Napięciowy ból głowy i reszta reklam

Napięciowy ból głowy i reszta reklam

Kiedy zobaczyłam w telewizji, że jest coś takiego jak napięciowy ból głowy, mój światopogląd wyraźnie się poszerzył. Od razu poczułam się lepiej, jak dama, która nie ma już globusa, bo to staromodne, ale właśnie taki inny, nowoczesny ból głowy. Ach te reklamy, ile one nas uczą! Jaki świat jest dzięki nim otwarty i pełen ogłady. Nadeszły w końcu czasy, kiedy o hemoroidach, nietrzymaniu moczu i swędzeniu cipki możemy mówić całkiem otwarcie. I to takim mądrym, naukowym językiem!

Jeszcze nie tak dawno, nasze pojęcie o różnych niewygodach życia codziennego było proste i zwyczajne. Ot, spod skrzydła waliło dorszem, bo ktoś nie psiknął się dezodorantem Fa, rano miało się w ustach kapcia, a gdy mąż nie miał erekcji, to po prostu nie miał i już. Nikt o tym nie rozprawiał na lewo i prawo. Dziś mamy już na to sposoby. Dziś używamy antyperspirantów, a nasze wstydliwe problemy rozwiązują kolorowe tabletki. Ba, mówimy o tym głośno i bez żadnego skrępowania na imprezach i między przyjaciółmi.

Któż kiedyś mówił coś o zapaleniu pochwy, kto w ogóle wiedział co to jest halitoza? Dziś reklama wchodzi nam do łóżka, wyskakuje spod klapy kibelka i dotyka najbardziej wstydliwych tematów. 

 

Od tyłka strony


Hemoroidy to też teraz sprawa normalna. Patrząc po ilości reklam, przypadłość tę ma pewnie co drugi Polak! A także co druga matka, która rodziła naturalnie. Ale matek nie pokazują. W tym temacie jakoś cisza w eterze. Jednak wyedukowani na reklamach, już nie chowamy się z tym problemem po kątach, cierpiąc w samotności, tylko wymieniamy porady i sposoby, rozmawiając o tym zupełnie bez skrępowania. 

Twórcy spotów jednak wykazują się sporą kreatywnością, żeby nie pokazując gołego tyłka, z uśmiechem opowiedzieć jakie on ma problemy. Ta radosna twórczość i marketing, te wszystkie zabiegi, które mają nas skołować i namówić do zakupu, są niekiedy niewspółmierne do rzeczywistości, a nawet, nie waham się powiedzieć, śmieszne po prostu.  

Na przykład w przypadku tabletek na potencję. Teraz to już żaden problem, bierzesz tabletkę godzinę przed i siur stoi jak wieszak na kurtkę! Jak jednak zaplanować sobie cały wieczór, żeby idealnie wstrzelić się z bzykaniem godzinę po? Jak tu sobie to wszystko zorganizować z zegarkiem na ręku? Jak wymierzyć grę wstępną, żeby wpasować się z zażyciem lekarstwa? Bo chyba niezbyt udany będzie seks, jeśli partner powie w najlepszym momencie “Poczekajmy jeszcze 20 min. aż tabletka zadziała”.

Albo inna sytuacja. Nagle, w czasie miłosnych igraszków, przytrafia się niespodziewana akcja. Co się czasem zdarza, dziecko dostaje grypy żołądkowej, matka wybiega jak poparzona z małżeńskiego łoża, aby ratować dziecię i pościel, a tu przyrodzenie w pełni gotowości aż wyrywa się jak rączy koń. W wersji ligth pościel jeszcze jest czysta, dziecko ma zwykłe zatrucie, które mija po jednym rzyganiu, i wymęczone idzie spać. W wersji hardcore nici z seksu, bo reszta nocy upływa na siedzeniu w  toalecie, zmienianiu poszew i przewracaniu materaca na drugą stronę. Choć często dowiadujemy się z telewizji jak należy się zachować w różnych sytuacjach, na taką jeszcze nikt nie dał nam gotowej recepty.

Tak, reklamy pokazują nie tylko jak sobie poradzić z dolegliwościami, ale też tłumaczą różne zachowania. Na przykład osoba, która nie integruje się na imprezie i stoi z boku, na pewno ma wzdęcia. Lepiej się do niej nie zbliżać, bo a nuż wiatry powieją prosto w nas. No chyba, że mamy znany specyfik, który najlepiej zażyć tuż przed wielkim żarciem lub krótko po. Dzięki temu żadne bigosy, fasolki i kapusty nie będą nam straszne, a na imprezie będzie można sobie pogadać ze znajomymi zamiast puszczać gazy gdzieś w kącie.

 

Pięknie powiedziane


W dzisiejszych czasach wszystko można wyrazić bardziej elegancko. Jeszcze dziesięć lat temu, kiedy nasze matki bolała głowa, a mąż domagał się seksu, mówiły po prostu “Zdzisiek, łeb mnie napierdziela, nie mam ochoty”, a nasze babki, odsuwając się od swoich Heniów, cierpiały na globusa. Teraz, niemalże jak dama z wyższych sfer, wyedukowana i światowa, mogę powiedzieć “Kochanie, mam dziś napięciowy ból głowy”. Cokolwiek to znaczy, mój mąż, podobnie jak pan z reklamy, powinien wiedzieć, że to mniej więcej tak, jakby włożyć głowę w imadło, i z seksu nici. 

Podobnie z przykrym zapachem z ust. Kiedyś po prostu waliło z gęby, teraz mamy halitozę. Jak to od razu lepiej brzmi! Nie kapeć z rana, który eliminuje się pastą do zębów, płynem do ust albo jakim neutralizatorem w buteleczce z atomizerem. Nie, teraz mamy na to tabletkę, którą bierzemy, kiedy ktoś dyskretnie zwróci nam uwagę. Od razu wiemy ze spotu, jak się zachować, żeby kogoś nie urazić.

 

Napięciowy ból głowy brzmi dumnie


Nic mnie tak nie irytuje, jak reklamy leków. Zawsze je przełączam, a szczególnie wtedy, gdy słyszę gościa, który nie wymawia “R” (choć słyszałam, że jest to zabieg celowy). Czasem myślę, że firmy farmaceutyczne robią z nas debili, a my to konsumujemy jak lizaki na ból gardła bez krzty krytyki. Te wszystkie zabiegi marketingowe, te szekspirowskie nazwy, te wynajdywanie co raz to nowych przypadłości – wszystko, żeby zarobić coraz to więcej kasy! 

Dobrze. Nie będę się już nakręcać, bo już od tych wszystkich nowinek łeb mnie napierdala mam napięciowy ból głowy i jak nie wezmę misiotabletki to chyba padnę na halitozę!

Napiszcie, co Was śmieszy w reklamach, a co uważacie za nietrafiony pomysł?

  • Te niby konkretne choroby to jeszcze luz, gorzej jak są wymyślone, i wmawia się ludziom jakieś deficyty i potrzeby, na które jedynym remedium jest specyfik, suplement diety (bo bardzo rzadko jest to lek). największym gównem sa dla mnei te wszystkie kapsułeczki: by niejadek zjadł obiadek i inne syfy dla dzieci: na odproność, na skupienie się, na wyciszenie etc…

    • Też mnie to razi, a dziś widziałam reklamę rutinoscorbinu, w której dają dzieciom tabletkę na wszelki wypadek. Nie ma to jak wychować małych lekomanów!

  • haha, całkiem trafne…też mnie to zastanawiało: bierzesz tabletkę, czekasz 20-40 minut i masz udany seks, ale co jest po wzieciu tabletki i seksem…hmmm 😉