Dzieciństwo kiedyś a dziś

Dzieciństwo kiedyś a dziś

Kiedy wracam wspomnieniami do czasów, gdy miałam kilka lat, myślę, że dzieciństwo kiedyś było zupełnie inne niż dziś. Bardziej beztroskie, mniej kontrolowane przez rodziców i nieświadome czyhających zagrożeń. Dziś moje dzieci mają znacznie szerszą wiedzę na temat otaczającego ich świata niż ja miałam w ich wieku, wiedzą jak zachować się w różnych sytuacjach, w których ja nigdy się nie znalazłam, kiedy miałam tyle lat co oni, świat jest dla nich o wiele bardziej dostępny niż był dla mnie. Ale, czy rzeczywiście?

Jak teraz sobie teraz wspominam, to wydaje mi się, że fajne miałam dzieciństwo. Nie wiedziałam, że jest jakiś wielki świat. Ale chyba nie trzeba mi było dużo więcej niż miałam. Wystarczyło podwórko, sad, pola i lasy w okolicy, a także towarzystwo kuzynów, którzy zawsze zjeżdżali do babci na wakacje.

dzieciństwo na wsi

Wychowywałam się na wsi, gdzie mieszkaliśmy z dziadkami. Wokół małego poniemieckiego domu był wielki sad z pięknymi jabłkami, gruszkami i śliwkami. Za domem rosła ogromna czereśnia, na którą często się wspinałam. Było to dosyć karkołomne zadanie, bo gałęzie były wysoko, a konar trudny do sforsowania. Nigdy jednak nie spadłam z tego drzewa. 

Na samym końcu ogrodu mama miała warzywniak. Rosły tam też gruszki, przy płocie jeżyny, w których kiedyś znaleźliśmy jeża, a z drugiej strony orzechy laskowe. Graniczyliśmy z sąsiadami, których, jak to na wsi, cała nasza rodzina nienawidziła. Nie wiem dlaczego, to była jakaś taka sąsiedzka zawiść, którą my jako dzieci dzieliliśmy z dorosłymi. Po prostu też ich nienawidziliśmy. Przy tym płocie odbyła się wojna na wszystko co było w tym ogrodzie. Leciały od nas gruszki, ogórki, dynie, a od nich śliwki umaczane w krowich plackach. Tłukliśmy się równo, a po całej akcji zebraliśmy te śliwki, babcia je umyła i zrobiła kompot. Nie miałam po tym żadnych sensacji żołądkowych.

dzieciństwo na wsi

Babcia w ogóle czasem robiła pyszne rzeczy. Były pierogi z serem i słodką kruszonką z bułki tartej, były kopytka z masłem, woda sodowa z sokiem. Robiło się też ser biały, masło i śmietanę, choć nie pamiętam smaku, niestety. W niedzielę podawano rosół, taki prawdziwy, na hodowanym na podwórku kurczaku.

Dziadek miał pełno zwierząt – jak to na gospodarstwie. Konie, krowy, świnie, kury, kaczki i gęsi, psy i pełno kotów. A w dziurze wentylacyjnej od stodoły było gniazdo, gdzie kukułka podrzuciła swoje jajka.  Poza tym mieliśmy króliki, które karmiłam mleczem i trawą. Wszystkie króliki oczywiście szły na rzeź, oprócz jednej królicy, której tata nie miał serca zabić. W końcu ktoś ją od nas odkupił i pewnie skończyła jak cała reszta. Był oczywiście pies na łańcuchu, ale nikt wtedy nie wiedział, że to niehumanitarne tak trzymać zwierzęta. Drugi, Pikuś – przybłęda, biegał luzem i wszystkich gryzł.

Którejś wiosny na stryszku nad kurnikiem okociła się nasza kotka. Wchodziliśmy więc do tego do kurnika, w którym było pełno pcheł i śmierdziało kurzymi kupami, żeby zobaczyć kociaki. Niestety po kilku dniach kocica pozagryzała swoje młode, pewnie dlatego, że je głaskaliśmy zaraz po urodzeniu. Postanowiliśmy więc razem z kuzynami pochować te koty. Dwa pierwsze leżały pod czereśnią, ale jak trzeci został zagryziony postanowiliśmy, że zbiorowa mogiła będzie pod gruszą jednak. Mój mały brat miał za zadanie odkopać te martwe koty i przenieść je na drugi ogród. Co sumiennie wykonał. Pamiętam, że mama, kiedy się o tym dowiedziała, była przerażona. No bo jak to można brać do ręki rozkładające się koty? Nie pamiętam czy młody umył ręce po całej tej akcji, ale ostatecznie nic mu nie było.

