Dzieci rosną, mężowie starzeją, tylko my wiecznie młode

Dzieci rosną, mężowie starzeją, tylko my wiecznie młode

Wczoraj wydarzyło się coś, co uświadomiło mi jak szybko moje dzieci rosną. Jeszcze niedawno każdy z nich był taki mały i nieporadny, w pieluszkach i na rowerku z bocznymi kółkami. No cóż, czas leci, ale ja wciąż młoda. Duchem.

W ostawni dzień rekrutacji z językiem na brodzie i plikiem podań, oświadczeń i zaświadczeń stawiłam się po raz trzeci u tej samej pani dyrektor pobliskiego przedszkola.

– Jezu, jak ten czas leci, niedawno się urodził, a już do przedszkola pani go zapisuje! – przywitała mnie jak starą znajomą.

To mi uświadomiło upływ czasu. Przecież tak niedawno to było, kiedy się urodził, a już mam tak dużego chłopczyka w domu. Te pójście do przedszkola, te magiczne 3 latka, to taki most, który łączy niemowlęctwo i wczesne dzieciństwo z powagą majestatu, którym jest status przedszkolaka. To czas, kiedy mój mały mężczyzna pozna kolegów, może i na całe życie, nauczy się piosenek i wierszyków, pozna literki. Pewnie się nie obrócę, a już będzie w szkole.

A pamiętam jak najstarszy syn rozpoczynał przygodę z tym etapem edukacji, pamiętam jego minę, kiedy patrzył na te wszystkie płaczące dzieci wokół i sam na koniec się rozpłakał. A teraz taki chłop. Samodzielny, który umie tyle rzeczy zrobić bez mojego udziału. Już nie muszę go prowadzić ze szkoły do domu za rączkę i wycierać zasmarkany nos.

I średni, który nie tylko umie zadbać o siebie, ale też o Malutka, dla którego jest prawdziwym przewodnikiem po wymyślaniu głupot i uczeniu niezbyt mądrych i przydatnych, z mojego punktu widzenia, rzeczy. Który nie daje sobie wejść na głowę starszemu, szybszemu i sprytniejszemu bratu.

Kiedy to wszystko się stało, nie wiem. Mój najmłodszy syn idzie do przedszkola! Wow! I choć nie mówi jeszcze zbyt dobrze, śpi z króliczkiem i smokiem, to już przecież pieluchy i butelka poszły w zapomnienie. 

Myślę, i czekam na to od lat, że zacznę w końcu nowy etap w życiu. Kiedy, wciąż jeszcze młoda (duchem), będę mogła skupić się trochę na sobie. Wyjść na zakupy bez trzech wlokących się za mną ogonów. Wyrzucić pieluchy i mokre chusteczki z mojej torebki. Spotkać się z kimś na mieście lub pójść do kina bez planowania z tygodniowym wyprzedzeniem.  

Może kupię sobie super niepraktyczny samochód z otwieranym dachem, wezmę moje też młode duchem kumpelki i pojedziemy w któryś weekend na shopping i pyszna kawę do Mediolanu? Usiądziemy na placyku obok fontanny, przy malutkim stoliczku i, popijając cafe latte, będziemy się chichrać w głos, wystawiając nasze, nadszarpnięte grawitacją twarze, ku słońcu.

Tego sobie życzę, kiedy moje dzieci troszkę jeszcze dorosną. Dolce vity w doborowym towarzystwie, bo czas zapierdala, dzieci rosną, mężowie starzeją, a my wciąż jeszcze całkiem młode…

  • Katarzyna Chudowolska

    Oj jak ja Cię rozumiem. I pocieszę Cię, że w moim przypadku, gdy Najmłodszy ma już prawie 4 latka, udało mi się prawie odciąć pępowinę, wyjechać bez dzieci na dłuższy urlop, czy wyjść z mężem na randkę nie szukając opieki do dzieci.

    • Ja też zrobiłam pierwszy krok – rok temu wyjechaliśmy na tydzień bez dzieci. Cóż to był za dziwny wyjazd, o nic nie trzeba było się martwić! Randka jeszcze przede mną 🙂

  • Rozumiem ten stan ducha, czas, kiedy będzie można odetchnąć, spojrzeć na wszystko z dystansem. Moje drugie najmłodsze w maju kończy 3 latka, chodzi do klubiku na 5 h, od września mam nadzieje do przedszkola. I też jestem zdumiona jak ona szybko urosła…dziecko niemal samodzielne, a ja jeszcze bóle porodowe czuję 😉