Długi weekend? Dziękuję bardzo!

Długi weekend? Dziękuję bardzo!

Tak, mogę to powiedzieć: dziękuję bardzo za długi weekend! Niania ma trzy dni wolne, a ja od rana do wieczora z dziećmi i całym majdanem. Wiem, bluźnię i narzekam, ale trudno się przestawić, kiedy na co dzień ma się dodatkową pomoc do malucha. Już od bladego świtu ryk, kwik i miauczenie. Potem wieszanie się, szarpanie, dźwiganie. Przewijanie kup, sprzątanie wyplutego jedzenia, pranie ufajdanych ciuchów. Po takim weekendzie czuję się jakby przejechał po mnie walec, a kręgosłup wygiął się w druga stronę. Tak że thank you very much, wolę iść do pracy!

Tym razem zapowiadało się nieźle, dwa dni jakoś przeleciały i nadeszła niedziela, z którą wiązałam wiele nadziei. Mieliśmy zaproszenie na grilla do przyjaciół, więc pomyślałam, że szybko zleci. Z tą myślą poszłam o 2.00 spać. 

8.11 pobudka. O, zapowiada się wesoło, ja niewyspana, a tu mały drze się od samego świtu prawie że. Zwlekam się z łoża i trzymając się ściany, żeby nie spaść ze schodów, idę na dół zrobić małemu śniadanie. Daję butlę w łapę, wrzucam do łóżeczka kilka zabawek i idę jeszcze trochę pokimać. Nie kontaktuję ze światem, więc to, że jestem wyrodną matką jest kwestią braku świadomości. Szybkie spanie trwa może 5 minut, bo mały wypija mleko w tempie ekspresowym i znowu się drze. Już!!!!!! Dobra!!!!!! Idę, uch…. mały od razu ląduje na przewijaku, bo poranna kupa śmierdzi od samego wejścia. I jak prawdziwy facet po zdjęciu pieluchy od razu drapie się po jajkach. A jajka w kupie. AAAAAAAA!!!!! – krzyczę w panice, ale to nic nie daje, bo już jest po ptakach. Można powiedzieć, że otrzeźwiałam.

mały w łóżeczku

Za chwilę mały przewinięty i umyty ląduje w kojcu w mojej sypialni. A ja w łóżku. Szybkie spanie to moja domena. Jednak nic z tego, bo słyszę: tiditidi tiditidi tididiti, ulubione pianinko malutka. Hellou, matka śpi! Tiditidi. Nie! No nie da się. Ruszam do łazienki. Mały w ryk. No trudno, nie wezmę go do siebie, bo mi wlezie pod prysznic albo zacznie grzebać w toalecie. Szybko się myję i już wyciągam małego z kojca. Idziemy do salonu. Coś zjem, pokręcimy się i mały pójdzie na poranną drzemkę. Oznacza to, że zrobię sobie kawę, wejdę do łóżka i poczytam książkę. Micha mi się cieszy na samą myśl.  

W międzyczasie dowiaduję się, że małżon od rana jest zajęty i nie pojedzie z dziećmi do kościoła. Szlag by to trafił! No więc zawożę, odwożę i w efekcie nawet nie udaje mi się otworzyć książki. Zaraz potem, oczywiście przed czasem, budzi się mały. Płaczący i marudzący, bo nie wyspany. No cóż, może zaśnie po południu. Niestety, mogę tylko o tym pomarzyć. Nie za bardzo mi się to układa, bo impreza z niewyspanym dzieckiem, to żaden relaks. Ale mamię się, że może nowe otoczenie, duży ogród, inne kąty, nieznane zabawki coś na to zaradzą, a jak wrócimy to mały padnie ze zmęczenia. Niepoprawna optymistka! 

Zajeżdżamy do przyjaciół, pogoda taka sobie, ale rozkładamy się na tarasie. Nasze starsze dzieci i ich dwie córeczki lądują na trampolinie, a małego wypuszczam na trawę i siadam wygodnie za stołem. Jak gość. Ogólnie źle się czuję, słabo, mam jakiegoś nerwa, nie wiem, może ten płacz od rana mnie już rozwala. Liczę na miłe popołudnie, wesołą pogawędkę, święty spokój. Niestety!

Cyrk się zaczyna od samego początku. Na środku ogrodu stoi nieduży nadmuchiwany basen z wodą. Nie zdążyłam się rozsiąść jak wzrok mój powędrował za małym. Stóóóóóóóóóóóóój!!!!! Krzyczę jak szalona i biegnę w te pędy, bo mały już-już przechylony przez miękką ścianę basenu wisi tuż nad wodą! Boże, zaraz wpadnie do środka!!! Łapię go w ostatnim momencie, odstawiam w pobliże tarasu, ale ten, jak nakręcony idzie znowu w to samo miejsce! Ja znowu biegnę. Odstawiam go w pobliże tarasu. Rusza prosto w kierunku grilla. No nie, nawet nie mogę posiedzieć.