dzieciństwo na wsi

Oczywiście mieliśmy z kuzynami domek na drzewie. Zbudowaliśmy go sami ze sztachet, które zostały dziadkowi z ogrodzenia. Czasem też budowaliśmy szałas i siedzieliśmy w nim, kiedy padało. Bawiliśmy się w dom. Gotowaliśmy zupę z wody i prawdziwych ekologicznych jajek, które wyciągaliśmy z kurnika, albo robiliśmy sok z bzu, co rósł za drewnianym kibelkiem. Niedaleko była studnia, ale nikt nigdy do niej nie wpadł. Tak samo jak do tego kibelka, który trzeszczał i chwiał się jak tylko się do niego weszło. Naturalnie w środku nie pachniało Brise’em i nie było mokrych chusteczek do tyłka, a pocięta i zmięta gazeta.

Z uroków wiejskiego życia pamiętam żniwa. Jak układaliśmy snopki w letnim skwarze, a potem chroniliśmy się od słońca w ich cieniu. Jak zwoziliśmy siano czy słomę wielkim drabiniastym wozem, który na zakręcie przechylał się niebezpiecznie na bok. Wszyscy jechali na górze, łącznie z dziećmi. Pamiętam jak wrzucaliśmy buraki cukrowe do piwniczki. Jak sadziliśmy ziemniaki, a potem zbieraliśmy na jesień. Wszyscy się wtedy uwijali jak w ukropie, wszyscy ruszali do pomocy. Ja nie czułam się jakoś obarczona pracą na roli, ale moi rodzice wspominają ten czas jak prawdziwą udrękę. Rano zwykła praca, po południu pole, w weekend to samo. Potem zbieranie jabłek, śliwek i wożenie na targ. Raz się zdarzyło, że sama prowadziłam zaprzężony wóz i raz musiałam przyprowadzić krowę z pola. Krowa na szczęście mnie nie staranowała i spokojnie poszła do domu. 

dzieciństwo na wsi

Czasami rolnicy przejeżdżając koło naszego domu zabierali na pole mojego młodszego brata, który miał ze 3 lata, a potem, kiedy wracali, odstawiali go z powrotem. Rodzice oczywiście nie wiedzieli, gdzie jest dziecko i że jedzie traktorem bez żadnych zabezpieczeń. Zresztą wtedy nikt o tym nie miał pojęcia.

Pola i lasy miałam za domem, na wyciągnięcie ręki. Jeździłam rowerem polnymi drogami na dzikie śliwki albo nazbierać konwalii. Tam, gdzie rosły konwalie było bagno, ale nigdy się tam nie zapuszczałam. Zimą jeździliśmy na sankach w lesie, który rósł na górce, tak że leśna ścieżka zamieniała się w tor saneczkowy. Miałam stare poniemieckie sanki, które były ciężkie jak diabli, ale za to najdalej jechały. 

W tym samym lesie płynął strumyk, nad którym moja dwa lata starsza koleżanka Ala miała coś w rodzaju domku. Przychodziłam tam do niej i bawiłyśmy się nad brzegiem. Miałam może z 10 lat, a Ala była jedyną moją koleżanką, więc spędzałam u niej każdą wolną chwilę. Strumyk sobie płynął, a my miałyśmy świetną zabawę.

Ta moja wieś, w której mieszkałam, była częścią małego miasteczka. W mieście rodzice pracowali, był kościół, szkoła i kino. W niedzielę wystrojeni w ciuchy “na niedzielę” szliśmy do miasta na sumę. Po mszy rodzice zabierali mnie na galaretkę to restauracji “Klubowa” albo na kręcone lody. W lecie chodziłam na poranki do kina albo do zamku, w którym były zajęcia dla dzieci.

