Kokardka pod silnikiem

Kokardka pod silnikiem

Od jakiegoś czasu w moim samochodzie wisiała osłona od silnika. Starałam się nie jeździć tym samochodem, bo miałam wrażenie, że przy każdym wjechaniu na krawężnik, w dziurę lub na spowalniacz osłona coraz bardziej się odrywa. Jak tu jeździć z takim wiszącym kawałkiem plastiku spod samochodu? Trzeba to naprawić! Już-już miałam pojechać do mechanika, już nawet się umówiłam, gdy oto mój mąż kochany, mój rycerz, Zawisza mój wspaniały powiedział, że on to zrobi sam!

Przyklasnęłam ochoczo, bo wcale mi się jechać nie chciało i słusznie, skoro można to zrobić w domu, zaoszczędzić czas i pieniądze. I tak minął tydzień. Potem następne dwa tygodnie. Gdy już miesiąc prawie miał nas dzielić od tej rozmowy, wybrałam się tym nieszczęsnym samochodem po mojego najstarszego syna do szkoły, a potem miałam jechać jeszcze zabrać ostatnie rzeczy z mieszkania, z którego się wyprowadziliśmy.

Dzień był piękny, słoneczny, ach wiosna! Włączyłam moje ulubione radio Zet Gold, gdzie lecą same suchary co prawda, ale przynajmniej znam słowa (po kilka z każdej piosenki) i mogę śpiewać na głos – wszak nikt mnie z samochodu nie usłyszy, Bogu dzięki! I od razu, proszę! Felicita!

– Feliczita! – śpiewam na głos – mmmmm mmmm mmm Feliczita! Mmmmm mmmmm Feliczita!

Jak to muzyka potrafi umilić człowiekowi  dzień, zachwycam się i nie zauważam, że zbyt rozpędzona wjeżdżam na spowalniacz. Łup! Bardziej czuję niż słyszę, bo muzyka leci na full, no i ja przecież śpiewam!  Na całe gardło!

– …. feliczita, feliczita! Senti mentaria cze cia la nostre kancone da more kefa- a- a!!!  ta ta ta ta la feliczitaaaaa aaa!!!

Nagle z samochodu naprzeciwko macha do mnie jakiś gość. O-ho, mam branie, pierwsza myśl mnie ekscytuje, ale następna sprowadza mnie na ziemię: „Czyś ty zwariowała, coś mu się chyba pomyliło”. Za chwilę macha do mnie facet z chodnika, który wraca z niedalekiej budowy z reklamówką w dłoni. Nie, ten to już naprawdę przesadza, co on ode mnie chce? Niezrażona jadę dalej i tuż przed szkołą ściszam radio. Od razu dociera do mnie głośnie „szsz szszsz szzsz”. Aha! To o to chodziło! Wszyscy się na mnie patrzą, a ja głupio się uśmiecham i kiwam głową, że wiem! Zaglądam pod samochód i widzę, że klapa już całkiem się oderwała od silnika i wisi dosłownie na dwóch śrubkach z tyłu. Fajnie! W myślach klnę na starego, który OBIECAŁ i się ZOBOWIĄZAŁ, że mi ten defekt naprawi i co? Mam teraz problem. Muszę jakoś wrócić do domu, a po drodze jeszcze zajechać do mieszkania. Szurając klapą po asfalcie!

Za chwilę wracam z moim synem, próbuję jakoś sięgnąć pod samochód i udaje mi się prowizorycznie zahaczyć klapę o stelaż. Może jakoś dojadę do mieszkania, a tam czymś to zwiążę. Jezu, czemu mi się takie rzeczy zdarzają?

Po drodze znowu mam drogę osiedlową pełną spowalniaczy i przy ostatnim znowu słyszę tępe „szszsz szszsz” po asfalcie. A niech to szlag! Szurając po betonowych puzzlach wjeżdżam na parking pod blokiem, wysiadam i zaczynam kombinować co by tu zrobić. Katem oka widzę kilku sąsiadów, którzy wyszli sprowokowani hałasem na balkony. Trochę mnie to deprymuje, ale co tam, na kolana!

Wstępne oględziny w eleganckich spodenkach rurkach i złotych balerinkach wykazują, że wystarczy tą klapę czymś przywiązać. Dobra, lecę do mieszkania w poszukiwaniu sznurka lub czegoś takiego. Niestety! Znajduję li tylko tasiemkę z kokardką i kawałek żyłki. No, ale cóż, to musi wystarczyć, nie da rady!

Ponownie na kolanach zaglądam pod samochód, torebka mi się zsuwa z ramienia, więc ją odrzucam na bok, wołam syna do pomocy i jakoś, jakoś udaje nam się wstążką przywiązać klapę do silnika. Poprawiam jeszcze żyłką i gotowe! Trochę widać tą czerwoną kokardkę spod silnika, ale przynajmniej nic nie będzie szurało!  Ufff, nie było to proste bez podnośnika. Ale zarazem, gdybym miała porządne śruby albo coś mocnego do wiązania, to bez problemu można byłoby to zrobić, a nie, że ja jadę, coś takiego mi się zdarza i jeszcze muszę coś tu kombinować na szybko!

prowizoryczne mocowanie

Kiedy wracam do domu męża na szczęście nie ma w domu, bo by mu się zebrało! Zaraz mi się przypomina, że w szafce w kuchni mam plastikowe paski zaciskowe, chwytam garść, wołam nianię do pomocy i po kilku „kur…” i „pier…” udaje się z powodzeniem problem rozwiązać. Czy raczej: zawiązać!

mocowanie klapy

Mężowi mimochodem oznajmiam, że dałam sobie radę i już nie potrzebuję jego łaski, po czym, dosłownie po kilku dniach, słyszę bez cienia zażenowania, jakiejś skruchy czy cichej pokory:

– Asia! Gdzie masz kluczyki od samochodu?

Uwierzycie? No ręce mi opadły!

A tak apropos, to chyba wstydu nie ma z tym związaniem klapy pod silnikiem? Jakoś trzeba sobie radę dawać!

zamocowana klapa