Oponka musi zniknąć, czyli być jak Cindy Crawford

Oponka musi zniknąć, czyli być jak Cindy Crawford

Oponka musi zniknąć – stwierdziłam krytycznie, oglądając w lustrze brzuch i balerony wiszące spod łopatki. Miałam zamiar przymierzyć zeszłoroczne stroje kąpielowe. Ale jęknęłam tylko zdegustowana i postanowiłam rzucić się w wir ćwiczeń, ABT i  ABS-ów czy innego LSD… Nie, nie mam zbyt dużych ambicji, ot, aby oponka nie wystawała poza rondo plażowego kapelusza. Takim to sposobem przypomniałam sobie o Cindy Crawford.

Z zazdrością spoglądam na te wszystkie Chodakowskie, efekty przed i po, zapieprzające po parku, jak królik z reklamy energizera (ten z lepszą baterią), starsze panie. Ja nic.  Al Bundy polskiego parentingu. Siedzę niewzruszona, a po dawnej świetności zostało tylko mgliste wspomnienie. I dziura w kanapie.

Dlatego za każdym razem, kiedy wychodzę z optymizmem i z pewną taką naiwnością do sklepu ze strojami kąpielowymi, zaraz zderzam się z rzeczywistością jak ze ścianą. Podnosi się kurtyna i wszystko widać jak na dłoni. Nic, kurwa, na mnie nie pasuje! Znaczy, pasuje, ale jak ja wyglądam! Bo tu już nie ma bluzek bombek, luźnych T-shirtów i spodni na gumce. Tu nic nie zamaskuję, nie pozakrywam, tu wszystko mam na wierzchu!

Więc taka oto konkluzja krąży mi po głowie od wiosny:  oponka musi zniknąć! Powtarzam to hasło jak mantrę i… nic nie robię. Te marne próby jeżdżenia na rolkach, te dwa przysiady zrobione od niechcenia, te nogi machnięcie… Ech… No nie mogę zaskoczyć z tymi ćwiczeniami, a od mycia podłogi, niestety, waga ani drgnie. Tym bardziej, że potem idę od razu po drinka.

Z tymi ćwiczeniami to mam wieczny wyrzut sumienia. Bo powinnam, bo wręcz muszę. Ale… Nie nadaję się i nie chce mi się. Jęczę i kwiczę, mam jakieś pojedyncze wyskoki, po których mięśnie mi skowyczą z bólu, a dzieci muszę obrobić i pranie wyciągnąć, i tak robię i jęczę, a mięśnie bolą, ruszyć się nie da. Więc nie ćwiczę, bo co mam się męczyć, a potem powłóczyć nogą przez tydzień. No i luz, siedzę na kanapie i nie ćwiczę. 

Tymczasem, gdzieś na południu Wrocławia…

Oponka się wyhodowała. Nie mam stroju. Wyjeżdżam na wakacje.

Te trzy niusy były dla mnie jak cios obuchem w łeb. Jak informacja, że Hanka Mostowiak wpadła na kartony, a Rysiek z Klanu padł na serce. Szok. Postanowiłam, że TERAZ, to już KONIECZNIE muszę zacząć rzeźbić sylwetkę. Aerobiki uprawiać albo jakieś step tacze i streczingi. Żeby raz na zawsze pozbyć się Michelina z mojego brzucha i baleronów spod łopatki!

Postanowiłam zajrzeć do filmików Cindy Crowford. Kiedyś, kiedy myślałam, że jestem gruba (co ja wiedziałam o życiu?), kilka razy zarzuciłam kończynami na jej filmach i nawet mi się to podobało (do momentu aż pot nie spłynął po moich plecach, wtedy było już mniej zabawnie). A że ja starej daty jestem, to Cindy, a nie Chodakowska czy Lewandowska.

Przygotowałam sobie niezbędne pomoce: laptopa z otwartym filmem, krzesło z oparciem i matę do ćwiczeń, z lekka zakurzoną, ale zdatną. Była tam jeszcze mowa o hantlach, ale, co ja się będę z hantlami wydurniać? Może ich nawet nie podniosę – odpuściłam sobie. Mały wylądował w wannie, a ja w pokoju obok przystąpiłam do ćwiczeń. Dwa wdechy, dwa wydechy i start – truchtem Zazy podbiegłam do laptopa i załączyłam workout nr 1.

