Moje (pobożne) życzenia na Dzień Matki

Moje (pobożne) życzenia na Dzień Matki

Już niedługo będą nam składać życzenia na Dzień Matki. Szczęścia, dużo radości, zdrowia… A czego tak naprawdę sobie życzymy? Czy aby nie flaszki wina i świętego spokoju? Nie, nie, tego głośno żadna z nas nie powie, szczególnie wtedy, kiedy otrzyma kolejną laurkę z napisem “Koham cie mamo!”

Muszę Wam powiedzieć, że już jest nieźle. Wyczołgałam się z pieluch, smoczków i butelek. Jest cudnie! Po raz pierwszy wybrałam się niedawno z torebką pełną niczego! Bez zapasowych pieluch, słoiczka z mlekiem modyfikowanym, bez zestawu do spania. Nawet mokrych chusteczek z rozpędu nie wzięłam. Boże, jak się lekko poczułam! I moja głowa nie musiała pamiętać o tylu rzeczach! 

Starsi chłopcy też już wkroczyli na wyższy poziom samodzielności – wracają sami do domu i czekają na mnie. Dla mnie to duże ułatwienie, bo nie pędzę na łeb na szyję do szkoły, żeby nie siedzieli zbyt długo w świetlicy. Mały na szczęście ma opiekę w przedszkolu do 18.00. Choć nigdy nie musiał tak długo siedzieć, to jednak daje mi jakąś możliwość manewru w razie czego.

Pozostaje jeszcze kilka szczegółów, które uważam za pobożne życzenia 🙂

 

Pobożne życzenie #1: Żebym mogła sobie trochę poleżeć


– Mamo! Pacc! – krzyczy Malutek wskazując palcem na wiszący z nosa gil. Patrzę.
– Ło matko, ależ ci z noska poleciało! – lamparcim krokiem przemierzam odległość do do toalety po mokre chusteczki. Muszę być szybka, bo zje/ wytrze w rękaw/ rozetrze po buzi. Wycieram nos, a potem buzię i łapki. Paczkę chusteczek zostawiam sobie pod ręką. Żeby już nie biegać.
Mały idzie do kuchni, znika za filarem, nie widzę go, ale słyszę:
– Mamo! – ja nic. – Mamoooo! – nic nie widzę, nic nie słyszę. – Mamooo! – tym razem Mały przybiega, zniecierpliwiony i miauczący, i ciągnie mnie za rękę. Wstaję, bo i cóż mam zrobić? Zarządzać z kanapy się nie da, a dziecku trzeba pomóc. Ledwo siadłam, a tu znowu na równe nogi.
– Co tam chcesz? Piciu?
– Tak!
Siadam. Za moment słyszę płacz.
– Co się stało?
– Paccc! – tym razem paluszek wskazuje mokrą koszulkę od rozlanej w trakcie picia wody. Nie da się przekonać dziecka, że to zaraz wyschnie. Nie. Musi być nowa koszulka. Wchodzę więc na piętro, chwytam jakąśtamkoszulkę i próbuję założyć mojemu synowi na grzbiet.
– Ta nie! – Kuźwa! Czemu nie? Bo co? Kolor nie ten, czy co? – pytam w myślach sama siebie, bo wiem, że nie da się wytłumaczyć dwulatkowi, że koszulka, jak koszulka, taka sama, jak każda inna. Znów więc wspinam się na górę i klnę, że taka durna jestem. Tym razem biorę od razu trzy koszulki. Do wyboru dla jaśniepana.
Po akcji z koszulką siadam.
– Mama! Kuty! – słyszę dosłownie za moment.
Wstaję, zakładam młodemu buty.
– Te nie! – Jezuuuuu!
– A jakie? – pytam głosem anioła. – Mogą być te?
– Tak! – młody słodko się uśmiecha i znika w piaskownicy.
Za 10 minut.
– Mamo! Siu!!! – wyskakuję jak petarda, bo siu to poważna sprawa. Jak nie zdążę, to będę musiała lecieć po nowe ciuchy. A skończy się pewnie jak historia z koszulką.

I tak to wygląda mniej więcej do pory kąpania. Wtedy oddycham z ulgą, bo wiem, że w końcu zalegnę na kanapie i nikt, i nic mnie nie ruszy.

