Donice w bagażniku

Donice w bagażniku

Nie wiem jak to jest z tymi facetami, że tak się dają skołować innym babom. A w domu, żeby coś zrobił czy pomógł to jak na lekarstwo. Jeżdżę z załadowanym donicami bagażnikiem już chyba od trzech tygodni. Co wejdę i te ceramiczne doniczki zaczynają dzwonić o siebie to szlag chce mnie trafić. Ale cóż, gadam i gadam i nic!

Tymczasem do naszego mieszkania na wynajem wprowadziła się pewna modelka. Ponieważ zwykle ja jeżdżę pokazywać mieszkanie, już mi się odechciało i zrzuciłam wszystko na męża. Błąd! Okazało się, że modelce trzeba wykosić trawnik. Poleciał. Ok, jak trzeba to trzeba. Za parę dni trzeba było naprawić przycisk do spłuczki. Poleciał bez słowa. Jakoś to mnie jeszcze nie zastanowiło. Cyrk się zaczął później. Do przycisku zgubił się jakiś plastik. Trzeba jechać. Potem się okazało, że nie ma kleju. Znowu, panie, ambaras! Ale nie dla mojego męża! Bez szemrania pojechał po klej, a potem do mieszkania, ale znów pojawił się jakiś problem. Okazało się jednak, że nasza gwiazda poradziła sobie sama, już go chyba miała dosyć. Na chwilę trochę przycichło i sama wywołałam temat. Rozeszło się o koszenie trawnika. Coś tam złośliwie powiedziałam, że może by do modelki pojechał skosić jej trawnik, a on mi na to, że jej akurat w domu nie ma!
– CO??? A skąd ty wiesz, że jej nie ma?
– Napisała mi smsa – widzę ten uśmieszek.
– No i co? Tak sobie piszecie smsy? “Co dzisiaj robisz?”, “A, jestem w Nowym Yorku”???
– Nie, nie piszemy…. – mówi z żalem – Chciałem tylko trawę zabrać.
– Jaką trawę, przecież już dawno kosiłeś?
– Ty wiesz, ile tej trawy było?
– Ile tej trawy było? To co ty tak po reklamówce zabierasz tą trawę?
Skubany, myślę sobie, ale ma pretekst, żeby tam łazić! Fakt, trawy było po pas, a ogródek prawie 200 m, ale gdyby tylko te doniczki wyciągnął!

Dzisiaj temat baboków w życiu mojego męża znów się pojawił. Tak sobie jedziemy autem i gadamy, gdy mój mąż kochany przypomina sobie nagle ciekawą historyjkę.
– A wiesz, dzisiaj wjeżdżam do galerii i jadę za jakimś samochodem, i jadę, on jakoś dziwnie staje, to jedzie, już miałem go wyminąć, ale nagle całkiem stanął i zaczął się cofać. Ja odjechałem, żeby we mnie nie wjechał. Ale w końcu stanął i włączył awaryjne. Drzwi się otwierają i wybiega jakaś laska. “Może mi pan pomóc? Jadę i jadę i nie wiem jak wjechać, mąż mi mówił jak, ale ja się boję… Mógłby mi pan wjechać tym samochodem na parking?”
– No coś ty! I pomogłeś?
– No tak, powiedziałem jej, że wjadę, zaparkuję i zejdę jej pomóc z tym samochodem.
– Nie wierzę! Toś ty taki szlachetny! No i co, wjechałeś? – pytam, bo wydawało mi się, że znam mojego męża.
– No wjechałem! – mówi dumny i uśmiecha się do mnie. Jednak po chwili mina mu tężeje, bo na łeb spadają mu gromy z nieba! A nazbierało się tego, ho ho!

Doniczki, w każdym razie, są już wyciągnięte!