Jak tu przeżyć śmigus – dyngus?

Jak tu przeżyć śmigus – dyngus?

W tym roku nasi starsi chłopcy odkryli istnienie dwóch świąt: prima aprilis i śmigus-dyngus, kiedy to można zupełnie bezkarnie rozrabiać i robić różne kawały. W tym swoim własnym rodzicom. 

Prima aprilis jakoś przeżyliśmy, choć chłopcy mieli dosyć kontrowersyjny pomysł na dowcip dla taty (“Żeby nasikać do szklanki, wlać tacie do buta i powiedzieć, że to kot!”). Ale za chwilę wielkimi krokami zbliżał się śmingus – dyngus. O, radość była wielka z powodu tej tradycji, bo przecież nie ma nic fajniejszego niż polewanie się wodą. Mało tego, można też oblać rodziców! 

Ja tam nie miałam ochoty na oblewanie się wodą. Jak co rano, jedyne na co mam ochotę, to długi sen, a potem godzinka w łóżku z kawą i książką. Woda odpada. Niestety, nic się nie zapowiadało, że będzie spokojnie, wręcz przeciwnie. Chłopcy cały wieczór chodzili za nami i powtarzali, że wstaną bladym świtem, o 5.00, albo nie, lepiej w nocy, o 3.00, i nas obleją. Tuż przed 23.00 średni syn zakomunikował:

– Ja jeszcze nie idę spać, będę czekał do północy.
– A na co będziesz czekał? – dopytuję.
– No bo po 24.00 już będzie śmingus – dyngus!
– Nie!!! Śmigus – dyngus zaczyna się o 8.00 rano – trochę zbajerowałam moje dziecko, ale to wszystko dla własnego bezpieczeństwa.

śmigus-dyngus

Przygotowania też były jak na wojnę. Woda w butelkach, woda w pojemnikach, nabity wodą pistolet NERF – wszystko przygotowane na bitwę. 

– Nie dacie nam rady, cieniacy! – jeszcze zagrzewałam ich do bitwy. – Nie dacie rady, bo nawet do nas nie wejdziecie!

Ha! Z tą myślą pobiegłam na górę. Schowałam klucz do ich pokoju, a swoją sypialnię zamierzałam zamknąć na trzy spusty. No, bo jak, mam się dać oblać wodą? Nie!!!

Kiedy chłopcy, obwarowani bronią i butlami wody, poszli spać, zaczęliśmy obmyślać jakąś strategię. Że wstaniemy pierwsi i ich oblejemy z zaskoczenia, że musimy przygotować jakiś sprzęt i że zamkniemy się na klucz, żeby nie dać się zaskoczyć.

Zanim poszłam spać postanowiłam jednak osłabić wroga i wspięłam się na łóżko piętrowe najstarszego syna  (bo taki cwaniak), żeby zabrać mu NERFA naładowanego wodą. Weszłam po cichu, syn spał, więc śmiało sięgnęłam po broń złożoną u jego boku. W tym jednak momencie broń zatrzeszczała, ja się zachwiałam, a syn się rozbudził. O kuźwa, przyłapie mnie tu! Usiadł na łóżku całkiem zakręcony, ale na szczęście u nóg, gdzie ja siedziałam, był zwinięty koc, i ja za tym kocem skuliłam się na tyle, ile mogłam, i wstrzymałam powietrze. Za chwilę syn się przewrócił na drugi bok uspokojony ciszą i zasnął. Nie zauważył mnie! Uspokojona, jednym pewnym ruchem złapałam NERFa i w nogi po tej drabince! O mało się na niej nie zabiłam, ale co tam, cel osiągnięty, wróg spacyfikowany!

Ze zdobyczą wskoczyłam do swojego łóżka budząc męża.
– Co? co? … Co ty masz? 
Jak to co, NERFa zabrałam wrogowi!
– A…cha…. – przyjął do wiadomości mój mąż i odwrócił się na drugi bok.

Ja jeszcze sprawdziłam, czy drzwi są zamknięte i też zasnęłam.

Nazajutrz obudziło mnie grzebanie w zamku. To nasz syn, który uprzedzał mnie, że potrafi otworzyć moje drzwi, tak manewrował kluczem, że już – już prawie wypadł z zamka. A wtedy… Tylko chwila i już będę cała mokra! 

Jak ja wyskoczyłam z wyra! Jak nie ja! Bo ja nigdy nie wyskakuję z łóżka. Tylko się zwlekam. Ale nie tego dnia. Tego dnia wyskoczyłam jak tost z tostera! Naprawdę! Tak bardzo nie chciałam być oblana wodą!

W ostatnim momencie przybiegłam pod drzwi, bo właśnie wyleciał klucz. Więc całym ciałem zaparłam się, żeby mój syn, który ma siły dosyć sporo, ich nie otworzył. Ale już te drzwi prawie otwierał, a ja nie miałam siły, żeby się zaprzeć! Na szczęście z łóżka wyskoczył mój mąż, wybudzony hałasem, i całkiem przytomny zawołał:

Gdzie masz tego NERFa????
– Tu!!! – wskazałam na pistolet stojący po mojej stronie łóżka.
– A jak to działa?!!! – krzyknął w panice mąż.
– Przesuwasz tym na górze i strzelasz wodą! – krzyknęłam siłując się z drzwiami.

No i to mnie rozwaliło. Mój mąż w samych majtkach, z tym NERFem, strzelający wodą do naszego dziesięcioletniego syna w świąteczny poranek. No sielanka!

śmigus-dyngus

Bitwa zaraz się skończyła, więc udałam się na swój zasłużony i przerwany w tak dramatycznych okolicznościach sen. Ale nie na długo. Bo po jakimś kwadransie przybiegł, jak zwykle ze spóźnionym refleksem, średni syn. Oprócz spóźnionego refleksu miał jeszcze ze sobą miskę z wodą. 

Mamo! Zaraz cię obleję!
– Nie… synku… ja śpię, daj już spokój….
– No ale dzisiaj jest śmigus – dyngus… – powiedział żałośnie.
Spojrzałam na niego i mina oczywiście mnie zmiękczyła.
– No dobra, lej! – powiedziałam odchylając kołdrę. – Ale tylko trochę!

Tak się składa, że dzieci bardzo przeżywają różne tego typu święta i podchodzą czasem śmiertelnie poważnie (piszę też o tym w poście o Wróżce – Zębuszce). Naprawdę bałam się jak to się skończy. Na szczęście wszyscy rano smacznie spali i lekko tylko polaliśmy się wodą. A u was jak było? Polegliście sromotnie czy była wyrównana walka? A może dla bezpieczeństwa własnego nie przypominaliście swoim dzieciom o lanym poniedziałku?

śmigus dyngus