Odrabianie lekcji – chyba się zgłoszę do psychiatryka

Odrabianie lekcji – chyba się zgłoszę do psychiatryka

Odrabianie lekcji z moim 4 – klasistą to zajęcie iście wykańczające psychicznie i emocjonalnie – jak tak dalej będzie, chyba zgłoszę się do psychiatryka.

Schemat za każdym razem jest podobny. Nawet napisanie czy policzenie prostych rzeczy staje się niemożliwe do osiągnięcia. Powstaje jakiś mega problem, miotanie się wokół tematu i totalne zniechęcenie, załamanie się i mur: on tego nie zrobi i koniec. 

Dzisiaj znowu tak było. Wróciliśmy ze szkoły, szybko zrobiłam coś do jedzenia i obaj chłopcy wzięli się do pracy. Nagroda – “Pingwiny z Madagaskaru” o 19.00 – działa cuda. Ja  w tym czasie ogarniam kuchnię, a Malutek… wspina się na krzesła, chwila nieuwagi i moje dziecko biega po stole! Ściągam go na dół i zaczyna się ryk. On wchodzi, ja go ściągam. Płacz, że głowa pęka. 

Proponuję chłopakom, żeby poszli do swoich pokojów, tam mają spokój, biurka i wszystko, co trzeba. Nie chcą. Z jednej strony jest mi wygodniej, bo obu mam na podorędziu i szybko mogę zareagować jak potrzebują, żeby coś podpowiedzieć. Ale z drugiej, bodźców jest tu tyle, że mi już głowa puchnie.

mnożenie pisemne

Najstarszy rozwiązuje słupki z matmy i pierwsza strona idzie mu dobrze, ale na drugiej ma kryzys. Nie chce mu się liczyć. Kładzie się na krzesłach, chodzi z poduszką na głowie i twierdzi, że mózg mu się wyłączył. Zostało dosłownie kilka zadań, parę minut i ma zrobione. Dobra, nie reaguję, niech sobie trochę pochodzi, odpocznie. Poszedł na górę, zszedł, ale dalej ma problem. Ok. Pytam czy pomóc. Mnożenie jest pisemne, więc padają liczby typu 387 x 526, aż mi się kręci w głowie, jak sobie pomyślę ile to liczenia.

– Taaaak!!!!! – słyszę krzyk rozpaczy. – Pomóżżżżż!!!

Siadam więc. Średni bawi się z Malutkiem, więc jest względny spokój. 

No to liczymy! – mówię z entuzjazmem, na co mój syn wykreśla wszystkie puste pola, gdzie miał wpisywać obliczenia i rozradowany mówi:
– Zrobiłem!

Ręce mi opadają, ale trzymam się, spokój to moje drugie imię.

– Dobra, robimy. To ile jest 2 x 8? – proste jak drut, spodziewam się, że od razu odpowie. Ale nie!
– 2 + 8? 10!
– Nie – mówię spokojnie perlistym głosem jak anioł. – 2 RAZY 8. Ile jest?
– 10! 2 PLUS 8 jest 10!

Zaraz mnie szlag trafi.

– No jak ty liczysz? Przecież masz tutaj mnożenie! Ile jest 2 RAZY 8? Przecież chyba wiesz, tyle, co 8 dodać 8 – próbuję, próbuję.
– Wiem… – mówi głosem zblazowanym i z fochem – coś tam coś tam 6! – przedrzeźnia się ze mną, bo ma wpisać tylko 6, jeden w pamięci.
– Ok. Dalej. A ile jest … – patrzę w kajet i oczom nie wierzę – 4 RAZY 4? 
– Coś tam coś tam 4….
– ??? Co ty mówisz? 4 RAZY 4?  16! Tyle samo!
– Acha – widać rozumie mój syn, ale wpisuje w inny słupek. 

