Mój domowy cyrk na kółkach

Mój domowy cyrk na kółkach

Czasami są takie dni jak dziś, kiedy mój domowy cyrk na kółkach sięga zenitu. Kiedy wieczorem padam z uczuciem, że właśnie przejechał po mnie walec. Kiedy głowa nie boli, tylko jakby puchnie od tego wszystkiego i robi się coraz bardziej kwadratowa. Bo wszystko na raz: lekcje, obiad, Mały płacze i ja – próbująca sprzątać i załatwiać sprawy formalne…

Dziś znów był Dzień Kwadratowej Głowy, a w zasadzie popołudnie, bo dopóki starszych chłopców w domu nie było, miałam błogi spokój. Dopiero później zaczął się cyrk, a bo to obiad trzeba podać, a do lekcji zagonić (podobny wpis o odrabianiu lekcji “Odrabianie lekcji  – chyba zgłoszę się do psychiatryka”), pośród tego plącze się Mały, a i kot też coś ode mnie chce (chyba jeść?).

Tak, dziś miałam łeb jak z Mainkrafta. Jak wściekły ludzik Lego. Albo jak SpongeBob Kanciastoporty.

Koło 16.30 przywiozłam starszych chłopaków ze szkoły. Obiad na szczęście był ugotowany, tylko podgrzałam sos i makaron. Ale już słyszę jakiś harmider dochodzący z salonu. To ten nieszczęsny samochodzik, który dostali w prezencie. Samochodzik jest malutki, zamknięty w puszce jak od coli i jest na pilota! Niestety samochodzik jest jeden, a chętnych do zabawy trzech. Ciszę rozdziera pisk Małego, wyrywa się do góry za tym autkiem, ciągnie brata za rękaw i nie odpuszcza. Małego zabieram i wsadzam w krzesełko do karmienia. To załatwia sprawę. Tym bardziej, że za chwilę na stoliku ląduje miska z makaronem. 

Tymczasem między nogami plącze mi się to cholerne autko. Chłopcy biegają wokoło kuchni, zawracają, cofają, zabawa – przednia! Proszę, żeby odstawili zabawkę, bo podaję obiad. Nikt nie reaguje, więc podnoszę głos. Działa. Wyciągam talerze.

– Mogę ja pierwszy dostać? – przybiega najstarszy.
– Możesz. – mówię i już mu nakładam porcję.
– Ale przecież ja miałem być pierwszy!!!! – nagle krzyczy średni i rzuca się na łóżko.
– No, a co to za różnica, przecież już właśnie ci podaję! – próbuję załagodzić sytuację.

Niestety z łóżka dobiega rzewny płacz. Do tego stopnia, że syn nie podchodzi po swój talerz. 

– Jeśli nie jesz, to ja to biorę twoją porcję – mówię i to dopiero to go prowokuje do reakcji. 

Jeszcze nakładam sobie i z tego wszystkiego ląduję przed telewizorem. Nie widziałam wiadomości z głosowania, a tu akurat zaczął się “Teleexpress”. Chłopcy pełzną za mną. Jemy. Tylko zdążam wziąć kęs do ust, kiedy widzę, że Mały chce wyjść z krzesełka. Odkładam talerz i lecę do niego. Za minutę Mały jest z nami i zabiera kawałek makaronu z talerza brata. Makaron ląduje w buzi. Po chwili sytuacja się powtarza. Za trzecim razem makaron zostaje rozszarpany na kawałki, rozgnieciony na łóżku, a łapki umaczane sosem robią kółka na szybie, która jest na ławie. 

Wzdycham i niewzruszona oglądam dalej. Próbuję zjeść obiad, ale nie mogę. Z pieluchy dociera charakterystyczny zapach. 

Odkładam talerz, lecę do łazienki po zestaw ratunkowy i próbuję przekonać Małego do zmiany pieluchy. Za nic nie chce tego zrobić. Taki bunt dwulatka.

– Chłopcy, dajcie mu ten samochodzik, niech się czymś zajmie, bo go nie przebiorę!

