Jak obchodziliśmy 10 rocznicę ślubu

Jak obchodziliśmy 10 rocznicę ślubu

Jak obchodziliśmy 10 rocznicę ślubu? Mąż wypuścił zasłonę dymną, a mi się wszystko pomieszało. Czyli jak co roku, bez fajerwerków.

Polecam moją prywatną listę romantycznych miejsc, idealnych na 10 rocznicę ślubu: Romantycznie miejsca na rocznice ślubu, weekend we dwoje i Walentynki.

Zwykle nie celebrujemy żadnych rocznic. Mój mąż nie uznaje Walentynek (o Dniu Zakochanych pisałam tu), Dnia Kobiet, pępkowych czy wyrazów uznania dla mnie: Matki – Polki. Owszem, pamięta o urodzinach i prezencie pod choinkę, ale to nie jest takie specjalnie wysublimowane. Nie, zdecydowanie subtelności, finezji i anturażu tu nie ma. No cóż, zwykle dostaję wyszukany prezent – te same perfumy od lat, zestaw walizek albo kolumny do samochodu. Dobrze, że jeszcze opon zimowych nie znalazłam pod choinką! Nie, to zdecydowanie nie jest pierścień z białego złota (nie marudzę, może być z outletu) czy bransoletka z Pandory. Z tego powodu ciągle mamy spięcia, bo jak gdzieś wśród znajomych wychodzi temat, że na przykład któraś dostała pierścionek z okazji urodzenia dziecka, a ja nawet kwiatów, to szlag chce mnie trafić. Żale i pretensje wylatują ze mnie jak z karabinu maszynowego. Bo: sama wychowuję te moje dzieci, a on pracuje zwykle przynajmniej 100 km od naszego miejsca zamieszkania. To ja mam wszystko na głowie: swoją pracę, dzieci, ich choroby, szkołę, wizyty u lekarzy i inne sprawy. A tu żadnego pierścienia w zamian! Żadnej kolii z diamentami, a nawet torebki Louis Vuitton. Może powinnam jakoś bardzo zaniemóc przy tych porodach, a nie rodzić w pięć minut, bo to nie wzbudza jak widać wyrazów uznania u mojego męża, ani nawet krzty współczucia jak chodzę okrakiem jeszcze tydzień po. Więc jak zaszłam w trzecią ciążę, po tylu awanturach o pierścionek, spodziewałam się, że się w końcu doczekam! Cieszyłam się nawet, że nadarzyła się dobra okazja, aby mąż się zrehabilitował w moich oczach. Ale jak na złość los mu sprzyjał; bidulek był bez pracy i już nie upierałam się przy wydawaniu pieniędzy na zbędne rzeczy. Co za pomyślny zbieg okoliczności!

Niestety ciągle bez pracy dobiliśmy do naszej 10 rocznicy ślubu. Pech chciał, że temat się pojawił kilkakrotnie i wiadomo było, że w tym roku, w sierpniu jest ta wyjątkowa data. Byłam pewna, że teraz to on musi coś wymyślić. Nie spodziewałam się jednak czegoś szczególnego, np. jakiegoś niespodziewanego wyjazdu do Paryża i kolacji na wieży Eiffla. To się chyba tylko w filmach zdarza. No, ale prezent i kolacja w naszym mieście w dobrej restauracji to absolutne minimum. Im bliżej było terminu tym padalec zaczął się wić i szamotać, kombinować i wymyślać. Dobrze wiedziałam, że chce się wymigać, ale propozycja wyjazdu na wakacje do Włoch akurat w tym terminie też była kusząca, choć myślę, że nie przypadkowa. Jakieś szczególne przygotowania odpadają na wakacjach, no i jest tyle wrażeń, że co tam jakaś rocznica! Koniec z końców zdecydowałam się, bo kolacja we Włoszech brzmi i tak lepiej niż kolacja w Polsce. Na ostatnią chwilę wynajęliśmy apartament z widokiem na piękne krajobrazy Ligurii i pojechaliśmy. Niestety ów malutki domek, którego się spodziewaliśmy okazał się zatęchłą norą bez tarasu. Szybko stamtąd zwialiśmy i znaleźliśmy kamienny domek koło La Spezia. Właścicielka zaproponowała nam, żebyśmy koniecznie zwiedzili pobliskie Porto Venere, podobno piękne miasteczko z kościołem na cyplu. Rzeczywiście, cudne miejsce! Pojechaliśmy tam wieczorem, była wspaniała atmosfera, tylko późno trochę i dzieci zaczęły już marudzić. Więc jak mąż, o dziwo, zaproponował kolację, odmówiłam. Bo jak tu jeść jak Malutek marudzi, a reszta śpiąca? W końcu rocznica na drugi dzień, więc przyjedziemy jeszcze raz. Na tym stanęło. Poza tym ani słowa o jakimś świętowaniu, o jubileuszu czy planach na wyjątkowy wieczór. No dobra, rozumiem, nie jest do tego stworzony, ale przynajmniej zjemy jakąś kolację w małej restauracyjce przy marinie i będzie miło. A może nawet jakiś toast?

