Mężczyzna po czterdziestce jest jakiś dziwny

Mężczyzna po czterdziestce jest jakiś dziwny

Mężczyzna po czterdziestce jest jakiś dziwny – stwierdziłam ostatnio po kilku rozmowach z moimi różnymi koleżankami. Telefony były przypadkowe, rozmowy niewymuszone, a temat ten sam! Nasi mężowie, kochankowie i konkubenci nadają się tylko na recycling! Kilka historyjek z życia wziętych tylko utwierdziło mnie w tym przekonaniu…
Poniedziałek rano, biuro, jeszcze nie zdążyłam dojść do siebie po weekendzie, kiedy wpadła koleżanka z innego działu. Wywiązała się burzliwa dyskusja na temat naszych mężczyzn:

– Powiedz mi, co jest z tymi facetami? Oni są tacy beznadziejni! Ty wiesz, co mój do mnie mówi? “Nie mogłem cię NIGDZIE znaleźć. W kuchni cię nie było i w łazience też nie…” Rozumiesz? Jak nie ma mnie przy garach albo czyszczeniu kibla to nie istnieję! Nie mogę po prostu leżeć w salonie i pachnieć! 

Mija dzień albo dwa. Dzwoni moja koleżanka, którą znam jeszcze z wczesnej młodości. Dawno się nie słyszałyśmy, wymieniamy informacje na temat dzieci, pracy, ale szybko temat rozmowy schodzi na relacje w naszych związkach. Opowiadam jej o moich kłopotach z komunikacją z moim mężem, co rodzi same konflikty. Okazuje się, że nie tylko ja mam takie problemy:

A mój to jest taki padalec, mówię ci, on mi nic nie pomaga, ja mam pracę, dom, dzieci, a on tylko sobie muzyki słucha! Ty wiesz, my nawet nie śpimy razem, bo on w sypialni ma cały swój sprzęt, kładzie się na łóżku i słucha muzyki!

Co za zbieg okoliczności, bo ta poprzednia koleżanka jeszcze na koniec naszych biurowych dysput dodaje:

– A co powiesz na spanie w słuchawkach? Mój śpi w słuchawkach!
– I co robi? – dopytuję, bo nie rozumiem.
– No jak to co? Słucha muzyki!! Uwierzysz? Śpi i przez całą noc słucha muzyki! Przez, kurna, sen!

Po kilku znowu dniach dzwoni inna moja koleżanka i ponownie rozmowa schodzi na naszych mężów.

Tak się wkurzyłam na niego, że mówię ci! – wyrzuca z siebie. – Wyobraź sobie, miał urodziny, i ja mówię, zróbmy coś ekstra, pójdźmy na kolację na miasto. A on? “Wypijemy winko w domu”. To ja przecież codziennie piję winko w domu, też mi atrakcja! Za kilka dni znowu mówię, że możemy pójść na kolację, no wiesz, żeby było tak wyjątkowo, inaczej, uroczyściej… I wiesz co? Powiedział, że nie może. Nie może, bo zadzwonili do niego koledzy z rady osiedla i idzie z nimi na piwo!!! Ja pierdolę! To nie mogłeś im odmówić? – pytam, Masz przecież rodzinę! Nie mógł, rozumiesz?

Dzwonię do naszej wspólnej koleżanki obgadać sprawę.

– Wiesz co, ta biedna się nastawiła na jakąś kolację ze starym, a ten się umówił z kolegami z rady osiedla!
– No, to tak jak ja, robię kolację, elegancja, kuźwa, Francja, a ten mi aferę robi, że on krewetek nie lubi! Drze się, rozumiesz?! To ja mam to w dupie!

Mniej więcej to samo słyszę od mojej byłej sąsiadki. Że nie pomaga, bo wiecznie zmęczony a ona ma tyle na głowie: troje dzieci, pracę, prasowanie… Na koniec zadaje pytanie retoryczne:

– Powiedz mi, jak się dziecko rodzi, to zawsze jest gorzej niż przed?

No jasne! Z każdym jednym coraz gorzej!

Żebym nie poczuła się przypadkiem lepiej w tym towarzystwie, mój małżon wysyła mi któregoś dnia smsa.  A tak, ku pokrzepieniu serca. Czytam i czytam, i zachodzę w głowę, o co mu, cholera, chodzi?

“Dom otwarty, niania na spacerze, ja wyjechałem nie wiedząc, że jej nie ma…”

No i co ja mam z tym zrobić? Ochrzanić jego, że domu nie zamknął, zrugać nianię, że wyszła w ogóle z domu, poczuć się winna… Tak! Po dłuższej analizie dochodzę do wniosku, że chyba właśnie o to mu chodziło!

Niedługo potem pojechałam do dentysty. Zostawiłam dzieci z nianią i mężem. Mały spał, starsi byli na dworze. Ponieważ mąż był w domu, niania zapytała czy może wcześniej wyjść. A ten się zgodził. Jeszcze nie dojechałam do gabinetu, kiedy dzwoni do mnie:

– Słuchaj, kiedy wrócisz? Bo ja chcę coś koło domu zrobić, a nie mogę małego samego zostawić…
– Jak to? Przecież niania jest!
– No właśnie się zapytała czy może już pójść i ja powiedziałem, że może…

Zagotowałam się. Czy ja nie mogę spokojnie pójść do lekarza? Wszystko było zorganizowane, a i tak musiał to zepsuć! Niania na szczęście się wróciła, a ja wyleczyłam bolącego zęba (o moich przygodach z zębami piszę tu).

O tym, że mężczyzna po czterdziestce jest w kiepskiej formie, wiedziałam od dawna. Po tych wszystkich rozmowach i zwierzeniach, utwierdziłam się tylko w tym przekonaniu. Cóż, taka jest prawda – nasi mężczyźni, którymi się zaopiekowałyśmy w innym stadium rozwoju, przeobrażają się w pewnym momencie w trolle i hefalumpy.  Jednocześnie trochę mi ulżyło, bo już myślałam, że tylko ja mam takie dziwadło w domu. Postanowiłam przyjąć ten fakt z pokorą (takie życie) i żyć jakoś dalej w tym dyskomforcie (no, bo co mi pozostało). No przecież w końcu ten stan chyba przechodzi? Jeszcze parę lat i wszystko wróci do normy. Ileż można wszak przeżywać kryzys wieku średniego? Srogo się jednak rozczarowałam, bo któregoś pięknego dnia na ziemię sprowadziła mnie moja sąsiadka. Stałam właśnie przed domem i już z daleka widziałam, że ma jakąś sprzeczkę z mężem, z którym właśnie wyszła na spacer. Coś do siebie krzyczeli i gestykulowali. W końcu on poszedł w jedną stronę, a ona w moją.

– Wie pani co? – krzyczy z daleka. – Faceci po 50-tce są nie do zniesienia! Mówię pani, to jakaś tragedia!

Struchlałam. Co???? Po jakiej, kurna, pięćdziesiątce????!!!! Przecież ta choroba do pięćdziesiątki miała przejść!