Czy potrzebna nam kolejna reforma edukacji?

Czy potrzebna nam kolejna reforma edukacji?

Wraz ze zbliżającymi się wyborami kolejne partie prezentują swoje programy. Ostatnio ukazał się pomysł na edukację według PISu. Poczytałam i się zastanawiam, czy aby potrzebna nam kolejna reforma edukacji? Bo chociaż kilka rozwiązań mi się spodobało, to reszta… Mam wątpliwości.

Propozycje na reformę edukacji gwarantują nam prawdziwą rewolucję i chaos, bo też każda taka systemowa zmiana budzi lęk i bałagan i w instytucjach, i wśród społeczeństwa. W zasadzie nie do końca jestem przekonana, czy są one nam potrzebne i czy kolejna zmiana polepszy naszym dzieciom żywot w szkole.

Obecnie mam dwójkę dzieci w szkole. Starszego w piątej klasie i młodszego w drugiej. Nie mam doświadczeń dotyczących całego obecnego systemu edukacji, bo nie jesteśmy nawet w połowie drogi. Ale mogę się wypowiedzieć na temat edukacji wczesnoszkolnej, czwartej klasy i związanym z tym procesem przystosowywania się do ocen, wyrobienia sobie nawyku uczenia się i przyzwyczajenia do nowych nauczycieli (możecie o tym przeczytać również w tym poście). Poza tym znam rodziców starszych dzieci i słyszę, co mówią, stąd też kilka zdań o gimnazjach i o studiach.

Do pierwszej klasy obaj chłopcy poszli w wieku 6 lat. Mamy fajną szkołę, trafiliśmy w obu przypadkach na zaangażowaną nauczycielkę i nie mogę powiedzieć, że mam złe doświadczenia. Jedno, co mi się nie podoba to brak ocen klasach 1-3, ale o tym niestety nie ma mowy w propozycjach reformy edukacji. Teraz obowiązuje ocena opisowa, z której mało wynika, mamy słoneczka, buźki i inne próby oceny, które nie mają takiej siły sprawczej jak stopnie wpisane do dziennika. Tego teraz doświadcza mój średni syn. Mogę się zgodzić, że skoro do szkoły poszły sześciolatki, to dla takiego dziecka może być szokiem jedynka lub dwója. Ale dlaczego nie ma stopniowego przyzwyczajania dzieci do ocen? Czemu w trzeciej klasie dalej są opisowe oceny? Trudno mi to zrozumieć, bo potem nagle dzieci zderzają się z nowym porządkiem w czwartej klasie i ciężko im się do tego dostosować.

Tymczasem PIS nam proponuje system 3×4, czyli aż cztery lata edukacji wczesnoszkolnej (ciekawe, czy z ocenami czy nie), co uważam za stratę czasu, kolejne cztery lata do końca podstawówki i jako następny etap edukacji powrót do  czteroletnich liceów, trzyletnich zawodówek i pięcioletnich techników.

Tu wracamy do często podnoszonego przez rodziców tematu sensu istnienia gimnazjów, do których trafiają dzieci chyba w najgorszym etapie ich życia – w fazie dojrzewania. Znajdują się w nowym środowisku, w którym mogą czuć się anonimowo. Pokutuje też często chęć zaimponowania i wyróżnienia się w grupie, a także poczucie, że jest się dorosłym. Czym to skutkuje? Rozboje, kradzieże, pobicia. Oczywiście, nie ma co generalizować. Znam również dzieci, które skończyły gimnazjum bez szwanku, w których nie było przemocy i patologii.

Niemniej jednak, jakie by to gimnazjum nie było, myślę, że system 8-klasowych szkół podstawowych był lepszy niż ten, który mamy teraz. Mam wrażenie, że taka konkretna nauka w klasach 4-6 trwa za krótko, bo dziecko nie zdąży się rozpędzić, a już musi kończyć podstawówkę. Bo umówmy się, prawdziwa jazda zaczyna się w czwartej klasie, a nie w pierwszej. Ledwie taki wypuszczony z objęć pani nauczania początkowego dzieciak załapuje się o co chodzi z ocenami, przedmiotami i nowymi nauczycielami, a już się stoi przed kolejnym wyzwaniem, czyli sprawdzianem szóstoklasisty. Podobnie pewnie jest w gimnazjach i liceach. 

PIS proponuje także powołanie nowej instytucji, która miałaby wspierać MEN. Zastanawiam się tylko po co i za co. Po co duplikować urzędy, skoro jest już ministerstwo. Poza tym ciekawe, jak układałaby się współpraca między tymi dwoma urzędami i czy w ogóle zdałoby to egzamin? Czy znowu nie byłoby konfliktów i kłótni, a to wszystko kosztem naszych dzieci. I po co tracić pieniądze na kolejnych urzędników, skoro są one potrzebne w szkole?

