A może się trochę przewietrzyć?

A może się trochę przewietrzyć?

A może się trochę przewietrzyć? Padło pytanie i się zaczęło… Wstaliśmy o 7.00, dzień wcześniej przygotowałam dla każdego dziecka ubrania: jedną zmianę na śnieg, a drugą, żeby się przebrać.  W tym czasie mój mąż przygotował samochód: przepakował foteliki, spakował sanki i jabłuszko. Rano, kiedy ubierałam dzieci, szybko usmażył naleśniki, którymi pachniało w całym domu aż chciało się wstać. Zjedliśmy w dobrych humorach, a potem dopakowałam najpotrzebniejsze rzeczy, wsiedliśmy do samochodu i o 10.00 byliśmy już w pobliskich górach. Uwierzyliście w tą bajkę?  Było oczywiście dokładnie na odwrót…

Zastanawiam się jak to możliwe, że ani razu nie udało nam się wyjechać o czasie, albo przybyć o czasie, albo po prostu wyjechać w spokoju. Marzę wprost o tym, żeby mój mąż kiedyś spakował samochód dzień wcześniej, żebyśmy tylko wsiedli i pojechali z dobrymi humorami. Żeby dzieci były od razu dobrze ubrane i żebym była rannym weekendowym ptaszkiem. Ale jeszcze się to nie zdarzyło. 

zima

Temat wyjazdu na sanki gdzieś tam się przewijał dzień przed. Ktoś tam coś bąknął, dzieci coś powiedziały, ale wszyscy poszliśmy spać bardzo późno i nie wierzyłam, że w ogóle coś  z tego wyjdzie.

O 11.00 sądnego dnia uznałam, że się wyspałam. W tym czasie mój mąż desperacko próbował ściągnąć z łóżek starszych synów. Młody miał już pierwszą drzemkę i za godzinę powinien się obudzić. Poszłam się wykąpać, a chłopaki w końcu zeszli na dół. Kiedy dołączyłam do nich, w salonie było siwo od dymu i śmierdziało olejem chyba na całym osiedlu. Ale na patelni przyjemnie skwierczały placki ziemniaczane. Śniadanioobiad, można by powiedzieć, bo była już 12.00.

Cały czas się wybieramy na sanki. Góra jest 100 km od naszego domu. Ja się nic nie odzywam.

Po zjedzeniu placków postanowiłam posprzątać ten sajgon, który zostawił mój mąż. Chłopaki natomiast poszli się przebrać w spodnie narciarskie. Niestety, średni wyrósł z tych spodni i ubrał dżinsy. No świetnie. Na szczęście pod spodem miał bieliznę termiczną, tata zadbał, więc byłam spokojna. Mi na głowie został Malutek. Okazało się, że wśród rzeczy oddanych mi po innych dzieciach są spodnie na śnieg idealnie na niego pasujące. No super, ucieszyłam się. Pół problemu z głowy. Drugi problem to rękawiczki z lekka wilgotne, bo dzień wcześniej byliśmy na śniegu, a ja nie mam kaloryferów, żeby je szybko wysuszyć. Stwierdziłam jednak, że tragedii nie ma.

Zaczęłam pakować małego, bo się już 13.00 zrobiła. Ale cóż mu trzeba? Kilka pieluch, chusteczki nawilżane, mleko na drogę, ze dwie zabawki i spodnie na zmianę. Przez chwilę zastanawiałam się nad smoczkiem i szmatką do spania, ale stwierdziłam, że spać nie będzie, a smoczek zwykle i tak ląduje na podłodze. Kiedy pakowałam małego, mąż i najstarszy syn przepakowywali foteliki.

Wiąże się z tym oczywiście kupa nerwów, bo samochód jest za ciasny, dzieci za dużo, zrobiło się późno, a ja się zajmuję pierdołami zamiast pomóc. O nie! Ja uciekam z daleka od tej szamotaniny!

zima

Ale niestety spokój nie trwa długo, bo za chwilę przychodzi najstarszy syn po klucze od drugiego samochodu. Cały w śniegu, drzwi otwarte, mały oczywiście w ryk, bo też chce wyjść. No, ale ja jeszcze się krzątam i pakuję, więc musi poczekać. Za chwilę wraca syn z kluczami. Mały w ryk. Po kilku minutach wchodzi drugi syn po kask. Mały w ryk. Drzwi się otwierają jak na dworcu w Koluszkach, a ja biegam między kuchnią, a Małym, który w końcu położył się w desperacji przed drzwiami. No dobrze! Ubrałam go i posłałam do braci, a sama w błogiej ciszy dokończyłam przygotowywania.

Kiedy wyszłam z domu Malutek leżał w śniegu, a rękawiczki były mokre, że można było je wykręcać. W końcu wsiadałam do samochodu, ale wzrok mój padł na średniego syna, który rozbrajająco stwierdził, że w samym podkoszulku i kurtce nie będzie mu zimno. Pogoniłam go do domu, gdzie udał się mój mąż również, aby przy okazji wyrzucić z domu kota. Kiedy w końcu wrócili i odpaliliśmy samochód, była już 13.40. W sam raz, żeby wyjeżdżać w góry!

