Pełne obroty, czyli dzieci wracają z ferii

Pełne obroty, czyli dzieci wracają z ferii

Dzieci wracają z ferii – koniec laby, niekończących się wieczorów i poczucia braku zajęcia. Znowu łeb jak bania, zimna kawa i troje dzieci wiszących na mnie jak na kole ratunkowym. Babcia wychodzi, odetchnąwszy z ulgą, a ja wzdycham – wiadomo co mnie czeka. Nie ma zmiłuj się, od razu piąty bieg.

Wiadomo, że ferie służą do tego, żeby odpocząć od szkoły. Ale dla rodziców to też odskocznia. Odskocznia od codziennych obowiązków związanych z wychowaniem dzieci, od porannego wstawania, od gotowania i innych spraw. Dla mnie taka przerwa to prawdziwe odsapnięcie, więc korzystam z ofiarności obu babć, które stęsknione za wnukami, chętnie ich do siebie zapraszają. Jednak kiedy ten cudowny czas się kończy, od razu czuję, że spadam na ziemię z wielkim hukiem, bo od samego początku nie wiadomo w co mam najpierw wsadzić ręce. Tym razem, choć dzieci przyjechały tylko na weekend, już od samego początku wpadłam w wir różnych zajęć wokół dzieci…

Rano lekarz, trzeba było zwlec się bladym świtem. Wymrażanie mięczaka zakaźnego, upierdliwe to-to, męczę się z tym od dwóch miesięcy i bez efektu, tylko się rozsiewa. Mój syn był dzielny. Do połowy zabiegu. Potem nie pomogły rozmowy, prośby, szantaż, obietnica i nagrody. Bezsilna machnęłam ręką na resztę mięczaków do wypalania – trudno, będę się męczyć następne trzy miesiące, ale z młodym nie da się już współpracować.

Po powrocie mąż wraca z budowy ze smutnym podsumowaniem, że nie idziemy do przodu, wszystko stoi, a ja siedzę z dziećmi w domu. No tak, siedzę i pachnę Diorem. Z tego powodu awantura. Dziękuję bardzo, nie muszę pić kawy, tak mi skoczyło ciśnienie. No dobra, mogę pojechać coś posprzątać, ale mamy przedtem gościa – koleżanka, z którą nie widziałam się od paru lat. Jeszcze obiad, nadziewane muszle szpinakiem, gorgonzolą w sosie pomidorowym pod kuźwa pierzynką z tartego parmezanu. Na szczęście wszyscy zjedli bez wydziwiania. Potem goście. Aaaa! Prezenty, a ja bez niczego dla małej! Na szczęście przypomniało mi się, że kupiłam na wypadek takich sytuacji w Biedronie jakiś art-zestaw i akurat, dzięki Bogu, przydało się!

Potem na budowę. Pokręciłam się dwa razy i Malutek zaczął marudzić. Zorientowałam się, że zapomniałam torby z pieluchami, jedzeniem i zabawkami. Pół godziny z nim na rękach i prawie odpadło mi ramię, nie mówiąc, że  nie zrobiłam nic oprócz dobrego wrażenia. Mąż po wyjściu gościa zaczął być sobą, więc odechciało mi się. Chwilę potem padło pytanie “Mamo, a kiedy wrócimy do domu?”. Pomimo dobrych chęci, nie dało się nic zrobić. Pojechaliśmy.

Na parkingu przed domem trzeba rozpakować wszystkie bambetle. Średni pcha wózek z małym, Najstarszy wózek na zakupy z pudłami do pakowania, ja idę z torbą śmieci na końcu – no nie, rodzina kloszardów podsumowuję załączony obrazek. Wiadomości obejrzałam półokiem, próbując okiełznać marudzącego maluszka, a tyle ważnych wydarzeń! Jeszcze dzieciom jeść i można zakończyć dzień. Oczywiście każdy chce coś innego, ale nie ma, kuźwa, albo to, albo tamto – kończę dyskusję. Kąpanko – wrzucam hurtem dwie sztuki – i chwila oddechu. Tak się zapatrzyłam w Fb, że nie zwróciłam uwagi, że woda to już zimna! Jakby ktoś się pytał, to powiem że hartuję dzieci.

Kiedy karmię małego, z łazienki dobiega do mnie: “Mamo, niedobrze mi!”. Jezu, a jak zacznie rzygać? Lecę pomóc. Wyciągam zdechlaka z wanny, w tym czasie Mały ląduje na podłodze i dobiera się do brudnych majtek, które leżą wśród porozrzucanych ciuchów. Na szczęście za chwilę złe samopoczucie, a więc i zagrożenie mija. Jeszcze smarowanie mięczaków i ubieram golasa w piżamę. Kilka minut i dwoje starszych dzieci mam już w łóżku, a potem kładę Małego i mogę odsapnąć.

Kiedy wieczorem wyciągam nogi przed telewizorem, czuję się, jakby mnie ktoś przejechał walcem. Sama już nie wiem, czy na budowie nie zmęczyłabym się mniej. Robota przy dzieciach to jest jednak orka na ugorze. Na szczęście, już jutro, mniej więcej od południa znowu mam połowiczny luz – dzieciory, sztuk dwie, jadą do drugiej babci! AAAA!!!

I ta myśl podtrzymuje mnie przy życiu 🙂