą, dziękując Bogu, że mąż jest w domu i będzie woził dzieci do szkoły. Ja unieruchomiona jak więźniarka ani razu nie wsiadłam za kierownicę i przeprosiłam się z komunikacją miejską oraz swoimi własnymi nogami. Lecz przez to wszystko nie było nam ani trochę łatwiej.

Te dwa wydarzenia potwierdziły tylko, że nieszczęścia chodzą parami, a w życiu jak to w życiu, raz jest pod górę, a raz z góry. Podobno co siedem lat.

Jest nadzieja, że będzie lepiej


Z początkiem roku burzowe nastroje trochę minęły. Pojawiły się oferty pracy i dla mnie, i dla męża. W ciągu dwóch miesięcy miałam trzy rozmowy o pracę, a to akurat tyle, co w całym 2015 roku! Uznałam to za dobrą gwiazdę, statystycznie miałam więcej możliwości, że znajdę w końcu jakąś posadę. Ni mniej, ni więcej, coś musiało z tego wyjść. I rzeczywiście, dostałam propozycję idealną dla mnie, rozwijającą i na pół etatu, co będzie mi dawało możliwość obejścia się bez niani. Być może założę własną firmę, żeby być trochę niezależną i móc korzystać z różnych możliwości, które daje mi chociażby blog czy praca w domu. 

W tym samym czasie mąż również dostał pracę. Taką, jaką sobie wymarzył i akurat w momencie, kiedy odzyskałam prawo jazdy. Niestety, nowa firma znów znajduje się daleko od naszego miejsca zamieszkania. W zasadzie jesteśmy przyzwyczajeni do takiego trybu życia, bo zawsze ta robota była ileś kilometrów od domu. Dawno jednak nie była aż tak daleko. 

Już trochę, przez te trzy miesiące, odzwyczaiłam się od bycia samą z dziećmi. Pomoc drugiej osoby, zwłaszcza, że nie byłam mobilna, była nieoceniona. Co prawda niewiele skorzystałam z możliwości wybrania się do kina z koleżanką albo na zakupy czy spotkanie, ale i tak było to dla mnie niemałe odciążenie. Zwłaszcza, że Malutek, który odzyskał tatę na full time, nie odstępował go na krok i wszędzie z nim jeździł, przez co mogłam od czasu do czasu napawać się ciszą.

Wszystko na mojej głowie 


Ostatniego dnia, kiedy byliśmy jeszcze razem, wróciliśmy z dziećmi do domu. Mały wszedł i od razu się rozpłakał, gile wisiały z nosa aż po brodę. Nie rozbierając się, ruszyłam od razu do łazienki po mokre chusteczki. Mam tam w szafce duży zapas, jedna torebka leży na drugiej. Kiedy sięgnęłam po tą, która była na samym wierzchu, nagle spadły trzy malutkie opakowania wprost do otwartej toalety. Schyliłam się, żeby je stamtąd wyciągnąć, przeciskając się jednocześnie obok myjącego ręce męża, i poczułam jak reszta opakowań spada mi na głowę. Na koniec wyleciał worek z mydłem w płynie. Wyszłam z łazienki wkurzona, ale chyba bardziej jeszcze wkurzony był mój mąż, który akurat wdepnął w kałużę mydła. Worek spadając pękł i zawartość rozlała się na podłodze (a niedawno pisałam o prawach Murphy’ego). Już nie wiedziałam, czy zająć się płaczącym Malutkiem, rozebrać się z płaszcza i torebki czy może sprzątnąć różowy płyn. Zwłaszcza, że obok nosa przeleciały mi mężowskie skarpety, które w nerwach ściągnął i rzucił w kąt. To jeszcze bardziej wytrąciło mnie z równowagi. Już wdaliśmy się w słowną potyczkę, rzecz jasna, niezbyt kurtuazyjną, kiedy z góry dotarł do mnie płacz najstarszego syna:

– Mamo, Mały porozrzucał mi wszystkie moje rzeczy!!!

W tym momencie złapałam się za głowę. Płacz dochodził z pokoju na piętrze i rozbrzmiewał nieprzyjemnym echem tuż nad moim uchem. Mydło rozpłynęło się po całej toalecie, a ja tkwiłam nadal w pełnym wyjściowym ubraniu i w rozciągającym się wokół różanym zapachu.

Co nas nie zabije…


To tak to będzie teraz wyglądało? Ja sama z trójką dzieci i żadnej pomocy pod ręką. Do tego praca, choć na pół etatu, to i tak przecież w niej nie odpocznę. Będę musiała zorganizować się tak, aby dzieci odebrać, poradzić sobie z chorobami, lekarzami i innymi wydarzeniami towarzyszącymi normalnie takiej rodzinie. Wybije godzina 16.00 i znów będzie to najgorsza pora w ciągu dnia aż do momentu, kiedy dzieci pójdą spać (pisałam o tym w poście “Przejechana walcem”). 

A wtedy z głową spuchniętą od nowej porcji wiedzy z piątej klasy, od tysiąc razy powtarzanych poleceń, z których połowa została zignorowana i wreszcie od pisków, marudzenia i płaczu, legnę przed telewizorem i tępym wzrokiem zobaczę, co się dzieje u rodziny Mostowiaków. A od rana następnego dnia zastanie mnie znów ta sama kołomyja. 

Ale wiecie co? Dam radę, tak jak zwykle, jak wiele razy sobie dawałam pracując na zmiany i mając malutkie dzieci. Choć nie będzie łatwo, to i tak lepiej niż było. Trudno, ale z jakimiś perspektywami. Przecież co nas nie zabije, to nas wzmocni. Poza tym dzieci są już też coraz bardziej samodzielne, mały idzie już do przedszkola, czas płynie, a my nie stoimy  miejscu.

I to, po tej trudnej zimie, napawa mnie takim wiosennym optymizmem na przyszłość. Że będzie dobrze i że problemy za nami.

Tego i Wam życzę, moi drodzy!