Po chwili cała usmarowana kupą kończę robotę, myję ręce i postanawiam dokończyć obiad. Lecz nie mogę, bo ta kupa cały czas mi śmierdzi na rękach. Dobra, chyba dam sobie spokój.

Przypomina mi się, że po 17.00 miałam zadzwonić w sprawie naprawy komputera. Odbiera facet z firmy, która po reklamacji odesłała komputer bez dysku twardego. Komputer przeleżał nieużywany przez dwa miesiące, bo nikt nie chciał się tym od nowa zająć, a i do firmy ciężko się było dodzwonić. Próbuję to wszystko facetowi wytłumaczyć. Z jednej strony wisi mi mój najstarszy syn i coś do mnie mówi, a z drugiej płacze Mały. Docierają do mnie tylko skrawki słów, ale brnę dalej w konwersację. Już siebie nie słyszę, dociera do mnie tylko, że mam wysłać maila i oni się tym zajmą. Z ulgą odkładam telefon i swoją uwagę kieruję na moje najmniejsze dziecko.

– Co chcesz Maluszku? – pytam, choć przecież nie uzyskam odpowiedzi, muszę zgadywać.
– Mamo, a napiszesz mi usprawiedliwienie? – pyta najstarszy.
– Za chwilę ci napiszę. 

Idę w stronę kuchni, Mały coś chce, ale nie wiem co. Daję mu więc picie w kubeczku. I siadam z powrotem przed komputer. Hałas się nasila, autko jeździ, mały dalej płacze. Jezusie, zwariuję!

– Chłopcy idźcie się uczyć!

Zero reakcji.

– Co masz zadane? – pytam najstarszego, bo z nim zawsze najwięcej roboty.
– Matma, przyroda i angielski.
– Słuchajcie, idźcie na górę, odróbcie lekcje, każdy do swojego pokoju i cisza tam ma być!

Cisza zarządzona, ale co z tego jak i tak mały płacze. Już chcę się nim zająć, gdy słyszę:

– A napiszesz to usprawiedliwienie?

Siadam więc znowu do komputera. Piszę usprawiedliwienie, a potem zaczynam opisywać tą reklamację. Odgrzebuję starego maila ze zdjęciem, robię zdjęcie stanu aktualnego, przerzucam do komputera i opisuję całą historię. Nie ma tego dużo, ale i tak muszę się skupić.

– Mamo! Zrobiłem! – średni syn zbiega z góry wymachując książką z nauczania początkowego.
– Pokaż. – sprawdzam i widzę, że zamiast “sąsiadem” mały napisał “sąnsiadęm”. – Słuchaj, ale tu musisz poprawić, tu jest błąd. Leć na górę, wymarz to i napisz jeszcze raz. Sąsiadem ma być, bez “n” i “ę” na końcu.
– Nie!!! Nie będę tego robił!!!
– Ale tu masz błąd…
– Nie będę!!! 
– …trzeba to poprawić…
– Nie!!!
– …Przecież to tylko jeden wyraz!

Odprowadzam zdziwiona tupiącego po schodach i zdenerwowanego syna i zastanawiam się, co mu się stało. Do rzeczywistości przywołuje mnie płacz Malutka. Co mu jest? Nie wiem. Chodzi z pustym kubkiem, więc mu dolewam picie. Reklamacja!

Piszę, wrzucam zdjęcie, kopiuję potwierdzenie aukcji…

– Mamo? A to ma być “sąsiadę” czy “sąsiadem”
– “em”!
– e – em?
– s- ą – s – i – a – d – em!
– Ok, idę pisać – krzyknął średni syn na odchodne. Chyba mu przeszło.

Wracam do pisania. Mały płacze. Patrzę na niego i widzę, że właśnie przelewa picie z jednego kubeczka do drugiego. Skąd on wziął drugi kubek? Nie zastanawiam się nad odpowiedzią zbyt długo, bo zaraz na podłodze robi się kałuża z soku, po czym małe nóżki wdeptują w tą kałużę i robiąc ślady małych stópek zmierzają w moim kierunku. 

Ruszam więc po mopa. Trzeba to zetrzeć, bo zaraz wszystko będzie się kleić i zleci się stado mrówek. Od razu stwierdzam, że trzeba pozamiatać, bo pełno różnych rzeczy wala się po podłodze. Ale to później, najpierw reklamacja.