Początek był obiecujący wymachy rękami, obroty głową, skłony, wszystko, co znam z lekcji w-f, więc z pełnym poświęceniem wykonałam ćwiczenia jak trzeba. Potem zrobiło się trudniej, Cindy upiła łyk wody (ja też), poprawiła włosy i zaczęła podskakiwać robiąc jednocześnie nożyce w powietrzu. Ajajaj! Dam radę – zmotywowałam się szybko i wyskoczyłam też – jakieś trzy centymetry ponad ziemię! Raz i dwa, i… poczułam nagle, że ja już kurna nie mogę tak hasać, jak sarna na błoniach. Że nie służy mi ani trampolina, ani nożyce z wyskoku. Że tak właściwie to ja nie mogę więcej skakać, bo się posikam! Te podskoki tak wstrząsnęły moim ciałem, że się wystraszyłam, że moje mięśnie Kegla nie tylko puszczą siku, ale jeszcze macicę albo nie daj Boże cały pęcherz! Perspektywa wiszącej macicy tak podziała na moją wyobraźnię, że stanęłam twardo na ziemi i przeczekałam do kolejnego ćwiczenia zaciskając nogi na krzyż.

Potem były wymachy nogą. Trzeba było trzymać się krzesła i machać nogą aż po brodę. Też sobie tak machnęłam! Zapatrzona w ekran komputera wyrzuciłam nogą, że aż miło! Wtedy coś zgrzytnęło…

YYyyyyyyy… Dobra, chyba zbyt ambitnie podeszłam do sprawy, następne wymachy – do poziomu kolana – już nie powodowały takich nieprzyjemnych zgrzytnięć. Z pełnym zaangażowaniem wykonałam całą serię. Dumna z siebie, że dorównuję Cindy, przygotowałam drugą nogę.

Jak prawą poszło gładko, to z lewą gorzej. Nie mogłam się skupić na ćwiczeniu, tylko musiałam trzymać krzesło, które zamiast stać stabilnie, to się przesuwało – tak niby o centymetr, niby nic się nie przegięło, prawie stało w miejscu. Ja, oddana całym sercem wykonywanym ćwiczeniom, nawet nie poczułam, że mi odjechało zbyt blisko ramy łóżka. No i w końcu tak machłam, że pieprznęłam kostką w rant…

SSSSSSS!!!! O ja cież pier-dzie-lę!!!!

 

Oponka musi zniknąć!

 

Pomyślałam, że zrobię sobie przerwę i napiję się wody. Cindy też tak robi, więc nie mam wyrzutów sumienia. W tym czasie bacznie się przyglądam (masując jednocześnie bolące miejsce), jak jej się pięknie mięśnie rysują na tych nogach i myślę, że jak tak dalej będę sumiennie wykonywać te workouty, to też tak będę mieć. Z moich głębokich przemyśleń, wyrywa mnie zmiana scenerii. W pięknym plażowym krajobrazie i w morskiej bryzie, modelka robi skłony i wymachy. Węszę wyższy level trudności, więc otwieram okno, żeby też poczuć bryzę. Z podwórka.

Tak jak myślałam, jest tylko gorzej i gorzej, dyszę i sapię, bo nastąpiły wymachy w bok, a ja nie mam gdzie tą girą machać, żeby nie walnąć w otwarte od łazienki drzwi, w ramę łóżka czy w szafkę nocną. Od kłopotu wybawia mnie Malutek, który stwierdza, że już koniec na dzisiaj tej kąpieli. Szybko go oporządzam – trening trwa ponad godzinę, więc dużo nie tracę –  i wracam w pełni sił do oglądania. A tu już akcja poszła naprzód, coś mnie ominęło, ale nie aż tak dużo, bo jeszcze nie mogę złapać tchu, wymachy, skłony i praca rąk – i żeby nie było – wszystko na raz!

