11 przykładów jak dzieci zmieniają nasze życie

11 przykładów jak dzieci zmieniają nasze życie

Przychodzi taki moment w życiu, w którym zaczynasz myśleć o powiększeniu rodziny. To taki naturalny proces, który zachodzi w naszych głowach, kiedy przestają nam wystarczać znajomi, imprezy i życie w pojedynkę. Przecież dzieci nadają sens naszej egzystencji, wypełniają ją po brzegi, są największą naszą wartością. Jednak czy naprawdę zdajemy sobie sprawę, jak dzieci zmieniają nasze życie?

Podczas ostatnich kilku rodzinnych uroczystości przyglądałam się młodym parom, które lada dzień rozmnożą się, i kiwałam nad nimi głową. Jeszcze nic nie wiedzą, jeszcze są tacy uśmiechnięci, tacy zakochani, tacy wyspani… Oj, chciałoby się powiedzieć, to wszystko zaraz się skończy, moi drodzy!

Przed urodzeniem mojego pierwszego syna prowadziłam luźny tryb życia, imprezowy, a dodatkowo moja praca też wiązała się z branżą rozrywkową. Spałam długo, niczym się nie martwiłam, można powiedzieć, że dosyć beztrosko sobie z mężem żyłam. I zaszłam w ciążę. Niestety, nikt mnie nie ostrzegł, że skończyły się żarty, że oto moja wolność i swoboda ma swój kres, a od momentu narodzin prawie każdy aspekt mojego życia będzie się kręcił wokół dziecka. Dziś już mogę, jako ekspertka i specjalistka, podsumować metamorfozę jaka zaszła i we mnie, i w moim dotychczasowym świecie, dokonana przez moje potomstwo.

Oto jedenaście (miało być dziesięć, ale nie wyszło) sfer mojego życia, które zmieniły się w momencie, kiedy pojawiły się dzieci:

1. Dzień przed porodem dziesięć lat temu to był ostatni moment, kiedy się naprawdę wyspałam. Z rzeczywistością zderzyłam się jak ze ścianą (chyba z niewyspania). I tak przecież było przez kilka lat. Kiedy odgrzebałam się z jednych pieluch, zaraz pojawił się kolejny członek rodziny i kołomyja zaczęła się od nowa. Tym razem było gorzej, bo miałam dwoje małych dzieci. W pewnym momencie ze zdziwieniem zauważyłam, że wystarczy mi sześć godzin snu, a czasem to nawet cztery. Mało tego, ze zmęczenia padałam na nos w środku dnia, co mi się wcześniej nie zdarzało, a w nocy to nawet chrapanie męża przestało mi przeszkadzać (no, trochę przesadziłam). Pisałam o tym w poście “Asia! Mały płacze!

2. Jeśli mowa tu o mężu, to musiałam zapomnieć, że będę uprawiać niczym nieskrępowany seks. Jeśli już w ogóle był, to ewentualnie mogłam zrobić to w sypialni, chyba, że obok stało łóżeczko, a maleństwo wybudzało się, kiedy tylko poruszyła się kołdra. Musiałam zapomnieć o krzykach w ekstazie (zresztą co to za ekstaza z dziećmi za ścianą) i bardziej wymyślnych pozycjach, jeśli nie chciałam być zaskoczona nagłym wtargnięciem dzieci, które z przerażeniem krzyczą: “Mamo, co ci się stało?” lub “Tato, co robisz mamie?”. I to chwilę przed orgazmem.

3. Mój salon przestał być salonem, a bawialnią. Zabawki były wszędzie, a do tego jeszcze kojec, huśtawka, krzesełko do karmienia i walające się wszem i wobec śliniaki, pieluszki i mokre chusteczki. Zabawki również znalazły się w wannie, a moje kosmetyki, które elegancko prezentowały się na tle pięknych kafelków wylądowały w najdalszych zakamarkach lub najwyższych półkach, tak aby nie zostały (tu wybierz) zjedzone/ wychlapane/ rozmazane po podłodze. Okazało się również, że moje łóżko to świetny tor wyścigowy, a pofalowana kołdra tworzy idealny teren, po którym crossover mojego dziecka pokonywało góry, doliny i inne bezdroża. Kiedy kładłam się spać, zapomniany samochodzik tkwił akurat w miejscu, gdzie całym ciężarem opadałam ze zmęczenia. 