Porto Venere

Na drugi dzień pojechaliśmy znowu w to samo miejsce. Ja wyskoczyłam z moim średnim synem, żeby zdążyć zrobić zdjęcia przed zachodem słońca, a mąż pojechał szukać miejsca. Niestety z parkingiem tam jest kłopot, a tu akurat piątek był. W tym czasie ja narobiłam ze sto zdjęć i czekałam, aż reszta do nas dobije. Nagle telefon:

– Gdzie jesteście? – mąż.
– Porobiłam już zdjęcia i schodzimy do mariny.
– No dobra, to będę gdzieś tam na was czekał.

Ok. Poszliśmy i czekamy, czekamy i nie  ma ich. Patrzę w telefon i widzę nieodebraną rozmowę. O-cho, chyba gdzieś krążą i nie mogą nas znaleźć. A ja tu mam na oku fajną knajpkę!

– No, gdzie jesteście?- pytam.
– Jeżdżę tu wokoło i nie mam gdzie stanąć, czekam koło komisariatu, tam gdzie kontenery na śmieci. 
– Ach, to ty nawet nie zaparkowałeś…? – orientuję się, ale małżon jak zwykle nie czekając na moje komentarze dawno się wyłączył.

porto venere

Zła i rozżalona, idę w umówione miejsce. Rzeczywiście, koło śmietników stoi nasz samochód. Kabani dorszem na kilometr, a ja w tym pięknym konwaliowym zapachu pakuję syna do samochodu, a sama muszę poczekać z boku, żeby odjechał, bo nie ma jak drzwi otworzyć. Co za kurtuazja! W naszą rocznicę ślubu! Już czuję, że zaraz wybuchnę, bo takich obchodów to ja się nie spodziewałam! Jednak atmosfera w środku jest tak gęsta, że już nic nie trzeba mówić. Stary wkurzony, delikatnie mówiąc, bo jeździł wkoło i nie znalazł kawałka parkingu, najstarszy syn znudzony beznamiętnie wpatruje się w szybę, a Malutek zaczyna płakać. Trzeba mu dać jeść, a torba w bagażniku. Mąż jednak zatrzymuje się gdzieś z boku i cierpliwie czeka aż wybiegnę, wezmę torbę i szybko wsiądę do środka. Wyciągam butelkę, wlewam wodę akurat jak wchodzimy w zakręt i rozlewam po nogach. Kuźwa! Zakrętów tutaj jednak dostatek i wsypując mleko do butelki, co łyżka, to część rozsypuje mi się po torbie. Żyła na szyi mi pulsuje z nerwów jak struna na wietrze, mam już dosyć tych atrakcji z okazji 10 rocznicy ślubu! Kiedy dojeżdżamy nie odzywam się i trzaskam drzwiami. 

– To co miałem zrobić, wygryźć ten parking w skale? – pyta ze zrozumieniem tematu mój mąż. Czy można być aż takim kretynem, myślę, czy on się z koniem na głowy pozamieniał? Biorę książkę i idę się odstresować.