Na szczęście na stole ląduje rosołek dla dzieci i chłodnik dla starych. Botwinka. O pięknym fioletowym kolorze. Wystaje jajeczko. Pływa koperek. Karmię małego i oko ucieka mi w stronę tej stojącej obok zupy. Ale bym zjadła! Ślina mi kapie, ale mały je i nie płacze, więc się nie odzywam. Na szczęście ratuje mnie z opresji mój mąż, rzucam mu dziecko w ramiona i nie patrząc co dalej rzucam się na botwinkę. Rzutem na taśmę zajadam karkówkę, łykam w zasadzie, bo już widzę nadchodzącego męża. Odkłada małego na podłogę i siada, żeby zjeść. Mały natychmiast płacze i biegnie do mnie. Wyciąga rączki, więc wciągam te 11 kilo na kolana. Ale od razu odwraca się, pręży, płacze. No pewnie, zmęczony, rano się nie wyspał, a po południu nie miał drzemki. No dobra, powożę go wózkiem i może zaśnie jak taki padnięty. Rozkładam oparcie, ale mały nie przyzwyczajony do spania w wózku od razu wstaje, wykręca się i chce wyjść. Smoczek ląduje na trawie, a ja zrezygnowana wyciągam go z tego wózka. Obok stoi taczka z piłeczkami i widzę, że go to zainteresowało. Na chwilę siadam za stołem. Ale ponieważ moja koleżanka poszła smażyć racuszki dla dzieci, ruszam za nią do kuchni. Uciekam, spieprzam w podskokach przed tym moim płaczącym dzieckiem. Tato niech się martwi. Nie minęło 10 minut jak słyszę:
– Mamo!!! Zobacz, mały do ciebie idzie! – wesoło zagaduje średni syn, ale mi to już nie jest do śmiechu. Za chwilę malutek wisi mi na ramieniu, marudzi i wszystko chce wziąć do rączki. Daję mu racuszka i truskawki i na chwilę mam spokój. Za chwilę przybiegają pozostałe dzieci, robi się hałas, jedne się śmieją, drugie płaczą, a ja chcę sobie palnąć w łeb.

mały ogród

Siadamy znowu na tarasie. Mały u taty. Nareszcie udaje mi się zamienić parę słów z moją koleżanką. Ale chwilę tylko, bo przybiega jej córka z płaczem:
– Mamoooooo!!!! Boli mnie, bo jak byłam w tunelu, to chłopcy chcieli go zwinąć i ja tam byłam i… i….. aaaaaa!
– No widzisz, takie zabawy zwykle się tak kończą…
– Mamooooo! Ja chcę zjeść racuuuuchaaaa aaaa!!!
Za kilka minut przybiega druga, kuleje na nóżkę i popłakuje. Próbujemy zgadnąć, co się stało. Może zwichnęła tą nóżkę, a może osa ją ugryzła, a może nadepnęła na coś… Nie wiadomo, czy to jeszcze na ostrym dyżurze się nie skończy. Oboje na drugi dzień zajęci od rana, a tu noga boli. Łączę się w bólu i zwijam manele, bo już czas wracać. Mały zmęczony, wykąpię go i mam wolne! Dziękuję za miłe spotkanie, cieszę się z pogaduszek, czuję smak potraw. W zasadzie zabrakło tylko gitary.

W samochodzie mały zasypia. Kuźwa! Budź się – szturcham go za nóżkę, ale nic, umarł w butach!

W domu od razu lecę z malutkiem do łazienki. Może się nie rozbudzi do końca? Krótka kąpiel, bo cały czas płacze, łóżeczko, butla i ….. płacz. Nie chce spać. Czekam, słyszę popłakiwanie, jeszcze nie tragedia, ale czuję, że nic z tego nie będzie. Nakręcam się, bo ten płacz świdruje mi mózg. Od rana to słyszę, płacz, marudzenie, jęk. Chcę się walnąć, włączyć film i luźno opuścić ramiona, które bolą, no i kręgosłup wyprostować, bo czuję w kościach te trzydniowe noszenie niemałego ciężaru. 

Płacz.

Boję się, że będę krzyczeć z nerwów, że wybuchnę w afekcie, ale opanowuję się w ostatniej chwili. Przecież to tylko dziecko, coś tam chce, a ja go nie rozumiem. Schodzimy razem do salonu. Mały przychodzi do mnie. Nie płacze, śmieje się, przekrzywia śmiesznie główkę, a mi się serce rozpływa. Kochany cukiereczek! Już go biorę na kolana, już podnoszę, żeby wyściskać, kiedy dociera do mnie przykry zapach. Jezu, jeszcze kupa! Przebieram dupsko i kładę małego do łóżeczka. Nie ma to tamto, matka musi odpocząć! I tak już jest 22.00. Na szczęście w końcu zasypia, a ja się odmóżdżam przy jakiejś komedii i pocieszam myślą, że już jutro będzie niania, a weekend mam za sobą!