Plażing po francusku, czyli co od nas chciał pewien Francuz?

Plażing po francusku, czyli co od nas chciał pewien Francuz?

Podczas naszego pobytu na Korsyce smażyliśmy się głównie na pustych, choć niezbyt urodziwych plażach. W końcu więc postanowiliśmy udać się na taką, która widnieje w przewodnikach i na reklamach. Chcieliśmy stanąć u progu raju i kontemplować niczym nie zmącone piękno natury.

Niestety, ciężko było cokolwiek zobaczyć przez ten tłum ludzi, który tam zastaliśmy, a do tego czepił się nas pewien Francuz z metra cięty, który postanowił pokazać nam jak wygląda plażing po francusku.

Wyjechaliśmy z samego rana i po półgodzinnej drodze przez wertepy osiągnęliśmy cel. Plaża Saleccia. Już przy wejściu było wiadomo, że warta jest zachodu. Lazur wody, spokojnie bujające się na wodzie stateczki i jachty, biały piasek, płytka i ciepła woda. Raj. Jedynym zakłóceniem urody tego miejsca byli ludzie. Prawdziwy tłum ludzi, a w tym tłumie jeden, któremu też się to nie podobało. Merde!

Plażing po francusku

Niejako prawdziwa włoska rodzina wypakowaliśmy się z naszej terenówki. My z trójką dzieci i nasi znajomi z dwójką. Każdy wziął pod pachy co mógł. Bo i kanapki z figowym dżemem, ręczniki z Minionkami, maski, płetwy, rękawki, dwa dmuchane rekiny i parasole. Szliśmy z tym naręczem toreb prawie jak drobni handlarze na Stadion Dziesięciolecia. Z wyjątkiem mojej przyjaciółki, która w wielkim kapeluszu z rondem i koralem na szyi, zadawała szyku niczym Sophia Loren. 

Plażing po francusku

Już przy wejściu wszyscy równo jęknęli z zachwytu. Matki mając dzieci u boku (“o Jezu, ale pięknie!”) i ojcowie, nieco z przodu, poprawiając wypadający spod pachy parasol (“Ja pierdolę, ale raj!”). Z przyczepioną do nosa komórka nieustannie robiącą zdjęcia przyczłapałam na końcu. Na moment zamarliśmy jak stado surykatek w poszukiwaniu miejsca na plażowanie. Wyciągając szyję każdy nerwowo lukał to w prawo, to w lewo w celu znalezienia wolnej przestrzeni. Mając wybór między kawałkiem plaży koło dwóch jędrnych mulatek i niedaleko pana w kapelutku rozmiar XXXL, wybrałyśmy to drugie, delikatnie sugerując, że tam jest jednak więcej miejsca i woda jakby ładniejsza.

Ruszyliśmy zgodnie w tamtym kierunku. Po chwili już rozkładaliśmy ręczniki i parasole, zrzucaliśmy z siebie torby i torbiszcza moszcząc sobie wygodne poletko do smażenia się na słońcu przez resztę dnia. Niestety! W tym momencie nastał koniec naszego spokojnego plażowania. Nagle w pobliskim lasku zakotłowało się i centralnie zza la krzaka, prosto w naszą stronę, wystrzelił jak z procy mały, łysy Kamembert w pomarańczowych gaciach, sadząc półtorametrowe susy i machając rozpaczliwie  łapami w jakimś totalnym wzburzeniu. Co ten, kurwa, Luis de Fines, od nas chce – przeleciało mi przez głowę. Co on tak, kuźwa, gestykuluje mi przed nosem? Jakby był na dopalaczu! Przez chwilę nawet byłam skłonna pomyśleć, że przemawia przez niego Mocarz albo inne dziadostwo, ale zaraz do mnie dotarło, że on jest jednak jak najbardziej poważny. Stanęliśmy jak wryci, nie rozumiejąc ni w ząb o co osobnikowi chodzi, wszak nikt z nas nie parla po francusku!

Plażing po francusku

Kamembert najpierw wymownie wskazał na swoje ręczniki, które leżały jakby w drugim rzędzie, a potem na nasze, które mój mąż w połowie rozłożył tuż przy morzu. Było wolne miejsce, do cholery! Rozejrzałam się wokoło i obok ludzie też leżeli w tej samej linii. Nie zrobiliśmy nic niestosownego. Z wyjątkiem tego, że zasłoniliśmy pieprzonemu Żabojadowi widok na morze!

Plażing po francusku

Dla zrozumienia kontekstu spróbowaliśmy się jednak z nim dogadać. Na pytanie, czy mówi po angielsku, pokazał palcami jak nikła jest ta znajomość, ale coś tam zaczął spikać. Że ma małe dziecko, że chce mieć widok na morze i na dziecko w wodzie, że on się nie zgadza, żebyśmy tuż przed nim się rozłożyli. Otworzyliśmy oczy szeroko ze zdziwienia. Czy on się z koniem na łby pozamieniał? Rości sobie prawo do 1/3 plaży? Pytam, czy to jest jego prywatny teren, że sobie tak swawoli, mówię dumnie, jakby to były moje, że my mamy pięcioro dzieci i też chcemy być blisko morza, mój mąż nawet przesuwa koc o 20 cm, żeby dać mu choć nikłe poczucie zwycięstwa, ale nic to, nic nie działa! Kamembert dalej wydaje się być wzburzony, krzyczy i parska, podskakuje nerwowo i ewidentnie nie zgadza się na nasz tutaj pobyt! 

