Powrót do pracy po rocznym urlopie macierzyńskim

Powrót do pracy po rocznym urlopie macierzyńskim

No, to mam już za sobą powrót do pracy po rocznym urlopie macierzyńskim. To mój trzeci taki urlop, ale pierwszy aż tak długi. Łącznie ze zwolnieniem lekarskim i urlopem wypoczynkowym nie było mnie półtora roku. Wsiąkłam w inny świat. Co innego się działo. Głowę miałam zapełnioną zupełnie innymi tematami. Dlatego przeglądając nowo zakupione marynarki i koszule zastanawiałam się jak daleko jestem od tej mojej zawodowej rzeczywistości…

Tak naprawdę ta sytuacja z trzecim, nieplanowanym dzieckiem trochę była mi na rękę. Bezkarnie mogłam zregenerować siły, oderwać się od rutyny, zmienić klimat i otoczenie. Jednak tuż przed powrotem do pracy już mi się chciało założyć te eleganckie ciuchy, zrobić makijaż, założyć szpilki, spotkać z ludźmi, pozałatwiać różne ważne sprawy. No, bo jednak siedząc w domu człowiek staje się prawdziwym kuromysłem. 

Tak… najpierw chyba przestałam chodzić w szpilkach. Adidasy i balerinki to były moje buty na co dzień. Kapcie typu scholl, te czarne z pomponikiem odłożyłam na specjalne okazje. Potem odechciało mi się malować brwi – tyle było przy tym roboty, zresztą z czasem przyzwyczaiłam się do mojej nowej twarzy bez oczu. Eleganckie ciuchy? Założyłam dwa razy. Na chrzciny i na komunię. Do lamusa odeszły kolczyki, bransoletki, zegarki, korale i … perfumy. Nie, z perfum używałam antyperspirant w kulce. Na koniec przestałam używać fluidu i suszarki do włosów. Na szczęście depilowałam łydki oraz obcinałam paznokcie u nóg. Te paznokcie to chyba tylko dlatego, żeby nie stukać w podłogę jak ratlerek. Lakier do paznokci to też był towar zbędny. Po co, jak na budowie wyhodowałam ogryzki, nawet nie było czym zdzierać resztek farby, a co dopiero malować! Ojojoj, masakra! Idąc dalej, a właściwie brnąc, z ciuchów to kupowałam sobie tylko dresiki i T-shirty i to w lumpeksie, a u fryzjera byłam trzy razy i siedziałam jak na bombie zegarowej, bo kapiący cycek, z którym miałam konflikt priorytetów, chciał wybuchnąć z nadmiaru mleka (o kapiącym cycku piszę tu).

Ale w końcu przyszła chwila opamiętania i spodziewany powrót do pracy. W tym samym czasie mój mąż wyjechał do pracy do miasta oddalonego od naszego domu o 250 km. Co dziecko to on dalej pracuje. Przy piątym zwieje do Australii, a ja jak zwykle zostanę z całym domem na głowie. Dlatego nie planuję dalszego rozrodu. Troje dzieci wystarczy, do tego niania, ja, dom i praca na zmiany. Wszystko teraz zależy od dobrej organizacji, posiadania telefonu komórkowego przez wszystkich członków rodziny oraz nianię i braku JAKICHKOLWIEK nieprzewidywalnych sytuacji: chorób, wypadków losowych i dziwnych zbiegów okoliczności (o nieprzewidzianych wypadkach piszę tu).

Pierwszy dzień szkoły minął w miarę spokojnie, bo małżon był w domu i przejął inicjatywę, choć zelektryzował mnie w pewnym momencie pewnym niezrozumieniem tematu:

– Słuchaj, kościół jest na 9.00, potem rozpoczęcie w szkole, pierwsze klasy mają spotkanie organizacyjne o 10.00, a czwarte o 10.30 – tłumaczę skrupulatnie.
– No tak, to ja cały dzień spędzę w szkole, nic dzisiaj nie załatwię!

To co on myślał, że wejdzie i wyjdzie, i będzie po sprawie? Cała zesztywniałam, ja idę do pracy, a co z dziećmi? Nie było wyjścia, musiał pozałatwiać wszystkie sprawy szkolne. Na drugi dzień wyjechał. Ja o 7.00 na nogach, najpierw młodszego do szkoły, starszy zostaje ze śpiącym malutkiem. Potem śniadanie, makijaż, przychodzi niania, zabieram starszego do szkoły, a potem jadę do pracy na 9.00. Wracam na sygnale, żeby zdążyć na 17.30, omijam korki bocznymi uliczkami, klnę na wolno jadących Heńkach w kapelutkach, by z piskiem opon podjechać pod dom. Potem chwila z dziećmi i hurtem kąpanie wszystkich trzech sztuk. Po obejrzeniu 2 seriali, nie zostaje mi już niestety czasu na zbyt wiele. No bo następnego dnia od rana znowu to samo. Następny tydzień i sobota zmiany wieczorne na 16.00 i 18.00, więc odbieram dzieci, robię z nimi lekcje, sprzątam i na koniec dnia lecę do pracy. Rano będzie czas na zakupy, lekarzy, fryzjera czy odbiór poczty.

Nie wiem jak to będzie. Jakoś zwykle dawałam radę pracując w różnych godzinach i mając dyspozycyjną nianię. Tym razem plan jest napięty i mam wrażenie, że wystarczy niewielki trzepot skrzydeł motyla, żeby wywołać efekt chaosu. Ale o tym w następnych wpisach 🙂