Przyznać się do winy

Przyznać się do winy

Każdemu z nas ciężko przyznać się do winy. Boimy się reakcji osób, których mogło dotknąć nasze zachowanie i często brakuje nam odwagi, żeby stanąć z nimi oko w oko i powiedzieć jak było. Przecież może być bardzo nieprzyjemnie i czasem wygodniej jest iść w zaparte i nie powiedzieć prawdy. W przypadku dzieci chcemy być idealni i nieomylni. A tymczasem umiejętność przepraszania i przyznania się do błędu wzmacnia nasz autorytet w oczach dziecka. Mi się jednak przydarzyła odwrotna sytuacja.

Pamiętam, że kiedy miałam może z siedem lat wzięliśmy z kuzynem noże i poucinaliśmy naszym sąsiadom linki z namiotu. Wszak były one przywiązane do naszego płotu, a cała nasza rodzina ich nie lubiła (delikatnie mówiąc) – jak to na wsi (tu przeczytacie o moim dzieciństwie na wsi). Wydawało nam się, że robimy dobrze, ciągle przecież słyszeliśmy od naszej babci, że oni są tacy i owacy. Tymczasem w wyniku poucinania linek namiot pękł, a sąsiadka przyniosła go z wielkimi pretensjami mojej mamie. Ciotka się wykpiła z kłopotu, a moja mama zła na mnie jak osa musiała naprawić szkodę kosztem jakiejś bluzki w tym samym kolorze. Kiedy tak siedziała za maszyną, ja cała w strachu przed ojcem nie mogłam znaleźć sobie miejsca. Jeszcze go nie było, a wiedziałam, że kiedy przyjdzie, to nie będzie miłej rozmowy. Wtedy mama powiedziała mi, żebym przyznała się tacie do winy. Kosztowało mnie to strasznie dużo, żeby się przełamać i odważyć, ale coś tam w końcu tacie wybąkałam. Tato docenił ten fakt i upiekło mi się. Po latach wiem, że nie była to moja wina, tylko dorosłych, którzy hejtowali się nawzajem, a ja wpadłam w ich tryby i zrobiłam coś złego nie spodziewając się konsekwencji, a nawet oczekując pochwały.

We wczesnej młodości i później jednak trudno było mi przyznać się do winy. Zawsze górę brał strach, a konfrontacja z osobą poszkodowaną wydawała się nie do przejścia. Dopiero jak pojawiły się dzieci i zdarzało mi się przesadzić z reakcją albo wpaść w niepotrzebne nerwy, nauczyłam się przepraszać je i mówić, że popełniłam błąd zachowując się tak czy inaczej. Nie uważałam, że mi to w jakiś sposób uwłacza czy że tracę w ich oczach autorytet. Po prostu, czasem tak wypadało zrobić, żeby zachować twarz.

Jednak nie przypuszczałam, że na wysokości zadania stanie mój syn, i to nie najstarszy, tylko średni, który pokazał klasę mając odwagę przyznać się do winy i przeprosić. A zaczęło się od tortu…

W miniony weekend mój najstarszy syn obchodził urodziny. W związku z tym miałam na głowie pełno spraw organizacyjnych i dużo przygotowań. W sobotę miała odbyć się impreza dla kolegów, a w niedzielę zaprosiliśmy dziadków i moją siostrę. Do obu imprez podeszłam ambitnie, stwierdziłam, że tort przygotuję sama. Najlepiej jeszcze w piątek, żeby mieć to z głowy. Niestety, moje plany pokrzyżował mały złodziejaszek – mój średni syn.

Tego piątkowego popołudnia nic mi nie szło. Nie mogłam się zabrać do pracy, ani nie miałam weny twórczej. Dzieci biegały wkoło i tylko jeszcze bardziej odwracały moją uwagę. Ale w końcu stanęłam przed blatem, wyciągnęłam mikser i zaczęłam kręcić biszkopt. 

Pierwszy mi nie wyszedł, więc upiekłam jeszcze jednego i ten akurat pięknie wyrósł, w sam raz na tort. 

W międzyczasie Malutek poszedł spać, a starsi chłopcy wykąpani bawili się w swoich pokojach. 

Z tym większą werwą wzięłam się za przygotowanie ciasta – lubię pracować w kuchni, kiedy mam spokój. Nikt mi nie wisi na nodze, nikt nie zagląda przez ramię i nie odganiam brudnych paluchów znad miski. 

Skupiona i pochłonięta własnymi myślami zaczęłam ubijać śmietankę. Rozpuściłam żelatynę i odstawiłam na bok, żeby się schłodziła. W tym czasie miałam wrzucić do ubitej śmietany pokruszoną chałwę. Stosowne zakupy zrobiłam kilka dni wcześniej i nic nie mówiąc chłopakom położyłam w szafce, gdzie zwykle kładę różne słodycze i przekąski. 

Jakież było moje zdziwienie, kiedy odkryłam, że po chałwie nie ma śladu! A były dwie sztuki! To samo z czekoladą na polewę.

Przewróciłam do góry nogami jeszcze raz wszystkie koszyki, torebki i ogólnie całą szufladę. Nic! Nie ma! Przepadło!

A ja tu stoję z ubitą śmietaną, żelatyną, która zaraz mi się zetnie i z perspektywą nie przygotowanego tortu na jutrzejszą imprezę. Ręce mi opadły. Stanęłam bezradna i niemile zaskoczona zaistniałą sytuacją. Kto śmiał mi wyjeść wszystkie produkty do masy? Przecież nic nie mówiłam, że są jakieś słodycze, nigdy chałwy nie kupuję, to pewnie ktoś by się zapytał czy może wziąć…

Chyba jednak nie.