Nie wytrzymuję. Rozpętuje się awantura. Ja krzyczę, syn krzyczy. Co ja chcę od niego, nie można się pomylić? Biorę Małego i z głową kwadratową zamykam się w pokoju. Emocje muszą opaść. 

Po dłuższej chwili schodzę i wyjaśniamy sobie, o co nam chodziło. Ja uważam, że zrobił to specjalnie i była to demonstracja focha, a on, że się pomylił.

Podchodzimy do zadania ponownie. Tym razem syn zamyka się w swoim pokoju i po jakichś 10 minutach przychodzi z gotowym zadaniem. Nabazgrane i pokreślone jest jak diabli, ale zrobione! Próbuję się rozczytać, kombinuje w lewo i w prawo, w końcu znajduję ścieżkę, po której szedł mój syn. Zostawił zresztą mnóstwo strzałek. Pani się jednak raczej nie doczyta. Niestety nie możemy znaleźć korektora, ponieważ leżał na podłodze (ach, to tylko twórczy nieporządek mojego dziecka) i wziął go Malutek, a gdzie położył? Nie wiadomo! Nie umie mówić, to się nie dowiemy. Sugeruję więc, żeby zakleić te bazgroły białą kartką i przepisać obliczenia.

Ból głowy

Siedzimy potem już w błogiej atmosferze (Mały śpi, więc cisza i spokój), choć czacha mi paruje, a emocje nie mogą opaść. Myślę, jak tu rozwiązać ten problem, gdzie tu tkwi zagwozdka. Wiem, że dzieci powinny odpocząć po szkole, przewietrzyć głowę i zresetować się. Ale. Przychodzimy o 16.30 (angielski do 16.00), jemy, jest 17.00. O 19.00 nagroda. Czyli mamy 2 godziny na lekcje. Wieczorem, po 19.00, nie ma szans, żeby młody człowiek coś wymyślił jeszcze z tej matematyki. Więc ryjemy ile się da do 19.00. 

Ja chcę to zrobić szybko i sprawnie, mam w końcu 3 dzieci na głowie i muszę ich wszystkich opanować. Niestety o tej porze chyba nie tylko ja mam dosyć. Przede wszystkim dosyć ma Mały, który daje czadu ile wlezie. Ciągły płacz i marudzenie to istna masakra. No, ale nie mogę go położyć na drzemkę popołudniową, bo akurat o tej godzinie muszę pojechać po dzieci.

Zaczynam więc pogadankę z najstarszym synem. Przepraszamy się, ściskamy, żałujemy za słowa, krzyk i całą sytuację. Próbuję znaleźć jakieś rozwiązanie:

– To jak się umawiamy jutro? Może wolisz trochę później się pouczyć albo robić dłuższe przerwy? No nie wiem, jakie masz propozycje?
– A co jutro będzie na obiad?

AAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!!!

– Rosół – jestem dalej aniołem. – To jak robimy?
– Przychodzę po szkole i robimy zadania. Będę robił w swoim pokoju. A ty mi potem sprawdzisz.
– Dobrze, zobaczymy, mam nadzieję, że nie będzie już takich sytuacji jak dziś.

Po chwili mój syn zbiera myśli i mówi:

– Fajnie, że już niedługo ferie. A po feriach znów będę mógł zgłaszać nieprzygotowanie! Bo w tym semestrze wszystkie szanse już wykorzystałem!

Boże, dajcie mi sole trzeźwiące, bo padnę! 

A może to podziała?

herbatka na uspokojonie

 Na blogu znajdziecie też inne historie z odrabianiem lekcji w tle: Nie chcę być uczniem Pana Kleksa i Matczyne serce. Przeczytajcie koniecznie!

Czy ktoś tu jest psychologiem i może mi powiedzieć, gdzie ja robię błąd? Co tu zrobić z dzieckiem, które zacina się na prostych zadaniach i nie da rady przekonać go do dokończenia zadania? Czy wy też macie takie problemy?