O Jezusie, macham girami, nie – to ma być tylko jedna, i rękami, i wszystko mi się miesza, bo podobnie jak z liczbami, problem mam z koordynacją. Więc wyglądam chyba jak paralityk, bo ni w ząb, nic mi z tego nie wychodzi, plączą mi się nogi i ręce, poza tym to chyba jakiś żart, że ja kucnę tak, żeby kolanem dotknąć podłogi i z tej pozycji machnąć nogą pod brodę! Nie zniechęcam się jednak i robię co drugi wymach, na wpół klęcząc. Za którymś razem mata mi się przesuwa i noga leci prosto w ekran komputera.

Biorę sprzęt, poprawiam klapę ekranu. Katem oka widzę, że to już ta chwila, że Cindy chwyta hantle i robi kolejne ćwiczenia. Ponieważ nie jestem zbyt zmęczona (fajny, niemęczący ten trening, polecam!) myślę, że jednak znajdę te ciężarki, bo przecież lepiej ramię wygląda z pięknym wyrzeźbionym mięśniem niż wiszącym flakiem. Tylko, zaraz…, gdzie ja je włożyłam? Szukam po wszystkich szufladach i nie mogę znaleźć. W końcu daję na luz, bo mi już znowu film kawałek przeleciał. Chwytam butelkę z wodą i książkę, które z wdziękiem słonia udają ciężarki, i zaczynam ćwiczyć. 

 

Oponka musi zniknąć!

 

Kiedy podnoszę rękę, na twarz leci mi woda z niedokręconej zakrętki i książka rozkłada się tak, że te 1000 stron fruwa to w prawo to w lewo, ale prę do przodu, ramiona ważniejsze niż woda kapiąca do oka! Mniej więcej w połowie serii zauważam, że książka waży trochę więcej niż butelka wody, więc z obawy przed nierówno wyrzeźbionymi ramionami, przerywam ćwiczenia.

Chwilę potem ląduję na macie i zaczyna się seria z brzuszkami. Po kilkudziesięciu zgięciach wymiękam i robi mi się jasno przed oczami z wysiłku. Ale cisnę ile sił, prawie rodzę, bo muszę pozbyć się tej okropnej oponki! Na koniec jest mi już tak gorąco, że marzę tylko o czymś zimnym do picia, żeby tak wlać w siebie te cudowne, chłodzące bąbelki, usłyszeć ten pssst spod kapselka i poczuć w gardle zimny, gazowany płyn aż do utraty tchu. Ta myśl krąży mi po głowie jak namolna mucha, woda nie pomaga, chcę się schłodzić na maxa, chcę tych bąbelków teraz i już. Na czworaka dowlekam się do lodówki, a tam… na półce… stoi sobie piwko i śmieje się do mnie! 

Jezusie! Tego mi było trzeba! Nie jakiejś wody, nie izotoników, tylko piwa chcę jak powietrza! 

Nie zważając na kalorie, ani dawkę alkoholu wypijam duszkiem całą butlę. Po pierwszym otępieniu i braku tlenu w mózgu, mój narząd wykonuje efektowny drift i wraca mi myślenie. O tyle nagłe, co drastyczne jest to doświadczenie, bo uświadamiam sobie, że przecież piwo ma chyba z tysiąc kalorii! Ja pierdzielę, gdzie mój zdrowy tryb życia? Gdzie mój brzuch w wersji fit i slim?

Zaraz jednak gorączkowo zaczynam liczyć, że przecież ćwiczyłam, że coś tam spaliłam z tych kalorii. Więc to, co spaliłam, uzupełniłam i jestem na zero! Ha!

Ta myśl mnie uspokaja i postanawiam na następny dzień wziąć się porządnie do pracy. Przez 15 minut naprawdę się staram, ale Mały mnie woła, czytamy bajeczkę, a potem to film się jakiś zaczyna i zapominam na śmierć, że Cindy na mnie czeka w pół kroku. A potem to już w ogóle o niej zapominam.

Podsumowując…

Ostatecznie postanawiam nie biczować się gimnastyką, jak jakiś pielgrzym fitnessu, skoro mój organizm odrzuca wszelkie ćwiczenia niczym przeszczepiony narząd. Przecież nie będę się zmuszać! Jeszcze nabawię się jakiegoś sportowstrętu, a tak przynajmniej jest jeszcze dla mnie jakiś cień nadziei…

jakaś nikła szansa…