Małżeński team: tapetujemy ściany

Małżeński team: tapetujemy ściany

Mój mąż należy do tych, co wszystko potrafią i niechętnie wydają pieniądze na specjalistów, dlatego chcąc – nie chcąc, żeby coś w domu zrobił, muszę wykazać się zaangażowaniem i stworzyć z nim taki remontowo – budowlany małżeński team. Wtedy zbieram siły i psychiczną odporność, żeby jakoś przeżyć ten survival… 

Nie wiem, dlaczego tak jest, że jak facet ma coś zrobić w domu, to jest taka afera, jakby nie wiem, co miało się stać. Powietrze gęstnieje, wszyscy skuleni jak trusie przycupnięci gdzieś w kącie czekamy aż ta nasza głowa rodziny, ten samiec alfa i ta omega, która wszystko wie, dokonała dzieła. Niestety, zwykle dzieło rodzi się w bólach, bo jak to bywa, nic nie idzie idealnie, a wręcz przeciwnie, wszystko na opak. Wtedy zwykle słyszę: “Nie wiesz, gdzie jest centymetr?”, “Przynieś z tarasu poziomnicę!”, “W garażu po lewej w skrzynce są wkręty”. Z początku idzie nawet przyjemnie, coś tam sobie dziergamy, rozmawiamy, dopóty, dopóki coś nie zacznie się chrzanić. Wtedy nadciąga armagedon, kurwy lecą jak błyskawice, a mój mąż staje się wielką chmurą gradową, która zaraz eksploduje i zrówna nas z powierzchnią ziemi…

O mężczyznach po czterdziestce przeczytacie tu: “Mężczyzna po czterdziestce jest jakiś dziwny”

Dlatego na takie domowe “majsterkowanie” muszę się psychicznie przygotować. Wytłumaczyć chłopu, że to tylko śrubka, albo tylko klamka, rzecz, do cholery, po co się tak wkurzać? Ja jestem z tych, co do takich rzeczy podchodzą spokojnie, mój mąż wręcz, kuźwa, przeciwnie. Można powiedzieć, że wspaniale się uzupełniamy na zasadzie przeciwieńst: on rzuca mięsem wkurzony, bo zwykle nic nie wychodzi jak powinno, ja wolę się nie odzywać. On wierci, kręci i klei, czyli robi coś konkretnego, ja tylko podaję, więc się obijam. On odchodzi rzuciwszy znudzonym spojrzeniem na swoje dzieło, ja na odwrót, zostaję i sprzątam. Jak ta Chinka zgięta w pół wynoszę drabinę, myję podłogę, składam narzędzia. W tym czasie mój zacny mąż odpoczywa przed telewizorem. Ale, jakaż ja jestem szczęśliwa! Nie narzekam, nie wymagam, bo oto mamy coś nowego w domu, jakąś nową dekorację, jakieś nowe oświetlenie czy ozdobę. Niestety, sama nie wywiercę dziury w ścianie czy suficie, nie zamontuję jakiegoś sprzętu, nie przetnę piłą blatu, więc jestem skazana na taki stan rzeczy. 

tapetowanie pokoju

Kiedy przyszło do tapetowania, nawet zaczęłam się zastanawiać, czy by tego samemu spokojnie nie zrobić. No, bo cóż to za filozofia – przykleić tapetę? Nakładasz klej, chwilę czekasz i sru na ścianę. Pamiętam jeszcze z mieszkania jak tapetowaliśmy. Nie było to jakieś strasznie trudne zadanie.

Tym razem w końcu zebrałam się i zakupiłam  tapety do naszej sypialni i do pokoju najstarszego syna. Problem w tym, że o ile tapeta syna kosztowała parę groszy, to nasza trochę więcej. Niechybnie potrzebowałam pomocy męża, bo jak by mi się nie udało, to szkoda tych pieniędzy. Tylko, że on chyba przez miesiąc się migał, uciekał, manewrował, słowem, robił wszystko, żeby tylko nie tapetować. Zrobił nawet w środku zimy chodnik z tyłu domu, byle nie tknąć kleju i tapety. Z jednej strony cieszyłam się, bo to i tak trzeba było zrobić, ale do cholery, czemu to tapetowanie jest takim trudnym tematem? Przecież to tylko kilka pasów i po sprawie!

tapetowanie

Postanowiłam zacząć od pokoju syna. Mąż gdzieś zniknął. Myślę sobie, trudno, zacznę bez niego, bo się nigdy z tym nie ruszymy. Obmierzyłam ścianę i zaczęłam ciąć tapetę. Męża wcięło. Wycięłam pasek, potem drugi… W końcu zjawił się, posmarował paski klejem i przykleił. Można powiedzieć, że poszło całkiem nie źle. Poleciało, co prawda, trochę przekleństw, ale to było naprawdę delikatnie, żadne wielkie halo.