Nawiązując do naszego wypadu w góry rok temu, o którym pisałam tu, tym razem miałam czapkę, rękawiczki, ciepłą kurtkę, dzieci miały szaliki, czapki i rękawiczki, a nawet krem na twarzy. Wydawało się, że wszystko jest zapięte na ostatni guzik. 

zima

Na miejscu przywitała nas piękna pogoda. Umówiliśmy się z dziadkiem, który dowiózł niezbędny sprzęt w postaci sanek. Ale dziadek był już na miejscu, odstał swoje w korku i tylko na nas czekał. A tu się okazało, że ludzi było tyle, że jedyną drogę zamknęli no i stanęliśmy na dobre. Na złość w okolicy nic innego nie było, żadnej innej góry, ani karczmy, żeby posiedzieć. Zaczęliśmy w końcu krążyć wokoło, aż w końcu zaczęli puszczać ruch. Zanim wbiliśmy się na samą górę, zanim przepchaliśmy drogą zapchaną przez samochody, zanim miejsce znaleźliśmy, była już 15.30, a słońce zachodziło za pobliskie góry piękną czerwoną łuną…

zimowy zachód słońca

No, ale dla dzieci był szał. Starsi chłopcy weszli na samą górę, by po chwili jechać jak szaleni w dół… Ale, ale! Czy oni potrafią hamować? Zamarłam na chwilę, bo równo jechali w grupkę ludzi. Ludzie byli odwróceni i nikt nie widział, że sunie prosto w nich dwóch oszołomów. Na szczęście opamiętali się w ostatniej chwili i zahamowali. Ufff…

sanki zima

Mały nie chciał się wozić na saneczkach, a ponieważ nie miał suchych rękawiczek, trzeba było się wkrótce zbierać. Przy okazji zaczepił mnie mój najstarszy syn, żeby mu porządnie buty zawiązać, bo go ciągle sznurówki wyprzedzały. Schyliłam się przed jegomościem i patrzę, a on ma skarpetki – stopki i powyżej kostki golutkie nogi. No szlag by to… Czy ja zawsze muszę wszystko dokładnie sprawdzać?

Po drodze chcieliśmy coś zjeść, ale nie było gdzie. Mały prężył się i płakał, więc od razu pożałowałam, że nie wzięłam smoczka i jego szmatki, po której powąchaniu pada odurzony. Pojechaliśmy więc do babci. Tam się okazało, że z kolei średni syn całe stopy ma mokre, a skarpetki można wyżymać. Buty suche, a skarpetki mokre. Okazało się, że beztrosko wszedł w największą zaspę, a ponieważ nie miał spodni narciarskich, wszystko wleciało mu do buta…

Kiedy jedliśmy obiadokolację, marzyłam, żeby mieć ten dzień za sobą, żeby wszystkie czorty już spały, a śnieg, żeby stopniał na wieki…

Jestem ciekawa, czy tylko my jesteśmy tacy chaotyczni przy okazji wyjazdów? Czy pakujecie się wcześniej, planujecie wszystko dokładnie, czy jest to wszystko kwestią przypadku? 

  • Pingback: Uroczy wypad w góry | Dom na głowieDom na głowie - Blog parentingowy o rodzinie, domu i hobby na wesoło()

  • Malwina

    Zawsze się gdzieś spóźniamy. Już mnie to samą denerwuje.
    Ale oczywiście ja muszę spakować: ubrania: te na pogodę i niepogodę (moje, małego), grę jak nie da się wyjść, ulubiona zabawkę, kosmetyki (żeby było śmieszne to moje, jego i małego), apteczka w razie “wu”, ładowarki do wszystkiego co jest na baterie a jedzie z nami, coś do jedzenia pożywnego i słodkiego. Kurcze!! Jak ja to ogarniam. I stoję w korytarzu: oprócz mnie dwie torby podróżne, dwie kosmetyczki, plecak małego ze skarbami, torba z jedzeniem, torba z butami, jeszcze może jakis jasiek. Naszykować ubranie na wyjazd dla małego, pomóc mu ubrać (a to guziczki a to suwak w spodniach), czapka, buty…IDŹ Już…mąż w tym czasie zdąży zarzucić żel na włosy, ubrać się i zejść z przygotowanymi torbami do auta. A ja co?? Nieubrana, nieumalowana (a kosmetyczka już w bagażniku), zmęczona, zła i odechciało mi się gdziekolwiek jechać. A potem i tak słyszę: a wzięłaś to, a zabrałaś tamto… chyba założę bloga 😉

    • Ja zawsze mam stresa, czy wszystko zabrałam. Wydaje mi się, że tak, a potem okazuje się że tego czy tamtego brakuje. Pretensje oczywiście do mnie. Ciężko to wszystko ogarnąć. Chyba że się jest perfekcyjną mamą. Ale przy trójce dzieci, chłopców, nie da rady!