Niedzielne śniadanko

Niedzielne śniadanko

Niedzielne śniadanko to specjalność mojego męża, który jest rannym ptaszkiem i specjalistą od naleśników. Ja z kolei lubię sobie pospać, a potem poleżeć z kawą i książką. Nie jest mi to jednak zbyt często dane, bo zwykle od rana słyszę blender, skwierczący tłuszcz na patelni, na której smażą się naleśniki, stukania i pukania sztućców i talerzy (wspominam też o tym tu). Nie mówiąc o zapachu, który wybudza mnie ze snu i każe zwlec się z pieleszy. Nie narzekam jednak zbyt głośno, bo najważniejsze, że nie muszę tego robić sama i jednak troszkę, choć niewiele, mogę sobie pospać. Gorzej, kiedy jestem sama i trzeba samemu opanować naszą domową sytuację… 

Dziś mąż jest na szkoleniu, a mi brakuje jego pomocy z rana. No nie, trochę mijam się z faktami, mąż zadzwonił z samego rana, zapytać co słychać, no i… wybudził mnie z drogocennego snu. Była bowiem już 9.00, a moje dzieci jeszcze spały! Zaraz jednak usłyszałam maluszka. Nauczony, że matka od razu nie leci go o poranku powitać (bo stara się obudzić) leży jeszcze chwilę, zanim porządnie zaczyna upominać się o jedzenie. Robię więc butlę mleka, a gdy je zjada pozwalam mu pochodzić po pokojach. Starsi bracia mają takie dorosłe zabawki, które go bardzo intrygują, więc zajmuje go to na dłuższą chwilę. Sama otwieram drzwi na oścież, żeby mieć ogląd sytuacji i otwieram książkę. Kawka pachnie z boku, zaczynam swój niedzielny rytuał.

 śniadanko6

Zdążyłam przeczytać może dwa zdania, kiedy słyszę pisk średniego:

– Oddaj!!!!!!!!!!!!!!
Cisza. “…Przez chwilę Thomas walczy z pokusą rozcięcia klatki piersiowej, aby zobaczyć…”
– No, oddajjjjjjjjjj!!!!!!
Szlag! “… serce hrabiny, rzucić okiem, na to, co jego nauczyciel Corvisart nazwał…”*
– Maaaamooooo!!! On mi zabrał samochodzik! – krzyczy i za chwilę wypłakuje się w moim łóżku.

Nie mija minuta, kiedy najstarszy biegnie z wyjaśnieniami. I pół minuty kiedy tup tup tup z szybkością błyskawicy pojawia się raczkujący malutek. Bracia szybko dochodzą do porozumienia i zaczyna się kotłowanie w pościeli. 

– Mamo, a on mi podstawił nogę pod nos! Pod same dziurki, tak, że czułem wszystko! – Najstarszy szczegółowo nakreśla dramaturgię sytuacji.

W tym czasie mały obrywa mi okładkę z książki, której nawet jeszcze nie przeczytałam.

– Hej, zostaw to!!!

Na podłogę lecą inne książki i kubek po kawie.

– Czy wy możecie mnie na chwilę zostawić? Bierzcie małego i idźcie się pobawić!
Mamo, jestem głodny…. – o Boże, no tak jest 10.30. Widząc moją konsternację dodaje – Mogę sobie sam zrobić!
– A co byś zjadł? – pytam pro forma, bo wiem, co odpowie. Mleko z płatkami, które je codziennie rano i wieczorem.
Mleko z płatkami.
– A może zjesz coś innego? Jakieś kanapki, pokroimy różne rzeczy i zrobisz sobie fajną kanapkę?
– Nie….
– Albo jajeczko gotowane….
– Ale ja wolę mleko z płatkami!
– A mozzarella z pomidorami? – pytam z nadzieją, bo wiem, że lubi takie rarytasy.
– Nie!!!!! – płacz. Tego mi trzeba!

Szybko myślę, co by tu zrobić, żeby zjadł jednak coś innego. Przypominają mi się wszystkie porady i moje własne doświadczenia.

– Dobrze, chodź ze mną, pomożesz mi zrobić śniadanko. Poukładasz wszystko ładnie, a potem zobaczymy.

O dziwo synek poszedł ze mną do kuchni. Wyciągnęłam wędliny, warzywa, wstawiłam jajka, pokroiłam mozzarellę. A moje dziecko pięknie to wszystko poukładało na specjalnym talerzu do mozzarelli, takim fajnym do wędlin, jajka wylądowały w kolorowych kieliszkach, a w dzbanku zaparzyła się ulubiona herbata gruszkowa z karmelem. Mozzarellkę poprzekładaliśmy pomidorami, synek przyprawił ją bazylią, solą i polał oliwą i octem balsamicznym – zabawa na całego! Kiełbaskę i szynkę fikuśnie porozrzucał na talerzu, rozłożył sztućce i filiżanki. No Wersal, myślę, chyba dorównaliśmy tatowym śniadankom.

niedzielne śniadanie

Kiedy już chłopcy zjedli te fantazyjne kanapki, które sobie przygotowali, odezwało się we mnie moje wewnętrzne “a nie mówiłam?”:

– Widzisz, taka piękną kanapkę zjadłeś! A chciałeś mleko z płatkami. Trzeba sobie jedzenie trochę urozmaicać, jeść różne rzeczy, nie tylko mleko. Ileż zresztą można jeść to samo!
– No właśnie – odzywa się najstarszy syn. – To jest tak, jakbyś codziennie grał w piłkę i wygrywał 8 do 0!

kanapki

Zawsze sprawdza mi się ten sposób. Trzeba zaangażować dziecko w proces tworzenia jedzenia, żeby chętniej je zjadło. No bo przecież jak się samemu zrobi, to nie dość, że lepiej smakuje, to jeszcze jaka jest satysfakcja!

kanapki

W miarę możliwości staram się, żeby chłopcy mi pomagali, bo uważam, że warto rozwijać wszelkie umiejętności w dzieciach. Nawet takie proste, domowe. Oprócz przygotowania jedzenia zadbałam, żeby moi chłopcy umieli obsłużyć mikrofalówkę, włączyć zmywarkę i pralkę. Najstarszy syn umie sobie zrobić jajecznicę, kanapkę czy budyń. I choć jajecznica bywa przesolona, kanapka krzywa, a budyń z grudkami, to jednak to procentuje, bo już teraz zdarza się, że sytuacja się odwraca i mój syn MI coś podaje. Tak jak wtedy, kiedy będąc wysoko w ciąży, leżałam padnięta i nic mi się nie chciało:

– Mamo, zrobisz mi kanapkę?
– Słuchaj, zrób sobie sam! Chleb jest pokrojony, posmaruj masłem i dżemem…
A po chwili…
– I mamie też!

* cytowałam książkę Ewy Stachniak pt. “Ogród Afrodyty”

  • Buba

    Kiedyś moja córka sama (z niewielką pomocą taty) zrobiła kotlety z jajek według swojej ukochanej książki kulinarnej dla dzieci. Po czym powiedziała: “właśnie przypomniałam sobie, że nie lubię jajek”. I nie jadła! 🙁

    • Hahaha, dobre 🙂 Dzieci są świetne czasami.

    • Dzieci są czasem takie nieprzewidywalne 🙂 Ale i tak sama inicjatywa jest super. Ja wręcz zachęcam chłopaków do gotowania czy choćby przygotowania sobie kolacji. Tak aby cokolwiek umieli sobie zrobić samodzielnie.