Noż, kuźwa! Tośmy się wkurzyli. Poleciały inwektywy i inne zgrabne sformułowania opisujące jegomościa i jego kretyńskie pomysły. Mój mąż zachowując kamienną twarz wskazał wąską przestrzeń, którą łaskawie zostawiamy tylko dla niego i odwrócił się plecami rozkładając resztę rzeczy. Widząc nasze ogólne zdenerwowanie i orientując się, że niewiele wskóra, Francuz wrócił zirytowany do swoich pod lasek, odprowadzany serią różnych epitetów. 

Nie stojąc po próżnicy, również my wymieniłyśmy się pozdrowieniami z przebywającymi pod lasem kobietami. One pokazały nam fucka, a my postukałyśmy się w czoło. “A niech ci żabie udko w gardle stanie, pindo jedna!” – mruknęłam przy okazji. 

Plażing po francusku

W końcu sytuacja się uspokoiła i zaczęliśmy odpoczywać. Obok nas rozłożyła się również rodzina z Niemiec i już nikt ich nie przeganiał. Całe to francuskie towarzystwo nadal piknikowało w krzakach jakieś 20 m od nas, a ręczniki zajmowały miejsce tuż ponad nami przez nikogo nie używane. Po jakichś dwóch godzinach od naszej międzynarodowej sprzeczki, w krzakach coś się zaczęło dziać. Otóż, nie kto inny, tylko nasza rodzina Kamembertów ruszyła w stronę swojego plażowiska. Trochę jakby niepewnie, może spodziewając się jakiejś nowej utarczki, zajęła swoje miejsce nieopodal mnie. Nic sobie z nich nie robiąc, spokojnie leżałam, a mój mąż pływał z dziećmi w wodzie.

Jakież było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłam naszego Luisa, który ruszył zwierać szyki przeciwko nam! Podchodził kolejno do leżących obok nas turystów i tłumaczył zawiłość sytuacji. Ludzie po kolei odwracali się, zaglądając ciekawie w naszą stronę. Ze zdziwienia aż usiadłam. No chyba go Bóg opuścił! Na wojnę się koleś szykuje, czy co?

O matko, gdzie mój mąż się podziewa? Przecież sobie sama z tymi ludźmi nie poradzę! 

Jednak jest sprawiedliwość na tym świecie, bo nikt nie poparł szalonego Żabojada, turyści machali przecząco głowami i uśmiechali się ironicznie. A już myślałam, że to ze mną jest coś nie tak. Że wpakowałam się, nie przymierzając bezpardonowo, przed jego legowisko, a nie może powinnam. Że skoro on sobie uzurpuje prawo do pustej plaży, to ja powinnam się zawinąć i zginąć w tłumie, żeby mu przypadkiem nie zasłonić widoku na morze.

Koniec z końców, nasi francuscy “przyjaciele”, wrócili z powrotem do lasku, ponieważ niebo się trochę zachmurzyło i zaczęło kropić. Leżeli na swoich ręcznikach może z 15 minut, a narobili tyle afery, że szkoda gadać. Wzburzony Luis jeszcze dyskutował ze swoim towarzyszem stojąc w wodzie i podskakując jak spławik, na który złapała się ryba. Ten drugi łypał nas okiem z dezaprobatą, kiwając głową i potakując.

Plażing po francusku

Mając już w głowie obraz tego, jak wygląda plażing po francusku wkrótce też zawinęliśmy manatki. Odprowadziły nas dzikie okrzyki z pobliskich krzaków, ale już daliśmy sobie z nimi spokój. Bo gdyby stanęli vis-à-visen face do nas i powiedzieli jakieś bon mot, to co innego, może poszlibyśmy va banque i dalibyśmy się przeprosić za te całe faux pas. A tak? Pozostał tylko niesmak.

Dla porównania przeczytajcie inny mój wpis, podsumowujące moje obserwacje na plaży nad polskim jeziorem: “Plażing po polsku”.

No cóż, są ludzie i ludziska, stwierdziłam. Czasem się trafia na takiego jegomościa, który potrafi zepsuć człowiekowi całą przyjemność i jeszcze uważa, że mu się należy. Co o tym myślicie? Bo dla mnie to żenua, a nawet że lipapą! 

  • Rafal Szypulski

    I guess you should start learning French… just in case… 🙂

    • I’m thinking about it!

      • Rafal Szypulski

        I had a French teacher at uni… and you know what… she was like the guy you mentioned in your story 🙂 Whenever I think of French, I always picture that short lady shouting in French… 🙂

  • Pingback: Korsyka - najlepsze wakacje od lat | Dom na głowie()

  • Uwielbiam Francję!

    • Ja też uwielbiam 🙂 Ale sami Francuzi czasem mnie osłabiają. Nie do wiary, że rzadko który mówi po angielsku. Ale kraj jest piękny.