Matczyne serce

Matczyne serce

Jest 18.00, niania już poszła, a ja urobiona sprzątaniem garażu biorę Małego i idziemy na kocyk na ogródek. Kładę się jak długa, żeby rozprostować kości, zamykam oczy, ale fajnie… cieplutko… słońce opływa miękko po mojej twarzy… Korzystam z chwil relaksu, bo wiem, że zaraz czeka mnie sprawdzanie lekcji mojego najstarszego syna. A to już nie będzie relaks!

Nie wiem jak u was, ale mnie za każdym razem szlag chce trafić jak widzę te koślawe litery, byki i niechlujne zeszyty. Cóż z tego, że gadam, męczę, jęczę, jak to w ogóle nie daje rezultatu. Współczuję tylko pani, która musi się rozczytać w tych bazgrołach. Dlatego też do sprawdzania lekcji podchodzę jak pies do jeża, bez entuzjazmu i z odrobiną rezerwy. Wszak nigdy nie wiem, co może mnie spotkać.

Tym razem mój syn odrabiał gramatykę i chodziło o przysłówki. Otworzyłam książkę “Piszę”, którą miał uzupełnić do końca maja i zaczęłam brnąć przez te konwalijki zwane literami…

Brnę i brnę i zaczynam się zastanawiać czy niedowidzę, czy to naprawdę jest napisane przez mojego syna. Zadanie było wydaje się proste: zrobić wg schematu: miły – miło. Synek trzyma się tego schematu bardzo konsekwentnie, bo zaraz widzę życzliwy – życzliwo, zły – zło i wściekły – wściekło. Ale najlepsze jest na końcu: istotny – istotno! Ja pierdzielę, nie wierzę, że to prawda, w dodatku nie napisane piórem i nie da się tego wymazać zmazikiem! No tak, myślę sobie, zostawiłam dziecko w tym gąszczu ortograficzno – gramatycznym i zamiast mu pomóc musiał biedny tworzyć takie słowotwory.

Po tej chwili refleksji sprawdzam kolejne zadania. Oczy mi się robią coraz bardziej okrągłe, bo są tu taaaakie wynalazki, że  padam z wrażenia. Zadanie jest wydawałoby się banalne, może dla mnie, ale na pewno nie dla mojego syna. “Od podanych rzeczowników utwórz przymiotniki”. Ok, prostackie. Ale jakież jest moje zdziwienie jak czytam: grzyb – grzybiasty. Zaczynam się zastanawiać, no, w zasadzie chyba może być, choć ja bym napisała “grzybowy”. Ale dalej jest lepiej. “Pies – psisty”. “Pies”, kuźwa, “Psisty”!! Kot – koci, ok, jest dobrze, uspokajam się. Ale następne widzę i nie wierzę: książka – księgowa i matka – matkowa! O, Boże, gdzie ja zrobiłam błąd, gdzie ja zawiniłam?! Szkoła – szkolna, dobrze, ale za moment ręce mi opadają, bo: drzewo – drzewowy, o! i słońce – słońcowy, dalej mój syn brnie w zaparte, bo mamy morze – morzowy i… cielę… niech zgadnę… cielęciowy!! A na koniec, no chyba się nogą przeżegnam: lew – lwiasty!

Ciśnienie mi skacze, biorę mojego syna w obroty, rzucam mu książkę przed nos i wykrzykuję w afekcie:
– Matka – matkowa????!!! Co to jest???!!! – to mnie boli najbardziej. Zniżam głos i ciepło zagajam:
– A jakie jest serce…?
– Serce…. serce….. – zastanawia się mój syn – serce … Matki?
– Nie czyje!!!! Serce… Jakie???
– Serce …
– … mat… – podpowiadam.
– Serce mat… matkowe
– (Ja pierdzielę, zaraz zejdę na zawał!) Nie!!! Serce mat…
– A następna litera? – dopytuje.
– CZczczcz!!! – krzyczę czerwona ze złości.
– Serce…. – wzrok mojego syna błądzi w jakimś niebycie, a mnie chce jakaś kurwica strzelić – Serce…Serce… MATCZE!!!

Zapraszam też do przeczytania innej, śmiesznej historii z udziałem mojego syna pt. wielce mówiącym tytułem “Gdzie są moje majtki”.