Z góry schodzą chłopcy. Starszy kopie piłkę, a młodszy jeździ autkiem. AAAAAA!!! Chyba mnie coś trafi zaraz!

– Odłóż tę piłkę! – krzyczę i jednocześnie zabieram autko. Kopanie piłki w salonie doprowadza mnie do szału.

Mały marudzi.

– Zaraz Maluszku, tylko napiszę ostatnie zdanie i już idziemy na spacer.  A ty się nie odzywaj! – mówię do wpatrzonego we mnie kota.

Siadam i piszę. Mały szarpie mnie za rękaw. Cóż się dziwić, on nie wie, że muszę to teraz zrobić, że jest to ważne, teraz potrzebuje mamy, a mama zajęta. Ale to naprawdę ostatnie zdanie. Nie mogę jednak napisać, bo Malutek ciągle wyrywa moją rękę. Widząc, że nic nie wskóra, zachodzi z drugiej strony i wyciąga kabel zasilający z komputera. Komputer nie wyłącza się, ale dekoncentruje mnie to. Tylko ostatnie zdanie i do ciebie wracam! 

Zaraz! A co oni robią w salonie? Przecież mieli lekcje odrabiać!

– A ty już się wszystkiego nauczyłeś?
– Tak! – dziarsko odpowiada nastarszy syn.
– Przynieś zeszyty do sprawdzenia.

Po chwili ląduje przed moim nosem przyroda. Czytam zadanie domowe: “Wyjaśnij poszczególne pojęcia”. Wszystko prawidłowo, tylko… “Miesiączka” według mojego syna to “Miesiąc, w którym rozwija się płód”, a “Łożysko” – “Na tym leży dziecko”.

– To trzeba poprawić – pokazuję błędy i zaraz mi się przypomina, że chyba jeszcze religia jest do nauczenia – A ty masz przecież religię do poprawienia. Naucz się tych aktów i cię przepytam. 
– Nauczę się na piątek, a poza tym my teraz jeszcze coś innego musimy się nauczyć. Mogę znaleźć tę modlitwę na twojej komórce?
– Możesz… – kapituluję dla świętego spokoju.

Kończę pisać reklamację i wysyłam. Stwierdzam, że Mały może jest głodny, mało zjadł obiadu, a tu już 18.30 się zrobiła. Daję mu miseczkę i robię kaszkę z konfiturami. Bingo! Na zapłakanej buzi pojawia się uśmiech. 

Nareszcie chwila ciszy. Malutek je, a ja zamiatam podłogę. W tym momencie postanawiam ogłosić starszym chłopcom moją nową ideę, która, mam taką naiwną nadzieję, zaprowadzi trochę porządku w naszym domu. Problem jest z brudnymi rzeczami. Chłopcy kłócą się o to, który ma znieść kosz do pralni. Zwykle robi to najstarszy, bo ma więcej siły, a kosz zwykle zawalony jest ciuchami. Zawalony, bo nie chce im się składać ubrań, więc najłatwiej wrzucić do kosza. A matka w tygodniu sto razy włącza pralkę i suszarkę. Ich to oczywiście nie obchodzi. Kupiłam więc każdemu osobny kosz.

– Słuchajcie, macie swoje kosze. Od dziś każdy wrzuca brudy do swojego kosza. Jak będzie pełny, to wrzucacie pranie do pralki, a potem do suszarki. Dziś wam wszystko pokażę i zobaczymy czy dacie radę.
– A jak będę robił pranie raz w miesiącu? – licytuje się najstarszy.
– To nie będziesz miał białych koszulek na wf, skarpetek i czystych spodni. A w ogóle to nauczyłeś się na religię?

Do pomysłu zapalił się średni syn, zniósł swój kosz i wylądowaliśmy w pralni. Wpakowaliśmy pranie do bębna i wsypaliśmy proszek.

