Dlaczego moje dzieci ciągle się kłócą?

Dlaczego moje dzieci ciągle się kłócą?

Dlaczego moje dzieci ciągle się kłócą? Zadaję sobie to pytanie za każdym razem, kiedy słyszę charakterystyczny pisk, wrzask lub płacz. I nie ma chyba nic gorszego w moim domu, jak właśnie takie sytuacje. Któreś z nich przybiega do mnie z płaczem i oczekuje, że będę bogiem i rozstrzygnę kłótnię. Ale wchodzę pomiędzy nich i zaczyna się odbijanie piłeczki, a ja jestem coraz bardziej bezradna…

Takie rozstrzyganie sporów między dziećmi jest nie lada zadaniem, bo zwykle nie uczestniczę w centrum wydarzeń. I gdy nagle przybiega jeden z moich synów, który potrzebuje pomocy, ja nie wiem, co mam zrobić, bo nie widziałam, co między nimi zaszło. A powinnam jakoś zareagować. Ale jak, skoro winnego nie ma i każdy chce się wybielić albo czuje się poszkodowany. Piłeczka ciągle jest w ruchu…

Najgorszy jest ten pisk. Pisk złości, totalnej irytacji. Zwykle w wykonaniu średniego syna.  Krzyk dochodzi z jego pokoju i jest wyjątkowo głośny, tak żebyśmy go usłyszeli, a czasem cała scena odbywa się na naszych oczach niemalże.

Ale co takiego się dzieje? W zasadzie nic szczególnego. Ot, małe muśnięcie, oddech na plecach lub bliskość, która męczy.

Na przykład taka sytuacja. Chłopcy siedzą obok siebie, oglądamy telewizor. Nagle słyszę znajomy pisk, który sprawia, że ciarki przechodzą mi po plecach i przechodzę ze stanu telewizyjnego otępienia w stan podwyższonego ciśnienia. W pierwszym odruchu mam ochotę przywołać ich do porządku jakimś wrzaskiem, który zwykle działa błyskawicznie. W drugim jednak chcę pomóc w opresji mojemu dziecku.

– No przestańńńńń!!!
– Hej, co się dzieje?! – reaguję instynktownie i od razu. Lecz zaraz zagajam łagodnym głosem, bo pragnę być pokojowym rozjemcą.
– Czemu krzyczysz? – zwracam się do średniego syna.
– Bo on mi przeszkadza!!! – krzyczy.
– Ale co on robi? – pytam i patrzę badawczo na rzekomego prowodyra konfliktu.

Mój wzrok przenosi się na twarz najstarszego. I co widzę? Twarz anioła z wielkimi jak orzechy włoskie oczami, niewinnymi i nieskażonymi grzechem, szeroko otwartymi ze szczerego zdziwienia.

Ale ja przecież nic nie robię! Tak sobie tylko tutaj stoję.

Dziecięca niewinność absolutnie zwala mnie z nóg, spijam z jego ust każde słowo, niczym ptak łaknący wody.

– To czemu krzyczysz? – dopytuję średniego. – Nie może tak tu stać?
– Nie może!!! – krzyczy średni i chowa głowę między kolanami.
– Dajcie już spokój, chcę obejrzeć wiadomości!

Wracam do urwanych w połowie newsów, ale ślad po nich zaginął, już o czymś innym mówią. W mig się połapuję, kojarzę fakty i jestem wkręcona na nowo.

– Przestańńńńń!!!! – znowu to samo, no chyba zaraz szlag mnie trafi!
– Co się znowu dzieje?! – patrzę na moich synów i nie wiem którego strzelić w łeb.
– Ja nic nie robię – rozkłada ręce mój syn – anioł. – Nie wiem, o co mu chodzi!

No rzeczywiście, dziwne, co mu przeszkadza stojący obok brat? Ale… nie byłabym matką, gdyby nie zapaliła mi się czerwona lampka. Patrzę uważnie na obu synów, ale nadal nie wiem, gdzie leży pies pogrzebany.

– No co? – pyta jeszcze najstarszy i znowu odwracam wzrok.

