Poranna drzemka

Poranna drzemka

Dziś rano wybudził mnie ze snu mój mąż, który rano się zbierał do pracy, więc po śniadaniu pierwsze na co mnie naszła ochota to poranna drzemka. Ale jak tu zamknąć oko choć na chwilę, jak tu trójka dzieci na podorędziu? No nie da rady!

Mój mąż wcześnie rano wyjeżdża do pracy, więc wstaje bladym świtem o 5.00 czy 6.00. Dla mnie ta godzina to środek nocy. Jak dobra żona powinnam wstać i zrobić mężowi kanapeczki do pracy albo koszulę wyprasować, ale nic nie jest w stanie ściągnąć mnie z łóżka o tej porze. Bo ja, jak przysłowiowa sowa, chodzę spać o 1.00 w nocy.

Zwykle poranna toaleta męża mi nie przeszkadza i śpię niewzruszona lub się przebudzam i zaraz zasypiam. Dziś kręciłam się i wszystko mi przeszkadzało: otwarte drzwi od łazienki, podniesiona żaluzja, duchota. Co chwila wstawałam, żeby coś poprawić. Na szczęście Mały spał, więc w końcu zasnęłam.  

Jednak zaraz musiałam wstać, bo umówiłam się z koleżanką, która u mnie akurat mieszka przez tydzień, że pojedziemy coś załatwić. Pościągałam dzieci z łóżek, sama się wykąpałam, pojechałyśmy, załatwiłyśmy, a mi oczy dalej się zamykały.

Po śniadaniu myślałam, że zejdę, tak mnie zmogło. Jak nigdy. Zwykle jak już gdzieś muszę rano jechać to się wybudzam i do wieczora jestem rześka. Dziś nie. Już była 11.00, więc za godzinkę Malutek miał iść spać, a ja nie byłam w stanie poczekać na niego i dopiero wtedy odpocząć. Musiałam tu i teraz zamknąć oczy, bo kompletnie mnie ścięło.

Starsi chłopcy byli na górze. Średni syn akurat dostał paczkę z nowym zestawem lego i zamknął się w pokoju z bratem. W tym czasie my zjadłyśmy śniadanie, Malutek coś tam też przekąsił i siadłyśmy obejrzeć wiadomości. 

Po chwili jak nieżywa opadłam na poduszki. “Chociaż na chwilę zamknąć oczy” – pomyślałam, bo akurat Mały pomaszerował do chłopaków na górę. Odsapnęłam i rozluźniłam mięśnie…

Ciszę przerwał płacz Małego. Siedział na szczycie schodów i popłakiwał. W końcu zszedł i swoim zwyczajem złapał mnie za rękę. Wstałam niechętnie i poczłapałam za nim na piętro wprost pod drzwi średniego syna. Drzwi były zamknięte na klucz, stąd ten płacz najmłodszego.

– Otwórz! – zaczęłam się dobijać. – Wpuście Małego!
– Ale mamo!!!! On mi wszystko porozwala!
– To daj mu inne klocki, niech się z wami pobawi. 

Zostawiłam maluszka w towarzystwie najstarszego brata i z ulgą zeszłam na dół. Od razu padłam na narożnik i zamknęłam oczy. 

– Mamo!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Zabierz Małego!!!!!!!!

Jezusie! Nie mam siły tam iść, śpię, nie odzywam się, nie wstaję.

Za moment góry z hukiem zbiega średni syn.

– On mi wszystko rozwala!!! Gubi mi klocki, a one są mi potrzebne!!! – płacz.

Zakrywam głowę poduszką. Czemu nie mogę zniknąć w jakimś niebycie?

Płacz.

Większy płacz.

– Dobra! Wezmę go! Tylko z kolei on mi się teraz rozpłacze.

Wchodzę na górę, ale najstarszy syn, widząc sytuację kryzysową, zabrał Maluszka do swojego pokoju i otworzył mu swoją wielką skrzynię z lego. Średni trzasnął drzwiami i zamknął na klucz. Zeszłam do salonu.

– Współczuję ci – z pełną empatią odezwała się moja koleżanka nie odrywając wzroku od tabletu. 
– Ty się lepiej zastanów na tymi dziećmi – mówię, ale już za późno, bo ta w ciąży.

Jeszcze otwieram najstarszemu synowi słoik z dżemem i padam. Uch… wzdycham i wyciągam nogi. Jakoś mi tak słabo, ciśnienie niskie czy co? Szybko odlatuję. 

– AAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!!

To Mały znów stoi pod drzwiami starszego brata. Ten najstarszy zszedł na dół zjeść śniadanie, więc nie było się z kim bawić.

– Ja pierdolę – klnę pod nosem i zakrywam głowę poduszką.
– Poczekaj, pójdę do niego – oferuje się najstarszy syn.

Po chwili słyszę jak schodzą na dół. Za jakieś 5 minut Mały znów ciągnie mnie za rękę.

– Nie!!!! Ja nigdzie nie idę! – oznajmiam i nie ruszam się z łóżka. 

Pisk.

– To chodź ze mną – poświęcił się mój gość. O Boże, dzięki!

Okazało się, że chciał tylko pić. To mnie jednak otrzeźwia z porannego otępienia. Siku! Wstaję jak poparzona, bo przecież muszę go wysadzić na nocnik – uczymy się korzystania z toalety, o czym pisałam tu.

Patrzę na zegarek. Dochodzi 12.00. Z ulgą udręczonej matki stwierdzam, że to chyba już pora na drzemkę mojego najmłodszego dziecka. 

Kładę go spać, zamykam żaluzję i schodzę do kuchni. Właściwie teraz mogłabym zalegnąć na chwilę w łóżku. Ale nie ma jak! Trzeba przecież obiad ugotować. Myślę, jak tu się wywinąć z tego. Wspólnie z koleżanką uzgadniamy proste menu, w skład którego wchodzi smażona kaszanka, którą mój mąż kupił na grilla. Zrobi się w 10 minut.

– I co do tego? – pytam. – Ziemniaki?
– Oszalałaś? – moja psiapsiółka patrzy na mnie zza okularów wielkimi oczami. – Z chlebem! A teraz idziemy spać!

 

  • Tak bardzo wiem o czym “do mnie” mówisz 🙂 Tylko moi kaszanki nie lubią 😉

  • Ludzie! Drzemka:D
    To coś, czego potrzebuję codziennie, a na co czasu nie mam:D Choć mam 2 małych dzieci, jak na złość śpią na zmianę. A gdy jedno śpi, drugie wykazuje wzmożoną aktywność, nad którą czuwać należy pilnie:D

    • Takie spanie na zmiany, to fatalna sprawa dla Ciebie! Cały czas jesteś urobiona po pachy. Trochę szkoda, bo nie masz czasu dla siebie. No ale taki urok bycia matką 🙂 To i tak lepiej niż dwoje miałoby w ogóle nie spać! Pozdrawiam i trzymaj się!