 

Pobożne życzenie #2: Godzina ciszy każdego dnia (ale się zagalopowałam z tą godziną) 


– Mamo! A on powiedział do mnie debilu! – Na szczycie schodów stoi najstarszy syn. 
– To on zaczął! – Słyszę z głębi.
– Czemu tak do niego mówisz? Co to za słownictwo w ogóle jest? – Krzyczę w przestrzeń nad schodami. Wiem, że taką komunikacją popełniam ze sto błędów wychowawczych, ale chcę szybko rozwiązać problem. Zamiast tego mam kołowrót w głowie.
– Ale on wchodzi do mojego pokoju i nie chce wyjść! – Odkrzykuje średni.
– No i musisz do niego zwracać się w taki sposób?
– Bo on powiedział do mnie cwelu!
AAAAAAAA!!! 
– Powiedziałeś tak? – Pytam drugiego ancymona.
– Nie!
– Tak! – słyszę z głębi.
– Nie!
– Taaaak!!!!! – Płacz.
– Obaj do pokojów i cisza ma być! – Chcę już zakończyć tą bezsensowną rozmowę, z której nie widzę wyjścia.
– Ale to jest nie fair!!!!
Za chwilę słyszę trzaskanie drzwiami i płaczą obaj. Na to wchodzi Mały i akurat, teraz, w tym momencie zahacza nogą o krzesło i leży jak długi. 
Chcę sobie palnąć w łeb.

 

Pobożne życzenie #3: Żeby moje dzieci ochoczo same się uczyły


Krzątam się w salonie. Trzeba sprzątnąć te pobojowisko. Malutek grzecznie bawi się klockami. Starszych wygoniłam do góry, żeby w spokoju odrobili lekcje. Po chwili jednak dociera do mnie, że cisza, która rozlewa się wokół niczym balsam, zbyt koi moje zmysły. Cisza? W moim domu? To niemożliwe! Odpalam wrotki i wbiegam na górę jak szpieg szoguna. Po drodze słyszę nerwowe trzaśnięcie klapą od laptopa, szuranie papierem i stuknięcie komórki o podłogę. Aha! Wszystko jasne.

Starszy z książką, pośpiesznie otwartą dwa rozdziały wstecz, udaje, że uczy się ostatniej lekcji, co jest moim niedoścignionym marzeniem, a młodszy leży na kanapie i patrzy w sufit. Obok, jakby nigdy nic, leży rzucona w panice komórka. Ładuje się, odpoczywa, a najważniejsze – nie jest w ręku mojego syna, znaczy, że nie używa jej. A mój syn, dzielny chłopak, opiera się pokusie pogrania w Angry Birds.
– Co wy myślicie, że ja nie wiem, co tu się dzieje? – pytam z satysfakcją w głosie. Ale widzę uśmieszki, więc myślą, że sobie jaja robię. – Daj komputer, a ty telefon, zwrócę wam jak odrobicie lekcje!
Za pół godziny wchodzę zobaczyć jak im idzie. Zastaję najstarszego, który patrzy się w okno i młodszego, który dalej leży na kanapie. Lekcje nieodrobione, a już mamy wieczór.
– Nie mogę się skupić – słowo – wytrych, ale trochę to na mnie działa, bo wiem, że ma problem z koncentracją. On też wie.
– Nie mam nic zadane – średni jak zwykle wciska mi ciemnoty.
Na następny dzień dostaję wiadomość z dziennika elektronicznego, że najstarszy dostał pałę za brak zadania domowego. Cholera!!! 
– No i za tą pałę dostałeś? – zapominam, że powinnam najpierw nazwać jego uczucia. – Nie mogłeś tego zadania wczoraj zrobić?
– Jaką pałę? – wyraz twarzy mojego syna odzwierciedla tak ogromne zdziwienie, że prawie jestem skłonna mu uwierzyć. Ale. Znam go nie od dziś, a takie miny to on stroi za każdym razem, kiedy pytam o stopnie. Te złe stopnie. Ef kors.
– Było napisane, że za zadanie domowe – drążę temat.
– Jakie zadanie domowe???? Nie było żadnego zadania! – Jezuuuu, zaraz się pochlastam!
Otwieram książkę i jak byk stoi zadanie, zakreślone i nie zrobione. 

Potem przeglądam maile od pani wychowawczyni średniego  i okazuje się, że jest do uzupełnienia cała książka zadań z matematyki.

Nie można odpuścić ani na chwilę! A człowiek tak by chciał choć na chwilę się wyluzować.

 

Pobożne życzenie #4: Żeby moje dzieci były zdrowe. Szczególnie jak muszę być w pracy


Pierwszy dzień w nowej pracy. Śpię nerwowo, bo mam do zaprezentowania projekt i, wiadomo, mam stres. W końcu udaje mi się zasnąć.

6.18 – płacze Mały. Jakiś dziwny ten płacz, więc wyskakuję z łóżka jak poparzona. W połowie drogi orientuję się, że będzie wymiotował, więc łapię go w locie i w ostatnim momencie wpadamy do łazienki. Płacz, zmiana pościeli, bo jednak coś wcześniej poleciało. Pobudka na całego. O 12.00 mam spotkanie. Co tu robić? Lekarz? Dziadek? Przełożenie terminu? Nie, to nie wchodzi w grę – już raz zmienialiśmy termin. 