4. Zapomniałam o prywatności, wyzułam się z intymności i poczucia, że pewne sprawy załatwiam bez asysty. Odkąd pojawiły się w moim życiu dzieci mam wrażenie, że kiedy otworzę klapę od toalety wyskoczy z niej głowa mojego najmłodszego dziecka i powie “a kuku!”. Albo ileż razy musiałam się kąpać w towarzystwie usypiającego przy wentylatorze jegomościa.  Nie raz, kiedy byłam w trakcie namydlania ciała, maluszek stwierdzał, że ma dosyć, a ja w ręczniku i ociekając pianą próbowałam go udobruchać. Maluszek to jeszcze nic, najgorsze jak w czasie mojej kąpieli wchodził któryś ze starszych synów na dwójeczkę. O, to była aromaterapia! Dziś na szczęście mamy osobną toaletę, ale pozostała mi fobia na punkcie wchodzenia do łazienki, kiedy jestem pod prysznicem. Nie wolno i już! 

5. Zaczęłam odżywiać swoją rodzinę zdrowo, chciałam być eko, zaczęłam czytać etykiety, wyznaczać limity na słodkości i starać się przekonać moje dziecko, że szpinak i pietruszka są smaczne. Życie zweryfikowało moje ambicje już na początku, kiedy się okazało, że kurczak ekologiczny kosztuje 70 zł za kg, a moje dzieci zamiast szpinaku wolą naleśniki.

6. Wyrobiłam sobie niezła dykcję i przestałam być na bieżąco z tym, co dzieje się na świecie. Wieczorne czytanie bajek zrobiło swoje, a niektóre czytane codziennie, niemal do obrzydzenia, mogłam nawet recytować z pamięci. Teraz starsi chłopcy czytają sami, ale pojawił się inny rytuał: “Pingwiny z Madagaskaru” o 19.00 i choćby skały srały, to chłopcy muszą to obejrzeć. Bajki w naszym domu to zaledwie godzina przed telewizorem i często jest to nagroda za odrobione lekcje i porządek w pokoju, ale pilot w mojej ręce ląduje dopiero, gdy dzieci pójdą spać. A to już na pewno będzie po Faktach, Wydarzeniach i Wiadomościach. Dodatkowo w trakcie mojego ulubionego serialu z łóżeczka z pewnością dobiegnie znajomy płacz, a ja pchnięta matczynym impulsem od razu polecę utulić maluszka do snu i tym samym stracę najlepszy moment w filmie.

7. Stałam się zagrożeniem na drodze. Jadąc z dziećmi niemal zawsze coś się dzieje. A to trzeba mu podać zabawkę, która upadła za siedzenie, a to wytrzeć smary, które właśnie leją się z nosa lub włożyć niesforną rączkę w pasy. Czasem na tyłach samochodu dzieją się dantejskie sceny, mordobicie i bratobójstwo, a ja kierując autem muszę jakoś opanować sytuację. Rozmawianie przez telefon, sms-owanie czy malowanie pazurów to pikuś, kiedy masz trójkę dzieci na tylnym siedzeniu. Nie mówiąc o tym, że kiedyś miałam na holu zepsute przeze mnie auto ze wściekłym mężem w środku, a w swoim samochodzie maluszka, który ryczał wniebogłosy, a ja, żeby go trochę udobruchać, śpiewałam mu “Kukułeczkę”. To cud, że jakoś dojechaliśmy do warsztatu, choć ja byłam mokra z nerwów.

