Nieprzewidziane wydarzenia w napiętym grafiku

Nieprzewidziane wydarzenia w napiętym grafiku

Jak pisałam w poprzednim wpisie, mój powrót do pracy wiąże się z dobrą organizacją i nie ma tu miejsca na nieprzewidziane wydarzenia w napiętym grafiku. Jednak już po tygodniu okazało się, że licho nie śpi i różne rzeczy mogą się nam przydarzyć, a ja będę musiała zastanawiać się jak to wszystko załatwić. Ostatnia sobota niestety dostarczyła nam nieprzyjemnych wrażeń, a mi głowa spuchła od myślenia jak z tego wybrnąć…

Jak zwykle w weekend czekałam aż dzień się skończy, wszystkie czorty pójdą spać, a ja się zajmę w końcu sobą. Malutek już marudził, ale za wcześnie było na kąpanie. Wybrałam się więc na spacer po osiedlu. W tym samym czasie, gdy obchodziłam z wózkiem okoliczne uliczki, mój średni syn pomagał tacie przy przygotowywaniu podbitki. Kiedy wróciłam ze spaceru stanęłam na chwilę z boku domu, żeby popodziwiać pracę mojego męża. Wyglądało super! Z zamyślenia wyrwał mnie płacz. Podbiegłam do nich i zobaczyłam, że mój syn ma uszkodzony mały palec w lewej ręce. Oderwany paznokieć, krew leci, no masakra! Zahaczył o blachę i taki efekt. Pobiegliśmy szybko do łazienki. Malutkiego przejął najstarszy syn, a my przyglądaliśmy się ranie i zastanawialiśmy co robić. Syn wyrywał się i płakał, nie chciał obmyć tego palca, ani go opatrzyć. Zresztą w górę sterczał naderwany paznokieć, chyba i tak by nie dało rady. 

Musisz jechać na pogotowie, będą musieli zdjąć mu ten paznokieć – stwierdził mój mąż.
– Nieeeeee!!!!! – na taki komunikat też bym tak zareagowała. Trzeba jakoś małego uspokoić.
– Synku, posłuchaj, nie płacz, nic takiego się na szczęście nie stało! Uszkodziłeś sobie paznokieć, który się oderwał i trzeba go usunąć! – próbowałam załagodzić sytuację.
– Paznokieć i kawałek mięsa! – rzeczowo zauważył mój mąż. Zgromiłam go wzrokiem, bo na twarzy małego już pojawiło się przerażenie.

Jadąc samochodem do szpitala zastanawiałam się, co bym zrobiła jakby to się stało w środku tygodnia, a ja byłabym sama z trójką dzieci. Z niecierpliwością czekam, aż wprowadzą się sąsiedzi, bo przynajmniej można będzie zwrócić się o pomoc. A tak? Chyba tylko dzwonić na pogotowie albo brać wszystkie trzy sztuki pod pachę i jechać na ostry dyżur. Na szczęście była sobota i mąż został z dziećmi, a ja mogłam się skupić na moim małym pacjencie. 

Wizyta w szpitalu przebiegła dosyć szybko. Po drodze starałam się przygotować moje dziecko na to, co go czeka. Najważniejsze, żeby nie panikował i się nie wyrywał, bo skończy się to wielką traumą i dla mnie, i dla niego. Na miejscu pani pielęgniarka skrzywiła się trochę na widok zerwanego paznokcia, ale zwróciłam jej uwagę, żeby nie zniechęcała małego, bo już zaczynał się rozklejać. Ogólnie grzecznie oddał rączkę lekarzowi, nie wyrywał się i tylko kilka łez poleciało przy opatrywaniu – taki był dzielny. Szło gładko jak po maśle. Do czasu.

Zupełnie wyluzowana i spokojna usiadłam na krzesełku, żeby dowiedzieć się od lekarza co dalej, jak często zmieniać opatrunek i czy czeka nas jeszcze kontrola. Uśmiechałam się do małego zadowolona, że dzięki Bogu nic poważnego się nie przydarzyło. Lekarz dał mi wypis, zdjęcie RTG i… skierowanie do lekarza, tutaj w szpitalu, na poniedziałek rano! Zamarłam. Mam na 9.00 do pracy i do 12.00 muszę wysłać raport. Niania przychodzi na 8.30, więc wcześniej nie mogę jechać do szpitala. Ja przecież nie dam rady!!! – chciałam krzyczeć, bo grafik mam dość napięty i nie ma tam miejsca na nieprzewidziane wydarzenia (piszę o tym tu). Jeszcze upewniłam się, że są bardzo duże kolejki i z głową pełną rozterek, jak to załatwić, pojechałam do domu. Oczywiście mój dobry nastrój prysnął jak bańka mydlana, bo wizyta u lekarza w poniedziałek rano wiązała się z przesunięciami w moim napiętym planie miesiąca i dobrą wolą paru osób. Bo mąż w poniedziałek wyjeżdża do pracy na cały tydzień, a ja muszę sobie jakoś radzić.

W domu zaczęłam się głośno zastawiać jak tu się zorganizować. Brać wolne, zmieniać czas pracy niani, prosić mojego zmiennika o zamianę? Wyjść było kilka, ale wolałam niczego nie zmieniać. Na szczęście, na szczęście!, czasami mój wspaniały towarzysz życia ma przebłyski głęboko skrywanego geniuszu! Przecież dziadek weterynarz, który nie takie rany opatrywał, może zmienić opatrunek, a ja na spokojnie umówię się na kontrolę do chirurga w mojej prywatnej przychodni!

Obyło się na szczęście bez większych problemów. Dziadek stanął na wysokości zadania, palec się ładnie goi, nas czeka jeszcze wizyta u chirurga, ale akurat mam wolny poniedziałek 🙂