Otwieram nowy rozdział i wiem, że sobie zaraz poprawię humor. Akcja dzieje się w średniowieczu, a wtedy kobiety miały o wiele gorzej niż ja teraz. Czytam i błogi uśmiech rozświetla moją twarz. Po pierwsze musiały rodzić synów, żeby ktoś dziedziczył tron, co za stres i wielka niewiadoma aż do rozwiązania! Mężowie mieli oficjalne kochanki, dzieci chorowały i umierały, a w alkowie zwykle było zero subtelności i ars amandi. No u nas dzisiaj też nie będzie ars amandi, myślę kwaśno i wracam do lektury. Mąż – król jak w ogóle zaglądał do sypialni, to już był to powód do radości, że żona – królowa nadal jest w łaskach męża. To na co ja tak narzekam, stwierdzam na koniec. Przy winku i dobrej literaturze od razu mi się lepiej robi. Ktoś tam kiedyś miał gorzej ode mnie – ta myśl podtrzymuje mnie na duchu!

Wieczór był ciepły, letni, grały cykady, pełen romantyzm. Spojrzałam na zegarek w komórce i wzrok mój padł na datę. 29 sierpnia. Rocznica. Ale nigdy nie mogłam zapamiętać, 28. czy 29.? Otworzyłam kalendarz, cofnęłam się 10 lat wstecz i patrzę…. a tu niedziela. 10 lat temu, 29 sierpnia była niedziela, a nie sobota! Czyli rocznica była wczoraj! Ja pierdzielę, nie wierzę! No tak, myślę gorączkowo, mąż był miły jak nigdy. A ja nic. Chciał mnie zabrać na kolację – ja, co za idiotka, odmówiłam! I obiad mi podał, mój kochany, wodę na herbatę nastawił, i uśmiechnął się do mnie czule, a ja, niewdzięcznica, nie zajarzyłam, że to wszystko z okazji 10 rocznicy ślubu!!

A jak wy celebrujecie Wasze święta? Czy kupujecie sobie jakieś wyjątkowe prezenty, przygotowujecie niespodzianki? A może odbywa się to wszystko bez zbędnych dodatków? Piszcie!

  • Pingback: Sam na sam z moim mężem | Dom na głowie()

  • dzola

    Na Pani blog trafiłam przez przypadek – szukałam pomysłu na prezent dla mojej siostry z okazji 10. rocznicy ślubu. Robiłam to siedząc na ławce w parku i korzystałam z chwili, gdy moje 6-cio miesieczne Maleństwo smacznie spało w wózku. Nie mogłam oderwać się od ZNAKOMITEGO tekstu przepełnionego humorem. Śmiałam się co chwilę i na tyle głośno, że obudziłam synka 🙂 Gdy czytam Pani inne wpisy, mąż patrzy na mnie jak na nienormalną i mówi, że już dawno nie widział mnie w takim nastroju 🙂 Gratuluję takiego sukcesu i z niecierpliwoscią czekam na kolejne chwile, w których będę mogła wrócić tu na relaks i odskocznię 🙂

    • Dziękuję za tak miłe słowa! Cieszę się, że mogę kogoś rozweselic, bo taki był też zamysł mojego bloga. Dlatego też takie słowa dodają mi tylko skrzydeł i od razu chcę coś napisać, żebyśmy znowu mogli się razem pośmiać. Pozdrawiam Cię i twoją rodzinkę i zapraszam do dalszego zaglądania na moją stronę 🙂

    • Dziękuję za tak miłe słowa! I cieszę się, że mogę kogoś od czasu do czasu rozśmieszyć – taki był zresztą zamysł tego bloga. Staram się więc jak mogę i takie wpisy mobilizują mnie jeszcze bardziej i dodają skrzydeł 🙂 Pozdrawiam Ciebie i Twoją rodzinkę i zapraszam do zaglądania na moją stronę!

  • Ania

    My postanowiliśmy zorganizować mini przyjecie w restauracji trzej kucharze kraków.
    Obiadek, kolacja, trochę potańczymy 😉

    • Fajnie, że macie możliwość potańczenia, choć i tak najważniejsze jest towarzystwo – przyjaciele, rodzina, ci, z którymi dobrze się czujemy i bawimy 🙂

  • Edyta

    Z własnego doświadczenia polecam Zajazd Mat Bełk.
    Bardzo nam się tam podobało.
    Uważam, że lokal zorganizował rocznicę rodziców na najwyższym poziomie.