Cała czerwona ze złości ruszyłam do góry, żeby znaleźć winowajcę. Obaj starsi synowie patrząc mi w oczy wyparli się, że cokolwiek brali z rzeczonej szuflady. Od razu przerzucili winę na Małego, który Bogu ducha winny, spał sobie smacznie w pokoju obok.

Zapytałam jeszcze raz i znowu żaden się nie przyznał. Szybki wgląd w kosz na śmieci od razu wskazał winnego. Jak byk, leżały tam opakowania po czekoladzie. A więc średni syn. Mały słodyczowy złodziejaszek.

Oczywiście zrobiłam awanturę. Nie o chałwę, bo nie o to tu chodzi. Gdyby nie ciasto, to przecież nic by się nie stało. A tu od rana będę musiała szykować to, co już miało być gotowe i stać przez noc w lodówce. Gdyby się zapytał albo coś powiedział. Gdyby zjadł te słodycze z umiarem, to byłoby pół biedy, dałabym radę. A tak obie chałwy i dwie czekolady na dwa torty wyjedzone!

Przypomniało mi się, że widziałam nawet mojego synka, który tuż obok mnie, szybko coś wyjął z szuflady i uciekł. Ale do głowy mi nie przyszło, że akurat to, co potrzebuję!

Koniec z końców usłyszał tyradę na temat tego, jak mi były potrzebne te składniki i że od rana będę miała kłopot z tortem (oby się związał i nie rozpłynął na imprezie). Kilka słów padło również o dzieleniu się z braćmi, o umiarze w jedzeniu słodyczy oraz braniu ich bez pytania. A także o kłamaniu w żywe oczy.

Po tej niemiłej pogadance, poszłam do kuchni i zwinęłam rozpoczęty tort, spakowałam mikser i wyrzuciłam żelatynę, która już zdążyła się związać.

Niby nic takiego się nie stało. Mąż rano pojedzie po brakujące składniki, a ja w trybie przyspieszonym przygotuję tort. No i wstanę bladym świtem, żeby przygotować ciasto na 12.00. Cóż, jakoś to zrobię, ale… zdenerwowało mnie to. Zła byłam też na siebie, że nie schowałam słodyczy w inne miejsce albo że nie powiedziałam chłopcom, żeby tego nie brali. Jednak skąd mogłam przypuszczać, że się zachowają w ten sposób?

Z drugiej strony, kiedy trochę ochłonęłam, zaczęłam się zastanawiać, czy dobrze zrobiłam, że zrobiłam synowi takie kazanie z powodu głupiej chałwy. 

Miałam jednak nadzieję, że ta samowolka ze słodyczami się skończy i że następnym razem przyjdzie im do głowy, że może coś, co nie jest w naszym domu na co dzień, jest po prostu do czegoś potrzebne.

Jednak to nie był koniec historii. Wieczorem idąc spać, natknęłam się na liścik na mojej szafce nocnej. Zaintrygowana otworzyłam i dech mi zaparło z wrażenia:

Mamo, nie mogłem się powstrzymać, przepraszam. Oddaję (podpis)

Spojrzałam na szafkę, na której leżało otwarte opakowanie nagryzionej chałwy.

Ten list i ta nadgryziona chałwa zrobiły na mnie kolosalne wrażenie. Sam fakt, że syn się przyznał i oddał dowód zbrodni był dla mnie wyrazem dużej odwagi. Poza tym ten list – był taki dojrzały. 

Serce matki pękło na czworo, łzy poleciały jak grochy, pojawiły się wyrzuty sumienia i żal za niepotrzebną złość. 

Syn już dawno spał, więc rozmowę przełożyłam na rano. Spokojnie wyjaśniłam, dlaczego byłam taka zdenerwowana i że nie dobrze jest przesadzać z jedzeniem słodyczy. Przeprosiłam go, że się uniosłam. Powiedziałam też, że podziwiam go, że miał odwagę przyznać się do winy. I to w taki sposób!

Wszyscy jesteśmy ludźmi i popełniamy błędy. Jednak wybrnąć z tego, to już jest lekcja pokory i wewnętrznej siły. Im wcześniej więc nauczymy dzieci przyznawać się do błędu, tym więcej korzyści przyniesie im to w dorosłym życiu. Przepraszanie za wyrządzone komuś krzywdy będzie naturalne, a przyjęcie konstruktywnej krytyki mniej bolesne.

Ale aby to uczynić, musimy dać im również dobry przykład.

My już mamy pierwszy krok za sobą. 

Czy zdarza Wam się przeprosić swoje dzieci za wybuchy nerwów, krzywdzącą je pomyłkę albo inne błędy? Jak się zachowują Wasze dzieci, kiedy zdarzy się im coś przeskrobać?

  • marzena

    Piekna historia. Jestem pelna podziwu dla syna.
    Smutne jest to, ze gonitwa zycia codziennego powoduje, ze male wybryki naszych dzieci doprowadzaja nas do wybuchu. Sama nie raz wpadam w furie kiegy klatwa godziny 7.30 wybija (czas kiedy juz naprawde, ostatecznie musimy wyjsc z domu, zeby zdazyc), a moja corka za cholere nie chce zalozyc kurtki i butow. Ba, czasami nawet biega jeszcze w pizamie.
    I dziwic sie, ze potem traci glos od darcia sie wnieboglosy, gdy ubieram ja na sile. Raz na jakis czas pizama w przedszkolu przejdzie, no ale przeciez nie codziennie.
    Oj, gdyby tylko mozna bylo zazyczyc sobie szczypte cierpliwosci jako prezent na swieta…

    • Tak, znam to, musimy wyjść, a Mały nie ma zamiaru się ubrać. Nerwy i gonitwa… A cierpliwości jak na lekarstwo. Powiem Ci, że to byłby fajny prezent dla niejednego rodzica 🙂