Narodowy Instytut Wychowania, Programów Szkolnych i Podręczników – bo taka miałaby być nazwa tej instytucji – zatrudniałby specjalistów i ekspertów z dziedziny pedagogiki i miałby podjąć się wytyczeniu ścieżki wychowawczej względem uczniów. To szkoła i nauczyciele miałyby się podjąć tego zadania i to niezależnie od woli rodziców!  Dodatkowo ustawowo wzmocniono by pozycję nauczyciela, który na tę chwilę niewiele może zrobić, żeby wzbudzić respekt u ucznia i rodzica.

Nie wiem, czy to dobra droga. Choć pozycja nauczyciela dzisiaj nie jest łatwa i część nauczycieli nie jest odpowiednio przygotowana do radzenia sobie z problemami wychowawczymi uczniów, to jednak rodzic też powinien mieć wpływ na wychowanie swojego dziecka, powinien być włączony w proces edukacji. Nie wyobrażam sobie powrotu do czasów PRL-u, kiedy to nauczyciele wymierzali kary dzieciom i nie można było mieć własnego zdania. Człowiek przyjmował na klatę obelgi lub inne formy “uznania” i się nawet nie odezwał ze strachu przed belfrem. Nie spodziewam się w dzisiejszych czasach podobnego zachowania, ale narzucanie rodzicom takiego sposobu myślenia na pewno nie skończy się powszechną aprobatą. 

Według PISu wychowanie ma być priorytetem, dlatego też dodatkowo powstaną szkoły wsparcia wychowawczego, które obejmą kuratelą uczniów sprawiających problemy wychowawcze. Brzmi znajomo? Mi to się kojarzy z poprawczakami, z których często droga była prosta do kryminału.

Do tego dochodzi nadzór nad treścią podręczników i kanonem lektur. O ile lektury rzeczywiście mogłyby być ujednolicone we wszystkich szkołach, to treść podręczników według PIS… Mam wątpliwości. Ciekawa jestem jak zostanie przedstawiona rodzina, problemy społeczne i czy nie będzie zbyt wielu odwołań do religii.

No i na koniec podniesienie rangi egzaminu dojrzałości. Matura ma być trudniejsza do zdania, dzięki czemu maturzyści będą lepiej przygotowani, a na studia mają być egzaminy wstępne, aby podnieść ich poziom. Niestety mamy teraz niż demograficzny i uczelnie biją się o studentów. Studiowanie traci więc swoją elitarność. A szkoda, bo potem mamy wysyp magistrów, a brak jest specjalistów, techników i fachowców. 

W tym wszystkim widzę sentymentalny powrót do czasów, kiedy sama byłam uczniem. Do starego systemu, który jak widać chyba nie był całkiem zły. Nie wiem jak wy, ale ja mam wrażenie, że kiedyś ktoś, kto miał maturę i skończył studia to naprawdę osiągnął wiele. Dzisiaj na studia może pójść każdy, a tytuł magistra to nic wielkiego. Sama uważam, że nie ma to jak mieć fach w ręku, czyli po prostu dobry zawód. Kiedyś były zawodówki, lecz potem niestety straciły na znaczeniu, bo zabrakło pomysłu na przystosowanie programu do wymagań rynku pracy. Obecnie możemy zaobserwować, że szkoły zawodowe znów są na topie, bo dają większą możliwość znalezienia zatrudnienia. Czyli kierunek proponowanych zmian jest dobry.

Czasem mam jednak wrażenie, że we współczesnej szkole zachodzą zmiany zbyt często. Co jakiś czas zmienia się matura. Od niedawna mamy obowiązek szkolny dla sześciolatków. Pojawiają się co chwila inne podręczniki, tak że nawet nie ma komu ich po zakończeniu danej klasy odsprzedać. Jeszcze niedawno powstały gimnazja i tyle namieszały w systemie edukacji. W przedszkolach też jak w kalejdoskopie, ciężko nadążyć. Jesteśmy jak króliki doświadczalne dla kolejnych ekip w rządzie. Jak się do czegoś przyzwyczaimy, to zaraz pojawia się nowe. 

No więc, czy potrzebna nam kolejna reforma? Które propozycje, Waszym zdaniem, są warte uwagi, a które nie? Czekam na Wasze opinie!

  • Karo Lina

    Na pewno nie jestem za gimnazjum, to co się w nich dzieje niczemu nie służy. Lepiej byłoby być te 8 lat w jednych murach z tymi samymi nauczycielami i otoczeniem.

