Grypa żołądkowa, czyli lecieć do dzieci czy do toalety

Grypa żołądkowa, czyli lecieć do dzieci czy do toalety

Mam wrażenie, że grypa żołądkowa to nieodłączny element ubarwiający szarość dnia powszedniego jesienno – zimowego. Zwykle dzieciaki przynoszą tą niewątpliwie “oczekiwaną” przez nas przypadłość na jesień, ale tym razem jakoś się uchowaliśmy, by znienacka paść ofiarą rozstroju żołądkowo – jelitowego późną zimą. 

Pomór zaczął się od średniego, który wymiotował całą noc, a potem najstarszego dopadła biegunka. Później mieliśmy jeden dzień przerwy i padł pokotem w czasie pracy mój mąż (akurat był właściciel firmy, współczuję!), a na wieczór ja. Pawie fruwały w lewo i w prawo, dupę urywało, żołądek się skręcał, a w kiszkach się przelewało jakby ktoś robił kolonoskopię. Tragedia!

Z tego wszystkiego pół biedy jak chorują dzieci. Przecież są rodzice, którzy troskliwie się nimi zajmą. Lecą w środku nocy z miską i herbatką z kopru włoskiego. Zmieniają obrzyganą pościel bez odruchu wymiotnego. Pilnują diety bananowo – ryżowej, podadzą coś na gorączkę i na drapanie w gardle

ziółka

Jednak kiedy jest na odwrót, to już gorzej! Skręcając się z bólu trzeba obrobić dzieci, na czworakach podawać jedzenie i położyć je spać między jedną wizytą w kibelku a drugą. Potem ewentualnie można sobie pochorować.

Na szczęście mnie dopadło na wieczór, ale mąż jeszcze nie przyjechał z pracy i byłam sama z trójką małych dzieci. Gdzieś koło 18.00 jak perszing wyrwałam do toalety, gdzie prawie wyzionęłam ducha, a tu słyszę zza drzwi:

– Mamo!!!! Mały wlazł na stół!!!! (co jeszcze potrafi mój mały synek pisze tu)

No i co ja mam zrobić? Ratować siebie czy moje dziecko?

– To go ściągnijcie!!!! – drę się przez drzwi.
– Ale on cały czas wchodzi!!!

O Boże, no i co, trzeba szybko sprawę załatwić i biec, bo jeszcze mały spadnie z tego stołu!

No, niestety, dla dzieci nie ma świętości, matka musi być do dyspozycji w każdej chwili, co tam jakaś grypa żołądkowa!

ziółka

Od razu przypomina mi się podobna historia z biegunką z tamtego roku. Na budowie poczułam się źle i postanowiłam wrócić do starego mieszkania. Po drodze pędziłam już jak Kubica i omijałam osiedlowe hopki prawie jak na WRC, żeby zdążyć przed nadciągającą katastrofą. Jeszcze miałam ostatnie 500 m, a tu prawie KRET WYSTAWIŁ OCZY!!! Oczami wyobraźni widziałam jak parkuję na ręcznym w zatoczkę i już jestem na toalecie, ale rzeczywistość nie była aż tak łaskawa; brama otwierała się jak internet 10 lat temu, a z miejsca parkingowego miałam jeszcze kawałek do przebiegnięcia. W drzwiach minęłam się z nianią, która leciała na autobus, a ja nareszcie dobiegam do celu!

Chwilo trwaj! ….czysta i błyszcząca, nie zmącona krzykiem…. ni kurzem…. zamknięta w doskonałości tak nieskończonej, jak perł….

Mamo, zobacz jaki dyplomik dostałem! – otworzyły się drzwi i stanął w nich średni syn dumnie pokazując dowód uznania za udział w jakimś konkursie.
– Synku, zostaw mnie, proszę, później zobaczę – wydusiłam ledwie żywa.

W tej samej chwili dzwoni telefon, tym razem najstarszy syn. Można sobie w łeb strzelić!

– Mamo, a mogę wrócić sam?
– Teraz? Przecież masz szachy!
– Ale mamoooo… szachy…? – w słuchawce słyszę jęczenie, a w tle rozdzierający płacz Maluszka, który przewrócił się i stuknął głową o podłogę/ uderzył się głową o ławę/ przeturlał się plecami na zabawkę/ AKURAT, kuźwa, teraz!

– Tak, za godzinę masz szachy…. – Boże!!!! Mały płacze, a ja tu udupiona jestem! – Pomóż tam Małemu, bo płacze!!!! – krzyczę do średniego syna i wracam do rozmowy telefonicznej – …. Co? Nie wiem, DOBRA, wracaj, pa!!

Płacz…
Większy płacz….
Mega płacz…..
Niech to szlag!!! Już!!! Lecę!!!! Resztę zrobię, jak mały pójdzie spać!

I miej tu dzieci i biegunkę, no nie składa się.

O podobnych urokach macierzyństwa piszę w tekście “Być mamą, czyli jak macierzyństwo wygląda naprawdę”, gdzie trochę odczarowałam czar i lukier płynący z telewizyjnych reklam. No cóż, prawdziwa rzeczywistość nie nadaje się do pokazania!