8. Kończąc studia myślałam, że moja edukacja się skończyła. Odebrałam dyplom i nie chciało mi się nawet myśleć o nauce. Nic bardziej błędnego. Właśnie powtarzam z moimi synami program szkoły podstawowej. Nauczyłam się na nowo dzielenia pisemnego, przypomniałam sobie odmianę przez przypadki, dowiedziałam się różnych ciekawych rzeczy o przyrodzie, które w ogóle do niczego nie są mi potrzebne w życiu codziennym. Nie chce mi się do tego wracać, ale co mam powiedzieć, kiedy syn pyta, czy dobrze zrobił zadanie?

9. Stałam się strategiem, logistycznym geniuszem i świetnie zorganizowaną specjalistką ds. małych dzieci. Ogarniam nie tylko swój napięty grafik, ale również plany lekcji, umówione wizyty u specjalistów, zajęcia dodatkowe i weekendowe urodziny przyjaciół swoich dzieci, na które muszę je zawieźć, ale również pamiętać o kupieniu prezentu, a przez dwie godziny imprezy kwitnąć na zakupach, bądź, o zgrozo, na tej imprezie.

10. Poznałam, co to strach o dzieci i nagle zrozumiałam, o co chodziło moim rodzicom, kiedy ochrzaniali mnie za pięć minut spóźnienia. Często mam sny i wizje, a moje dziecko nie raz stoi na skraju przepaści w mojej wyobraźni. Stałam się odważną heroiną, która wywalczy miejsce u lekarza, wbije się w kolejkę do pediatry i urządzi awanturę z powodu szarpaniny w szkole.

11. Zostałam również znawcą chorób wieku dziecięcego. Po trójce dzieci ciężko mnie czymś zaskoczyć, no może salmonella była nieoczekiwaną i nierozpoznaną przeze mnie chorobą, na którą zaniemógł mój Malutek. Poza tym wszelkie katarki, które przejdą na gardło, wysypki, wymioty i wszechobecne wirusy to znany dla mnie temat. Przerobiłam też pasożyty lub ich podejrzenie, bo oczywiście nigdy w badaniu nic nie wyszło, choć kroiłam te kupy jak rzeźnik i niosłam co trzy dni na badanie. Były kurzajki, mięczaki i wszy, które niby na mnie nie przelazły, ale co z tego, jak i tak wszystko mnie swędziało. Oczywiście znam też leki i dawki, lekarzy, którzy są “dobrzy”, a także przynajmniej trzy różne szpitale, w których spędziłam z moimi dziećmi niejedną noc.

Tak… Trochę może dramatyzuję, może nie wygląda to aż tak źle, ale niewiele odbiega od rzeczywistości. Ważne, żeby dobrze się zorganizować, trochę pomysłowo podejść do życia, a czasem po prostu się wyluzować. W końcu dla nas – matek – robić to wszystko nie jest żadnym wysiłkiem, bo z miłości do swojego dziecka zrobi się przecież wszystko!

Możecie również przeczytać o tym, jak wygląda macierzyństwo z mojego doświadczenia tu.

Czy możecie dodać do tej listy również swoje propozycje? Co się u was zmieniło, kiedy pojawiły się dzieci? Czy zmiany bardzo wpłynęły na wasze życie?

  • Nie dramatyzujesz 🙂 podobnie mam 🙂

  • marzena

    numar 7! Oj tak. Choc mam tylko jedno dziecko

    • To pomyśl sobie jak to wygląda przy trójce 🙂 Nie raz wykręcam rękę do tyłu tak, że gdyby coś się stało na drodze, to chyba by mi tą rękę wyrwało. A najbardziej dekoncentrujący jest chyba płacz. Trudno się skupić na jeździe jak z tyłu dochodzi nieustający ryk!

  • Serenitas

    Ja ostatnio stwierdziłam, że tęsknię za czasami kiedy po pracy mogłam pójść tam gdzie chcę, na zakupy, basen, spacer do kina, a nie lecieć na zbity pysk by odebrać jedno dziecko od babci a drugie z przedszkola. Koniec wolności i swobody.