Plażing po polsku

Plażing po polsku

Może byśmy się wybrali nad wodę? Tak gorąco… – wyszedł z inicjatywą mój mąż.
Z początku nie zgodziłam się, bo nie ma tu w okolicy fajnego miejsca na plażing. Dlatego zwykle jeździliśmy na glinianki, gdzie na łąkę, którą gospodarz udostępniał w celach rekreacyjnych za piątaka, wszyscy wjeżdżali samochodami, otwierali drzwi, każdy włączał swoją muzykę, wyciągał grilla i rozkładał koc. Nie miałam ochoty na taki relaks. Disco relax. Jednak zauważyłam, że trochę się wkurzył, bo zawsze odmawiam, a on pewnie chciałby spędzić niedzielę z całą rodziną. Przyszła mi jednak do głowy myśl, że czemu nie? Wezmę książkę, kocyk i poczytam. Nie będę musiała gotować, bo pogrillujemy. Dzieci się wymęczą i pójdą wcześnie spać. No same plusy.

Malutek się obudził koło 13.00 i zaraz byłam gotowa do wyjazdu. Niespodziewanie mąż mój zaproponował, że ugotuje obiad na szybko, bo po co mamy się ciągnąć z grillem i że pojedziemy w bardziej cywilizowane miejsce. Koło 14.00 byliśmy po obiedzie. Chłopaki poszli się przebrać, zabrać ręczniki, ja popakowałam resztę i już byliśmy w drodze.

W pobliżu nie mamy jezior i morza, musimy jechać albo na jakieś glinianki, nad rzekę (w mieście – odpada) lub nad zalew. Wypadło, że jedziemy nad zalew. Dawno tam nie byłam, więc trochę się zdziwiłam, jakie zaszły zmiany.
– Zobaczysz jak tam fajnie jest zrobione. Plaża co prawda z piasku rzecznego, ale wkoło parkingi, toalety, nawet można coś zjeść – zachwala bezkrytycznie mój mąż.
Podjeżdżamy i rzeczywiście. Przygotowana plaża, muzyka, dużo ludzi, zaplecze, fiu, fiu. Na wodzie molo, żaglówki, koło plaży buda, a w kolejce mnóstwo stłoczonych i spoconych ciał w kolejce po parówkę w bułce. No, polski standard, rzekłabym. Nawet trochę spanikowałam, że ja taka nie ubrana, nawet całego stroju mi się nie chciało ubierać, a tu tyle ludzi…

Zeszliśmy na dół w poszukiwaniu miejsca. Mi już słabo od tego upału, a tu zero drzew, tylko, gdzieś z boczku, trochę dalej widzę cień. Objuczeni jak te osły poszliśmy w tamtą stronę. Mąż z małym i pontonem, ja z torebką i torbiszczem z ręcznikami, mój syn średni z wodą, a najstarszy z torbą małego. Rumunia. Kątem oka widzę jak jakaś blondyna z wielkim, kolorowym tatuażem na całym udzie pręży cycki w pobliżu napakowanego typa i już wiem, że nie mogę za blisko niej leżeć, bo wypadnę na jej tle jeszcze gorzej niż jest w rzeczywistości. A mój mąż to już w ogóle! Idziemy dalej.
– Pamela!!! Paaaa – meee – lciuuuuu!!!! Wracaj!
Ło Jezu, kto tak daje dziecku na imię? – myślę w popłochu i uciekam od wrzeszczącego ojca na kilometr. Jeszcze mijamy kilka rodzinnych kocyków i już mamy miejsce pod drzewem w cieniu. Rozglądam się wkoło i widzę, że nie jest dobrze. Woda zielona, zakwitła, zupa, kożuch. Piasek brudny, pełno papierków, puszek po piwie i petów. No, ale nic, trwam, nic nie mówię, w końcu mąż mnie zabrał na niedzielny plażing.

Po rozłożeniu gratów chłopaki poszli w stronę molo do wody (tam była mniej zielona), a ja zostałam z malutkiem. Rozejrzałam się na boki. Po lewej śpi jakiś osobnik, dupą się odwrócił do świata, ale przynajmniej nie przeszkadza. Przede mną na rozkładanym krzesełku siedzi pani, moczy nogi i czyta Vogue. Można powiedzieć, że powiało od wody wielkim światem. Nade mną dwóch beztroskich panów, wokoło nich pełno puszek po piwie i kartonów po sokach. Z komórki dolatuje do moich uszu “ymc, ymc, ymc”. Jeden z nich odpala fajkę i niewzruszony dmucha w moją stronę. Drugi idzie w górę za krzaki jeżyn – tam chyba jest wychodek, bo widzę wydeptaną ścieżkę. Mam rację! Z drugiej strony zmierza w tym samym kierunku laska, ale nie trudzi się zbytnio szukaniem miejsca na siku, po prostu kuca za pierwszym krzaczkiem i robi swoje, a ja widzę czubek jej głowy. Odwracam głowę zdegustowana i wzrok mój pada na panią, która urządziła sobie niezły wypas: leżaczek z podnóżkiem, wielka poducha, słomkowy kapelusik, poduszka wokół szyi i książka. Ale, ale! Wyciąga plastikowy pojemnik z pomidorami, obranego ogórka i wkraja go do sałatki, potem palcami wszystko miesza i… obiad gotowy! Mam nadzieję, że nie była wcześniej za jeżynami, bo tam na pewno kranu nie ma!

Kończę podglądać moich sąsiadów, bo mały zaczyna się nudzić. Biorę go za rączki i idziemy pomoczyć nóżki w tej zielonej wodzie. Mam nadzieję, że nie złapie jakiejś glonelli czy glonazji. Po chwili moczenia nóg dociera do mnie, że już koniec leżenia, bo mały nie będzie chciał wyjść z wody. Macham w rozpaczy na chłopaków, nie mogę się przecież ruszyć, zostawić rzeczy bez opieki i pójść z dzieckiem wzdłuż plaży. 

Wracają cali happy. Dzieci nad wodą to jednak mają raj, stwierdzam. Od razu ruszają z łopatami budować tamę. W zbudowanej tamie pływa wiaderko, a obok pet. Mały wkłada kamyki do buzi, ale przynajmniej nie płacze, stary je muffina z Lidla, a ja patrząc na moją nieogoloną i poobijaną nogę stwierdzam, że idealnie się wpasowujemy w otoczenie! Żaden tu Wersal, ale my też nie mości państwo. To, co ja tak narzekam?

Wracając wyrażam swoje wątpliwości. Okazuje się, że właściwie chyba się czepiam, bo nikt nic złego nie zauważył. No, mój mąż, dopiero jak mu palcem pokazałam. Stwierdziliśmy oboje, że ludzie nie potrafią uszanować miejsca, w którym odpoczywają. Poza tym ktoś się tym przybytkiem opiekuje, to wypadałoby śmieci posprzątać albo ustawić kosze przy plaży. No i to nagminne piwkowanie na kocyku. Od męża dowiedziałam się, że ci dwaj panowie, którzy leżeli koło nas, wypożyczyli sobie łódkę i popłynęli na wodę. Widziałam dziewczynę jednego z nich, która sprzątała po nich te piwa. Wyniosła dwie reklamówki puszek i butelek! No nie wiem, czy to jest takie normalne, polskie, czy ja jestem może trochę przewrażliwiona?