Cyrk się zaczął w naszej sypialni. Wiedziałam, że łatwo nie będzie. Trzeba było nakleić trzy paski za łóżkiem. Pokój jest dość wysoki, a łóżko… no cóż, łóżko jest wodne. Nie dość, że się buja, to jeszcze nie da się go przesunąć, bo waży ładnych parę kilo. Oznaczało to balansowanie na wodzie, żeby przykleić dość wysoko tą tapetę. Oczami wyobraźni już sobie wyobraziłam jak to będzie, kiedy mój mąż zły jak osa będzie próbował równocześnie złapać poziom i równowagę. Jeśli przeżyję to tapetowanie to będzie cud!

sprzęt do tapetowania

Stanęliśmy oboje w pokoju i zaczęliśmy się zastanawiać, co by tu zrobić, żeby sobie ułatwić robotę. Wkrótce na łóżku, zamiast profesjonalnego stelażu, pojawiła się deska udająca stabilny grunt. W misce do sałatek został wymieszany klej. Odsunęłam pościel, przygotowałam centymetr i ołówek i do dzieła! Byłam gotowa stać się Chinką (zgiętą w pół), żeby w końcu ta tapeta zawisła na ścianie!

Najpierw poziomnicą zaznaczyliśmy linię, żeby prosto przykleić tą tapetę, a potem wymierzyliśmy wysokość. Odczytałam wymiar i wycięliśmy 3 arkusze, wszystkie wzorem wg pierwszego kawałka. Trochę miałam nerwy, bo ta jedna rolka musiała starczyć, nie mogło nam się nic pomylić, wszystko było na styk.  Ale ładnie się wycięło i z gotowymi arkuszami zaczęliśmy nakładać klej. Chlastu- chlastu klejem i już mąż wisi z tą tapetą na ścianie. A konkretnie to buja się się na desce, prawie jak na hulajnodze, próbując złapać równowagę i jednocześnie nie odpaść ze ściany i nie zakryć się tą cholerną tapetą.

– No pomóż mi! Jest tu poziom, czy nie?
– Poczekaj, źle, nie idzie zgodnie z linią…
– O ja pierdzielę, muszę odkleić. Weź tam przyłóż tą tapetę do kreski!
– Dobra, czekaj… O, kuźwa, ta tapeta jest za krótka! Na dole brakuje 10 cm!
– Co? To jak ty mi wymiar podałaś? Tak mi się właśnie wydawało, że za mało tniemy!

Wydawało się! A nic nie powiedział! Dobrze, że to za łóżkiem, dokleję ten kawałek i jakoś będzie. Niestety, wszystkie trzy arkusze mają ten sam wymiar.

tapetowanie - kabelek w ścianie

Dobra, wyrównawszy powierzchnię i odetchnąwszy trochę, bierzemy się za drugi pasek. Będzie trochę trudniej, bo wchodzi za łóżko i trzeba będzie tam ręką sięgnąć, żeby dokleić. Poza tym na środku jest kabelek od lampy, więc trzeba będzie zrobić w tapecie dziurę, żeby przeciągnąć go na wierzch. Zamieram i modlę się, żeby jakoś poszło. 

Przez chwilę myślimy jak to zrobić z kabelkiem.  Ja bym nacięła arkusz z boku aż do środka. Jednak mój mąż ma lepszy pomysł. Bierze dwa wymiary i za pomocą centymetra zaznacza jakby od cyrkla środek na przecięciu dwóch linii. W tym miejscu wycina dyskretny i prawie niewidoczny kwadracik, przez który jakoś trzeba będzie przeciągnąć kabelek. Jak? Nie wiem, bo przecież ktoś musi trzymać tapetę, ktoś wyrównać i jeszcze ten kabel przełożyć przez otwór.

Mąż balansując na desce przykleja arkusz do ściany, ja wyrównuję, po czym delikatnie przeciąga ten przewód. Zadowoleni, że tak zgrabnie poszło, przyklejamy dalej, gdy…

Ty, ten wzór nie pasuje! – zauważa mój fachowiec.

Przyglądamy się z uwagą i rzeczywiście! Wzór idzie jakby w kwadrat, kwiat, który był na górze na pierwszym kawałku, powinien być teraz 40 cm niżej! Ja pierdzielę! Nie wierzę! I co tu teraz zrobić? Tapeta mokra od kleju i już do połowy przyklejona, a tu trzeba ją odkroić na 40 cm! Już pomijam fakt, że nie mamy już z czego wyciąć kolejnego kawałka i trzeba będzie doklejać. Na szczęście trzeci arkusz znowu powtarza wzór. To mi trochę poprawia humor.