Mieszkaliśmy na samym końcu wsi. Do szkoły miałam 3 km piechotą, a we wsi nie było oświetlenia ani chodników, rzecz jasna. Droga do szkoły zajmowała mi ponad pół godziny, jeśli za długo nie stałam przy kiosku. Ten kiosk był jedyną atrakcją, kiedy szłam i wracałam po lekcjach i stałam przy nim godzinami oglądając wystawę. Co dwa dni wychodził Świat Młodych, który oczywiście kupowałam i namiętnie czytałam. Czasem do szkoły jechałam z tatą, który miał piękną, białą syrenkę. Jechałam oczywiście bez pasów i fotelika, co było normalne w tamtych czasach. W końcu tata kupił mi rower od Ruskich, taki z długim siodełkiem, i jeździłam nim do szkoły. Najgorzej było w zimie. Chodziłam do szkoły na popołudnie, więc lekcje kończyły się jak było już ciemno. Niestety od połowy wsi nie było lamp i dzięki temu, że w oknach świeciły się światła w ogóle widziałam gdzie iść. Kiedyś minęłyśmy się z mamą w tej ciemnicy, idąc po dwóch stronach ulicy i tylko dlatego, że mignęły mi światełka przy tornistrze, mama mnie zauważyła. 

I jakoś nic mi się nie stało. Nie wpadłam do strumienia i nie zgubiłam się w lesie. Nie utopiłam się w bajorku dla kaczek, które było w ogródku, ani nie wpadłam do studni. Nigdy nie złamałam ręki spadając z drzewa. Nic mi się nie stało, kiedy wracałam zimą ze szkoły nieoświetloną drogą. Nigdy nie nosiłam kasku, kiedy jechałam rowerem. Nie miałam żadnych ochraniaczy. Jadłam jabłka prosto z drzewa, leśne owoce zerwane z krzaczka i nie miałam od tego rozstroju żołądka. Nikt nie słyszał o pasożytach, alergii czy salmonelli.

dzieciństwo na wsi

Czasy się zmieniły, ale chyba zabrały naszym dzieciom trochę idylli i beztroski. A nam ta świadomość otaczających niebezpieczeństw dodała trosk i zmartwień. Bo jak tu uchronić dzieci przed wypadkiem drogowym, przed pedofilem, przed znęcaniem się w sieci, przed uzależnieniem od mediów i gier? Przecież nie da się ciągle ich kontrolować, choć i tak przecież śledzimy prawie każdy ich krok. Asekurujemy przy drzewie, pilnujemy na podwórku, wozimy samochodem do szkoły, dbamy, żeby było bezpiecznie i żeby, broń Boże, nawet kolano się nie zdarło.

dzieciństwo na wsi

Nie wiem czy miałam lepsze dzieciństwo niż moje dzieci. Ale mam nadzieję, że, tak jak ja teraz, będą je wspominać z lekką nutką nostalgii…

Graliście w gumę i skakaliście na podwórku na skakance? Zbieraliście znaczki? A może mieliście osiedlową bandę Łysego, której wszyscy się bali? Jakie macie wspomnienia z dzieciństwa?

  • Marzena Meyer

    Czekam na chwile, w której napiszesz i wydasz książkę opatrzona Twoimi świetnymi zdjęciami. .Zapewniam Cię , ze ją kupię, bo świetnie się Ciebie czyta.MM

    • Jeśli napiszę to na pewno z dedykacją dla ciebie, że tak mnie mobilizujesz. U mnie proces decyzyjny trochę trwa, ale w końcu zabieram się do dzieła. W końcu pewnie i książkę napiszę, o czym myślę ostatnio bardzo intensywnie 🙂

  • Witaj. Też chodziłam do Klubowej ( większość kawiarni albo restauracji tak się nazywała, albo relax ) Fajne czasy przypomniałaś. W gumę skakałam, w linkę też, zbierałam znaczki i plakaty z magazynu Bravo (chyba). Większość dnia spędzałam z dzieciakami na podwórku a nie przed komputerem jak to dzisiaj bywa niestety. Pozdr.

    • Niestety te komputery to zmora naszych czasów. Sama siedzę więcej niż trzeba, nie mówiąc o dzieciach. Na przykład urządza się teraz takie urodziny, że się siedzi przy xboxie i gra. Ha, to dopiero rozrywka!

  • Pingback: Moja ulubiona zabawka | Dom na głowie()

  • Pingback: Przyznać się do winy | Dom na głowie - blog parentingowy()

  • Pingback: Gdzie jest Brazylia?()

  • Czytając wpis przypomniały mi się lata mojego dzieciństwa:) ten domek na drzewie zbudowany własnoręcznie, zabawy w podchody toczące się na całej wsi:)) To były piękne, beztroskie czasy. W moim przypadku dzieci na pewno będę miały zupełnie inne wspomnienia niż ja sama, aczkolwiek liczę na to, że równie wspaniałe:)