Lampka jednak sieje niepokój. Co jest u licha? Przecież gdzieś tu musi być zagwozdka! Jak szpieg szoguna kątem oka obserwuję dwóch moich starszych synów. Po chwili jestem świadkiem rozgrywającej się obok intrygi.

Młodszy syn – ten, co krzyczał niemiłosiernie – siedzi grzecznie oparty o sofę i próbuje obejrzeć wiadomości. Natomiast ten drugi, diabeł w szatach anioła, lekko, odrobinkę tylko, przybliża się do brata. Za chwilę, znowu się przybliża, tak, że młodszy czuje jego oddech na swojej szyi. Czyli odbiera go jak brzęczącą nad uchem muchę albo jak nieustannie kapiącą na głowę kroplę wody. I ten starszy, padalec jeden, cały czas wisi nad tym mniejszym i NIBY nic nie robi, a tak naprawdę, działa na niego jak płachta na byka. A ja w tej samej chwili mam w uszach świdrujący pisk mojego dziecka.

Inna sytuacja. Siedzą obaj przykryci kocem i oglądają bajkę. Nagle po pokoju rozchodzi się krzyk młodszego syna.

– No odsuń się!!! 
– Ale ja się nie przysuwam! – niewinny starszy syn nie wie oczywiście w czym rzecz. To ja się muszę domyślić, rozwikłać tę zagadkę, a przy okazji nadwerężyć i tak zszargane nerwy. 
– Co wy tam znowu robicie? – stawiam pytanie, na które oczywiście nie uzyskam odpowiedzi, ale próbuję.
Ja nic nie robię, to jemu o coś chodzi!  

No pewnie, bez powodu krzyczy i się denerwuje.

– Dobrze, odsuń się od niego i nie kłóćcie się już.

Starszy pokornie (jest przecież grzecznym synusiem mamusi) przesuwa się. Twarz ma niewzruszoną żadną emocją. Jego ta sprawa nie dotyczy. Tylko akurat kiedy się przesunął, odchylił się koc, a pod nim ukazała się jego noga, która najwyraźniej żyje swoim własnym życiem. Bo podczas, gdy mój synuś wpatruje się w ekran, jego niesforny paluch wciąż złośliwie wbija się młodszemu w pośladek. Nawet dziecko obdarzone wyjątkowo stoickim spokojem, chyba by nie wytrzymało tego irytującego dźgania w tyłek.

Tak ogólnie rzecz biorąc, noga mojego najstarszego syna jest wyjątkowo niesubordynowana. Podskakuje raz po raz jak konik polny akurat podczas obiadu i wszystkich wybija z dobrego nastroju. Albo delikatnie smyra drugą nogę, która wisi spokojnie na przeciwko. O Boże, chcę wyskoczyć z krzesła, tak to jest irytujące. Kiedy widzę młodszego syna, który jak jakiś zadżumiony siedzi na samym końcu naszego dość dużego stołu i je w samotności, zamiast cieszyć się wspólnym posiłkiem, mam gotową odpowiedź. Chce mieć święty spokój.

Czasem rozpaczliwe “Mamoooooo!!!!” dochodzi z pokojów chłopców. Lecę wtedy na górę, o mało sobie nóg nie łamiąc, zaniepokojona dramatyzmem usłyszanego wołania. 

– Co się dzieje chłopcy? 
– On wchodzi do mojego pokoju!!! – krzyczy średni syn.
Nie, nieprawda! Ja TYLKO stoję tu, wcale nie wchodzę! 

Rzeczywiście, stoi w progu pokoju brata. Stoi i patrzy, patrzy i stoi. I co ja mam na to powiedzieć? Można powiedzieć, że nic nie robi, ale w rzeczy samej nie dziwię się średniemu, że się wkurza. Kto lubi mieć wzrok takiego obserwatora na plecach?

– Weź wyjdź stąd i idź do swojego pokoju, po co tak stoisz w progu?
– Ale to nie fair! On się u mnie bawi, a ja nie mogę teraz wejść do niego! – płacz.

Co racja to racja. I mam być tu mądra? Mam wydać wyrok, osądzić sprawiedliwie? Być jak Salomon niemalże? Czasem nie mam pomysłu jak zareagować, co zrobić, aby było w porządku. A przecież mam takich sytuacji na pęczki codziennie (podobną historię znajdziecie tu) Kłótnie, szarpanie, epitety, czasem całkiem niewybredne. Niekiedy nic nie działa, a takie irytujące wrzaski, piski i płacz po prostu nadwerężają moją cierpliwość do granic możliwości.