– Ja pierdolę, mam już dość! – wzdycha mój mąż, a ja mu wtóruję wycierając szmatą podłogę z resztek kleju. Jeszcze tego by brakowało, żeby usmarować tapetę z wierzchu klejem!

Odklejamy szybko tą tapetę, odcinamy zbędny kawałek, znowu wymierzamy i wycinamy kwadracik na kabelek, dajemy trochę kleju i chlast na ścianę. Mąż balansując na desce trzyma arkusz na górze, ja wyrównuję do boku i przyklejamy, kiedy…

– Ożeż, kurwa, co jest do cholery!
– Co się stało? – Serce mi zamiera. Wzór pasuje, poziom się zgadza, więc co?
– No, nie widzisz? Źle odmierzyłem, kwadracik jest za wysoko! Muszę wyciąć jeszcze raz, trudno, będzie wyglądać tragicznie – takie trzy dziury na środku ściany! – denerwuje się małżon.

Ręce mi opadły. Taka droga tapeta, a my tu kleimy jak, nie przymierzając, dwóch typków z bajki “Sąsiedzi”, którzy partaczyli wszystkie roboty budowlane. Nie mówiąc już, że atmosfera zgęstniała i zaczynamy sobie do gardeł skakać. Jednak chcę już mieć tą traumę za sobą, więc nic nie krytykuję, niech stary robi, byle szybko!

Za łóżkiem doklejamy kawałek tapety, na szczęście został jakiś fragment z rolki, który pasuje wzorem, sztukujemy i zostaje nam ostatni pasek.

Tu na szczęście nie ma niespodzianek. Poza tym, że brakuje 10 cm tuż nad podłogą, ale tym się nie martwię, bo tego nie widać. Nie ma żadnych kabelków, a wzór znowu pasuje. Pozostaje tylko przykleić. Tapeta trochę się faluje, ale po chwili poddaje się i gładko przywiera do ściany.

tapeta

Oglądam nasze dzieło i kręcę głową. Musiało się tak popieprzyć, musiało skomplikować, nie mogło pójść jak po maśle. Z daleka ściana wygląda jednak ładnie, a naszych niedoróbek nie widać. 

Polecam do przeczytania: “Szczyt szczytów czy efekt domina – wszystko się psuje”

No cóż, może trzeba było zawołać panów z ekipy remontowo – budowlanej? Ale mając doświadczenia z panami Heńkami i Zenkami w czasie budowy, trochę nam się odechciało. Chyba jednak wolę ten nasz małżeński team, zwłaszcza że wcale nie mam pewności, po tym, co z nimi przeszliśmy, że wyszło by im lepiej niż nam!

A jak jest u was? Czy zawsze takie prace jak tapetowanie i malowanie robicie sami czy wynajmujecie specjalistów? Jestem też ciekawa, czy tylko mój mąż jest taki nerwowy, gdy ma coś w domu zrobić?

  • mama

    Hahaha. Juz na samym początku przypomnieli mi się “sąsiedzi”, dokładnie był taki odcinek jak tapetowali cały pokój łącznie z drzwiami i nawet oknem.
    U Nas jeśli coś trzeba zrobić to najpierw jest tekst “znowu wymyslasz”, “nie da sie” …. ostatnio mam na tapecie skrzynie na warzywa do ogrodu i tekst “trawę zniszczysz”, “znowu nowy pomysł”, “siedzisz i wymyslasz kobieto”. Hehe a ja mam czas jak nie zrobi mi do połowy marca to jadę do tartaku i zamówię 🙂 ale jak będzie chciał warzywko czy truskaweczke skubnac to po łapach i do sklepu 😉
    Ps mój małż zwykle po robocie staje i stwierdza ze no fajnie to wymyśliłas, a rośnie pod sufit jak ktoś obcy to oceni

    • Tak, te teksty są mi skądś znajome 🙂 Ja to czasem chciałabym się zapisać na kurs majsterkowania, żeby nie musieć się prosić i słuchać tego stękania… Tylko, nie daj Boże, zrobię coś i nie wyjdzie, to dopiero byłoby gadania!

  • Malwina

    Choćby w moim domu. Mąż mistrz ceremonii a ja przynieś, wynieś, podaj, weź to, czekaj albo nie… potem stoję i patrzę bo nie chcę się wtrącać, a jak się stracę na sekundę z pola widzenia to już mnie woła, przychodzę a on… A w sumie już nic…

    • Identycznie jak u mnie! Ja asystentka, a on dyrektor, tylko wysłuchiwać muszę, no i oczywiście stać obok 🙂