– Teraz popatrz. Na każdej koszulce masz metkę i możesz zobaczyć w jakiej temperaturze możesz wyprać koszulki. 60 stopni to za dużo. Daj na 40 – syn cały zaaferowany ustawia pokrętło na pralce. W tym momencie do pralni wbiega najstarszy syn i podstawia mi przed nos telefon. Przyszedł jakiś sms? Nie, to strona “cudownemodlitwy.blog.onet.pl”. O co, kurna…

– “Duchu Święty, który oświecasz serca i umysły nasze…” – recytuje najstarszy syn w tej pralni.
– Nie, tutaj nie naciskaj, włącz ochronę przed zagnieceniami – tłumaczę średniemu synowi, bo włącza nie ten przycisk. 
– “…daj nam ochoty i zdolności, by nasza nauka była dla nas pożytkiem…”- znów patrzę w ekran komórki, bo syn się zawiesza – …i tu nie mogę zapamiętać…
– “…doczesnym i…” – podpowiadam. – No, i teraz włącz “start”!
– AAA! “…doczesnym i wiecznym. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.”. Umiem! – stwierdza i już go nie ma.
– A akty? – krzyczę za nim.
– Nauczę się na piątek!

A czemu nie na jutro? Zdałby i już nie musiałabym o tym myśleć. A tak? Akty do nauczenia będę miała w głowie aż do piątku. A głowa robi się coraz bardziej kwadratowa. Nie! Muszę iść się przewietrzyć! 

Pralka włączona. Obiad zjedzony, kuchnia ogarnięta, reklamacja wysłana, lekcje odrobione. Przynajmniej pozornie.

Biorę Małego i idziemy. Swoje pierwsze kroki synek kieruje na budowę sąsiada. Biorę go pod pachę i odstawiam trochę dalej. Ten pędzi w stronę ogrodzenia, gdzie inni sąsiedzi ustawili mały placyk zabaw. Mały wisi na płocie, a do niego przybiega właściciel placyku i czerwonej zjeżdżalni. Obaj patrzą na siebie z zainteresowaniem. Po chwili podchodzi mama tego chłopczyka. Zaczynamy rozmowę. Okazuje się, że chłopcy są w tym samym wieku, tamten jest starszy o trzy miesiące.

– Ale jak ładnie mówi! – zachwycam się. – Mój nic nie chce gadać, tylko pojedyncze słówka.
– Ale ten też niedawno zaczął. Teraz mówi pełnymi zdaniami, ale my z mężem czasem żałujemy, że zaczął mówić – żartuje sąsiadka.

W tej chwili uświadamiam sobie moje nędzne położenie. Właśnie uciekłam z domu przed starszymi synami, którzy zagadali mnie, zamęczyli pytaniami i lekcjami, wpędzili w jakiś totalny chaos. Uciekłam przed harmidrem, przed jeżdżącym w kółko autkiem na pilota, przed modlitwą, której nie chcę się nauczyć na pamięć z moim synem. Przed sprawami, które jeszcze muszę załatwić, sprzątaniem i akcją “Pranie”.

I ja jeszcze chcę, żeby Mały zaczął mówić! Przecież to będzie gwóźdź do mojej trumny, bilet do psychiatryka! Nieeee!!!

Wracam do domu, mam nadzieję, że Dzień Kwadratowej Głowy zaraz się skończy, nie marzę o niczym innym tylko o tym, żeby dzieci poszły szybko spać. A jutro wstanę jak świeżo narodzona i znów dam się przeczołgać moim dzieciom z czystej matczynej miłości!

  • Jak ja Ciebie rozumiem. A powiedzenie: “Dzień Kwadratowej Głowy” kupuje od razu:)

    • Dziękuję za zrozumienie 🙂 Tak naprawdę każda matka, która ma małe dzieci, pewnie też czasami ma takie dni. Wydaje mi się wtedy, że rzeczywistość wymyka mi się spod kontroli, że coś się dzieje jakby poza mną, albo wciąga mnie w bieg wydarzeń, na który nie mam wpływu. Nic nie idzie jak powinno. A dzieci wchodzą na głowę. To sztuka niekiedy opanować całe to towarzystwo…

  • Pingback: Dlaczego moje dzieci ciągle się kłócą? | Dom na głowie()