Malutek zasypia jeszcze na pół godziny, a ja zastanawiam się, co tu począć? Akurat teraz, w ten dzień!

O 7.15 moje dziecko jest jednak rześkie i pełne humoru. Chyba mu się polepszyło. To trzecie dziecko. Idzie do przedszkola, trudno, jakoś przeżyje.

 

Pobożne życzenie #5: Żeby moje dzieci były zawsze na tak, a zwłaszcza rano


– Wstawaj! Już 7.00! – krzyczę w stronę piętrowego łóżka, na którym śpi mój najstarszy syn. Za 15 minut nie widać reakcji.
– Hej! Nie wstajesz? – dopytuję.
– Nie. 
– Jak to nie? 
– Nie idę dzisiaj do szkoły!
– Dlaczego nie idziesz? Co się stało?
– Nie idę!
– Wstawaj, nie ma czasu! Nie możesz nie iść do szkoły. – Już jak wypowiadam te moje oczywiste oczywistości wiem, że nic z tego nie będzie. Nie mam czasu na te psychologiczne gierki, nazywanie uczuć i opisywanie problemu, wiem też, że “dlaczego” to chyba najgorsze pytanie z możliwych w tej sytuacji. Ale już powiedziałam i już przegrałam. Będzie albo awantura, albo szantaż, albo krzyk, albo się spóźnimy. Albo wszystko razem. 
Kiedy Malutek i średni jedzą śniadanie, idę na górę porozmawiać z moim pierworodnym synem, któremu najwyraźniej coś złego się w szkole przydarzyło. Mam na to może 15 minut. 
Dalszy ciąg to moje próby przekonania go, że musi stawić czoła swoim problemom, że od nich nie ucieknie, że może na mnie liczyć, że jakby co, to niech dzwoni. W końcu się udaje, jedziemy do szkoły.

Nie zadzwonił. Niepotrzebnie się przejmował.

Innego dnia płacze średni. Jest 7.10, a on nie zlazł z łóżka.
– Co się dzieje, kolego? – zagaduję.
– ………….
– Coś ci się śniło? Widzę, że ci przykro…
– ………….
– Jeśli mi nie powiesz, o co chodzi, nie będę mogła ci pomóc.
– …………. tata……… – słyszę pomiędzy szlochami.
– Tata cię nie obudził jak wyjeżdżał? – zgaduje, bo znam ich rytuał.
– Taaaaak………… – płacz.
No i w tym momencie ręce mi opadają. Mąż już dawno w drodze pracy, pewnie jakieś 250 km od nas, a ja mam płaczące dziecko, które nie chce wstać do szkoły. I nie wiem, co zaradzić. W końcu jakoś udaje mi się go przekonać, przypomnieć, że może zadzwonić, porozmawiać online… Do szkoły podjeżdżamy równo z dzwonkiem.

 

A w ogóle to zdrowia, szczęścia, pomyślności…


Nie, nie jest tak źle, jak to wygląda z mojego opisu. Tak naprawdę moje dzieci są, tak jak tysiące innych dzieci, trochę roztargnione, zazdrosne o siebie, zniechęcone do szkoły (pewnie moja to też zasługa) i najlepiej nie odrywałyby się od gier komputerowych. Ale pośród tych “zalet”, mają wiele umiejętności i są już naprawdę samodzielne. Mały to już nie niemowlak, a fajny i rezolutny przedszkolak.

Jedno, co mogłabym sobie życzyć, to więcej czasu dla siebie. Czasu, który mogłabym spędzić na kawce z przyjaciółką, w kinie, na jakimś kursie lub interesującym wykładzie (pisałam o tym w poście “Dzieci rosną, mężowie starzeją, tylko my wiecznie młode”). Czasu na samorealizację. No i zdrowia, szczęścia i pomyślności!

A Wy, kochane Mamy, czego sobie życzycie w tym dniu? 

 

 

  • Katarzyna Chudowolska

    No więc spełnienia tych życzeń życzę 🙂
    Ja mam mniej więcej podobne życzenia, więc się podpiszę. No może jeszcze coby się banda nie kłóciła o wszystko. A tak po za tym sielanka 🙂 😉 🙂

    • Te kłótnie są najgorsze. Czasem łeb mi od tego odpada. I nigdy nie wiem jak rozstrzygnąć spór. Ale jakoś dajemy rade. Oby do przodu! Wszystkiego najlepszego!

  • Piękne marzenia, oby się spełniły! 🙂 Do jednego się odniosę – skądś to nam, że gdy naprawdę mocno mi zależy na czymś…to dziecię jedno lub drugie choruje. Standard, tak, jak to, że psuje się coś w domu lub nawala samochód, gdy Mąż wyjeżdża 😀 tak, żebym miała wesoło i czuła się zmobilizowana, by poradzić sobie z zadaniami, których zazwyczaj nie ruszam 😉