  • Rafal Szypulski

    Ocena opisowa nie jest zła, jeśłi jest dobra 🙂 A czy masz pewność, że coś wynika z oceny? Trójka tu jest równa piątce gdzie indziej… obecnie ocena jest – powiedziałbym – najbardziej subiektywną miarą oceny wiadomości i umiejętności. Osobiście – a mam syna w gimnazjum (klasa 3) – chciałbym, by zamiast ocen była solidna ocena opisowa, ale taka, dzięki której faktycznie dowiem się czego mój syn się w szkole nauczył w danym roku, jakie umiejętności zdobył, nad czym musi popracować. Nie to będzie ocena prawdziwie kształtująca, bo jak mówię z cyferki dużo dla mnie nie wynika. Nie wykluczam opcji, by była to porządna ocena opisowa z wtedy dopasowaną oceną wyrażoną liczbą… A co do gimnazjów… cóż… nie był to najlepszy pomysł. Mam to szczęście, że syn chodzi do dobrego gimnazjum bez nadmiaru patologii, w którym n-le starają się dbać o właściwy poziom. Jednak byłbym chyba za powrotem do ośmiu klas SP i 4 klas szkoły ponadpodstawowej. Obawiam się jednak, że przy – co by nie mówić – zaawansowaniu zmian w obecnym systemie – szkoda już chyba kasy na rewolucję i kolejne zmiany. Skoncentrowałbym się chyba na zmianie podejścia do nauczania samych nauczycieli, bo mam niestety szereg przykrych obserwacji, choć sam jestem nauczycielem…

    • Rafał, nie mam nic przeciwko ocenom opisowym. Też lubię wiedzieć co osiągnął już mój syn, a w czym ma braki. Chodzi mi o to przejście, że w trzech klasach mamy przedszkole, a potem poważną szkołę z ocenami, gdzie nie ma zmiłuj się. Wolałabym, jeśli mamy te oceny od czwartej klasy, żeby dzieci były przyzwyczajane do ocen, żeby nauczyły się z nimi żyć, żeby nabrały poczucia obowiązku i konsekwencji. Osobiście otrzymuję oceny opisowe dość obszerne. Jednak okazało się, że pani, która zarówno uczyła mojego najstarszego syna, jak i średniego, w zasadzie stosuje schemat – opisy te były prawie takie same. Trudno się dziwić, no bo dzieci mają jakiś tam tok nauki, więc muszą nauczyć się pisać, liczyć i czytać, więc skoro to już umieją, to po prostu trzeba wyrazić w opisie. Jednak gdy ma się tak odmienne dwa charaktery to dominuje poczucie niedosytu. Dlatego najbardziej dla mnie miarodajną informacją o moim dziecku są konsultacje i cieszę się, że nie ma omawiania problemów poszczególnych dzieci na zebraniach w obecności wszystkich rodziców, tak jak kiedyś to było. W czasie spokojnej rozmowy mogę zapytać się o konkretne sprawy, pani zwraca mi uwagę na niedociągnięcia mojego dziecka i tematy, w których musi się podciągnąć, mogę w końcu zaanonsować jakiś konflikt lub problem z innymi dziećmi.
      Jeśli chodzi o gimnazja, to rzeczywiście trudno to teraz będzie wszystko odkręcić, narażać wszystkich na chaos i kolejne zawirowania. Może dobry byłby jakiś program szkoleniowy dla nauczycieli tej właśnie grupy uczniów – wymagającej większego zaangażowania i innego podejścia? Pozdrawiam!

  • Ela

    Jestem mamą obecnego “czwartoklasisty” i wiem o czym mowa. Przeskok z edukacji wczesnoszkolnej na tą właściwą odczuwam chyba bardziej niż on sam…Do tej pory głaskanie po głowie i branie z przymrużeniem oka jego rzeczywistych umiejętności a od września jakaś matnia i abstrakcja – co to znaczy “uczyć się”…Przecież do tej pory wystarczyło odrobić zadanie domowe, żadnej nauki (takiej jaką sama pamiętam) i teraz nagle zdziwienie mojego dziecka…Szkoła teraz nie uczy “uczenia się” od najmłodszych lat.
    Osobiście nie pamiętam, żeby moi rodzice “przypominali” mi, że mam się z czegoś pouczyć – to się po prostu wiedziało od najmłodszych klas. I sama teraz zastanawiam się po co to wszystko? Po co ta cała reforma edukacyjna? Nie znam rodzica, który byłby z obecnego systemu edukacji zadowolony i który powiedziałby – spoko klasa czwarta…
    A gimnazja z tego co słyszę od znajomych to już jest totalna katastrofa…Dlatego teraz warto o to zawalczyć, żeby coś zmienić bo tu gorzej to chyba już być nie może…
    Serdecznie Panią pozdrawiam a blog czytam z wielką radochą, bo celnie opisuje Pani to co teraz przeżywam w swoim domu…
    Pozdrawiam!

    • Dziękuję za ten komentarz, bo widzę, że nie jestem osamotniona w moich odczuciach na temat edukacji i szkoły. Mówi Pani to samo, co ja – przez trzy lata żadnych wymagać, a potem jazda bez trzymanki. Ja też pamiętam, że uczyłam się sama, mój syn natomiast pozostawiony sam, uważa, że nie ma lekcji i nie musi się uczyć. Nie dość, że muszę za niego wszystko pamiętać, to jeszcze razem z nim powtarzam całą podstawówkę echh… Dziękuję za miłe słowa i zapraszam do czytania 🙂