Ale muszę się uzbroić w większe jej pokłady.

Bo oto, tuż za rogiem czai się kolejny zawodnik, który już włącza się do walki. Już pokazuje, że też ma tu coś do powiedzenia. A także, że coś mu się nie podoba. I cóż z tego, że bez sensu spycha z kanapy swojego brata, co z tego, że zabiera mu jedzenie, choć ma swoje. Nic! Bo niestety wszyscy muszą mu ustąpić! Ja takie wydaję polecenia, z pełną świadomością swojej bezradności, bo mam już tych krzyków i pisków, cholera, powyżej dziurek w nosie!

Czy wasze dzieci też tak sobie dokuczają? Czy też ciągle nie ma spokoju w domu z powodu krzyków i płaczu spowodowanego dokuczaniem sobie nawzajem? Czekam na wasze komentarze!

  • Katarzyna Chudowolska

    Jasne, że mam tak samo. Tylko u mnie role się trochę odwracają. Średni starszego zaczepia starszego, starszy nie chce się z nim bawić i średni się drze. Ale reakcje ma identyczne. wrzeszczy tak, że pół osiedla słyszy.
    A jak już namierzysz kto zawinił to jak reagujesz?

    • Jak reaguję? Umoralniam. Rozmawiam. Krzyczę. Niestety nie mam jakiejś psychologicznej porady. Zwykle jestem tak poirytowana kolejną kłótnią, że chcę po prostu mieć święty spokój. Tym bardziej, że często nie wiem kto jest winny. A ty masz jakieś dobre rady?

      • Katarzyna Chudowolska

        Hmm, mniej więcej takie same jak Ty, albo po prostu każę im samodzielnie rozwiązać problem.
        Czasami to po prostu ręce opadają i dzieci lądują każdy w swoim pokoju. No dwójka młodsza ma wspólny.

        • Ja też tak robię, a potem mam poczucie, że jestem niedouczona, bo nie powinnam chyba stosować takich metod, że one nie są wychowawcze (przepraszam, nie bierz tego do siebie). Ale w ferworze walki nie ma czasu na zastanowienie się, poszukanie odpowiednich słów i wyrażeń, nazwanie emocji i wyciągnięcie z szafy karnego jeża. Takie proste metody zdają egzamin, ale… no właśnie nie wiem, czy dzieci coś z tego wyniosą na przyszłość. Trzeba chyba zajrzeć do fachowej literatury i podzielić się wiedzą 🙂 Żeby nam ręce nie opadały tak często 🙂

          • Katarzyna Chudowolska

            Nie biorę do siebie ;). Ja przeczytałam trochę książek na temat wychowania dzieci. Ale chyba czas sięgnąć do książek na temat wychowania nastolatków. Bo chyba nie powiesz, że można posadzić na karnym jeżu 11latka ;). A odstawienie dla ochłonięcia do pokoju to chyba też jakiś rodzaj karnego jeża. I nie oszukujmy się, ale nie da się przecież za każdym razem pięknie, ładnie i książkowo. A pewnie niejednokrotnie i na Twoim blogu ktoś znalazł/znajdzie inspirację do poradzenia sobie z jakimś problemem. No i wtedy jest problem rozwiązany blogowo 😉

          • Wychowywanie nastolatków to też temat, który mnie interesuje, bo niedługo będzie mnie dotyczył ten problem, tak jak i Ciebie. A karny jeż to tylko przenośnia 🙂 Chodzi mi o te wszystkie książkowe sposoby, których ciężko się wyuczyć i stosować w newralgicznych sytuacjach. To można sobie poćwiczyć przy jednym dziecku, a przy trójce, to już tylko trzeba gasić pożary 🙂

  • Pingback: Przejechana walcem | Dom na głowie()

  • Pingback: 18. miesiąc życia dziecka()

  • Pingback: Jaka jest najlepsza różnica wieku między rodzeństwem | Dom na głowie - blog parentingowy()