Dzień Matki

Dzień Matki

Dzień Matki to dla mnie zawsze chwila refleksji nad moim życiem, które nieodwracalnie zostało zmienione przez moje dzieci. To one stały się moim motorem, wiatrem w żaglach i wokół nich kręci się mój świat. Bo bycie mamą to taka niekończąca się przygoda, pasmo wyrzeczeń, ale też sens życia i mnóstwo radości. 

Kiedy zostałam matką pierwszy raz, kiedy położyli mi moje dziecko na piersi, nie poczułam nic. I to mnie zaskoczyło. O dziwo nie płakałam ze szczęścia i nie zachwycałam się małymi paluszkami tak jak na filmach. Tak naprawdę bałam się dotknąć tego małego człowieczka. Zastanawiałam się, kiedy to przyjdzie – to matczyne uczucie – i jak to będzie?

W końcu się dowiedziałam. Zachwyt dzieckiem nadszedł z pierwszym uśmiechem, ze spojrzeniem utkwionym w moje oczy. Wtedy posypały się buziaki i uściski oddane w głośnym, dziecięcym śmiechu. Zostałam matką w pełnym tego słowa znaczeniu.

Początki były trudne. Zamotana, niewyspana, w szlafroku do godziny 14.00 byłam w końcu matką i nie za bardzo mi się to podobało. Wiedziałam, że nie będzie łatwo, ale wiedzieć to jedno, a przeżyć to drugie. Mąż mój jak zwykle ileśset kilometrów ode mnie, a ja sama z dzieckiem płaczącym, chcącym coś, czasem chorym, odrzucającym pierś. Świadomość uwiązania, niekiedy bezsilności, poczucie, że muszę przez to przejść, choćby nie wiem co. Że muszę dać radę, bo przecież nie ja jedna mam dziecko.

Przy drugim i trzecim już było łatwiej. Wiedziałam już czego się spodziewać, jak przechodzą choroby, jak sobie radzić w różnych sytuacjach. Zdawałam sobie sprawę, że każde dziecko jest inne, że idzie swoją własną drogą rozwoju. Że ma dużo zalet, ale też wady. Że nie wszystko potrafi i ma swoje niedoskonałości.

Początkowo było wielkie przejęcie i przekonanie, że mój mały synek będzie najlepszy, pierwszy, najszybszy.  Licytowałam się z innymi matkami co umie już zrobić, powiedzieć, w co się bawić. A potem przyszła ta świadomość, że moje dziecko jednak nie jest idealne. I pogodzenie się z tym, że nie będzie. Że nie liczy najszybciej na podwórku, że nie bryluje w przedszkolu, że w gruncie rzeczy jest nieśmiałe i do wszystkiego  potrzebuje czasu. Że jest po prostu sobą i nic nie musi. 

Ja też nie nadążam być super matką. W obliczu licznych informacji z mediów, tak ogromnej wiedzy, którą przyswaja się z książek, gazet i internetu, staję często z wielkim poczuciem winy, że jednak nią nie jestem. Kiedy zdarza się, że puszczają mi nerwy, kiedy nie chce mi się i odpuszczam, o czymś zapominam albo jestem zbyt zmęczona, żeby czegoś dopilnować. Zaraz potem pocieszam się, że pewnie jest tysiące takich matek jak ja. Przecież nie jestem idealna, tak zresztą jak moje dzieci, choć to ja poniekąd mam wpływ jakie będą.

Dlatego nachodzi mnie czasem niepokój, czy aby zrobiłam wszystko, żeby dać dzieciom dobry start w przyszłość, czy nie zmarnowałam jakiejś okazji, nie przeoczyłam czegoś.  I odpowiedzialność, żeby wyrośli z nich porządni ludzie. Odpowiedzialność, która ciąży na mnie – matce.

Bycie matką to właśnie permanentny lęk o dzieci. Nie tylko o to, jakimi będą ludźmi. To koszmarne sny, kiedy widzę moje małe dziecko na skraju przepaści, naprzeciwko nadjeżdżającego samochodu albo w rwącej rzece. Kiedy nic nie jest w stanie odgonić tych  myśli, a noc tylko potęguje to straszne wrażenie aż do tego stopnia, że ciężko zamknąć oczy. Albo te nasuwające się wizje wypadku, kiedy jadę samochodem. Coś, czego śmiertelnie się boję. Że mąż wyjedzie gdzieś z dziećmi i nigdy nie wrócą. Oglądaliście kiedyś film “Między piekłem a niebem”? Tam jest podobna scena. 

Teraz, kiedy mam trójkę dzieci, ten strach przed stratą jest jeszcze spotęgowany. Wizja, że tracę swoje dzieci, jest nie do wyobrażenia. Dla matki chyba nie ma chyba nic gorszego.

A przecież tylu dzieciom dzieje się im krzywda. Tyle zewsząd informacji o tym, że ktoś znęcał się czy zakatował jakiegoś maluszka. 2 lata, kilka miesięcy, 5 lat, umarł po cichu w łóżeczku, znaleziony w wodzie, zostawiony w samochodzie, bezimienny. Dzieci porwane i wykorzystywane seksualnie. Odkąd jestem mamą, te wiadomości i obrazy zostają w mojej głowie przez lata. Odbierane przez pryzmat własnych dzieci i tego, co mogłyby czuć w takich sytuacjach. Na samą myśl moje matczyne serce kroi się na czworo. 

Kiedy przychodzi 26 maja myślę o tym wszystkim. Myślę też ciepło o swojej mamie i wspominam, kiedy sama byłam mała i ile wysiłku włożyła w moje wychowanie w tych trudnych czasach. Teraz sobie czasem gawędzimy i porównujemy jak to było kiedyś, a jak jest teraz. Jednak mimo upływu czasu, innego stylu życia i różnic w wychowaniu, dzieci nas tak samo zmieniają, a życie z nimi jest ekscytujące, pełne emocji i wyzwań. I naprawdę warto być mamą!

Polecam do przeczytania tekst o tym jak rodziłam swoje dzieci – za każdym razem była jakaś ciekawa historia!

Wszystkim Mamom w dniu ich święta życzę siły i wytrwałości, pogody ducha i uśmiechu na co dzień, a także radości ze swoich dzieci! A mojej Mamie życzę dużo zdrowia i żebyśmy mogły sobie tak gawędzić jeszcze wiele, wiele lat, może nawet jak obie będziemy babciami 🙂 A to by było dopiero!