Sam na sam z moim mężem

Sam na sam z moim mężem

Sam na sam z moim mężem pod namiotem w Norwegii zbliża się wielkimi krokami. Spędzimy tydzień  po raz pierwszy od 10 lat bez towarzystwa dzieci. Cieszę się bardzo na ten wyjazd, bo myślę, że znowu poczuję się tak beztrosko jak wtedy, kiedy po prostu odpalaliśmy samochód i wyjeżdżaliśmy na górskie wędrówki czy zwiedzanie. Ale mój mąż chyba ma wątpliwości…

Tak naprawdę żałuję, że na pomysł takiego samotnego wyjazdu nie wpadliśmy już rok temu. Byliśmy wtedy przez tydzień w północnych Włoszech. Urlop był krótki, bo akurat mąż był bez pracy i szkoda nam było pieniędzy na dłuższy wypoczynek. Akurat wtedy wypadała nasza 10 rocznica ślubu (przeczytajcie jak wyszła tu), a my z trójką marudzących dzieci próbowaliśmy znaleźć jakąś fajną knajpkę. Starsi chłopcy jęczeli, Mały był już śpiący i w rezultacie nic nie wyszło z uroczystej kolacji. Wtedy pomyślałam: czemu nie pojechaliśmy sami? W końcu oboje przez rok byliśmy w domu z dziećmi, więc nie odczuliby naszego deficytu, a na hasło “babcia” usłyszałam większy entuzjazm niż na propozycję zwiedzania. Poza tym przez tydzień mogliby spokojnie bez rodziców wytrzymać.

Kiedy w tym roku mąż zakomunikował, że wziął krótki urlop na początku lipca, od razu zaproponowałam wyjazd tylko we dwoje. Miałam wielką ochotę spędzić wakacje z głową wolną od wszystkich spraw związanych z dziećmi. Niestety mój szanowny małżonek nie podzielał mojego entuzjazmu. Przez następnych kilka dni słyszałam od niego teksty typu: “Jesteś pewna, że jedziemy bez dzieci?”, “A może jednak weźmiemy dzieci?”, “Jakoś tak głupio, że jedziemy bez dzieci”. Aż w końcu wypalił:

– A co byś powiedziała… skoro jedziemy sami i mamy wolne miejsca… co byś powiedziała… jakbyśmy zabrali z nami naszych… tatów!

AAAAAAAAAAAAAAAAA!!!!! O ja cież pierdzielę, tego to się nie spodziewałam!

Nic nie mam przeciwko towarzystwu naszych tatów, byłoby fajnie, jakby się z nami kiedyś gdzieś wybrali. Ale wtedy, kiedy będą też dzieci! Zresztą proponowaliśmy im kiedyś taki wypad, ale dziadkom nie pasowały terminy. Teraz, kiedy chciałam pobyć z mężem tylko we dwoje, kiedy nie byłoby rozpraszaczy w postaci trzech krzyczących buź, on wpada na taki pomysł!

Ale zaraz zapaliła mi się czerwona lampka. A może mój mąż, jak typowy wystraszony facet, po prostu szuka koła ratunkowego, bo się boi zostać ze mną sam na sam? O Jezusie! Może jest w tym trochę racji! Może nie będziemy mieli o czym rozmawiać? Może będzie nudno i nie będzie wiadomo jak się zachować? Bo to prawie tak, jakbyśmy się poznawali na nowo.

Do tej pory jakoś się tego nie bałam. W końcu mamy wspólne tematy, zainteresowania, lubimy zwiedzać, snuć plany, o czymś zawsze będzie można pogadać! Poza tym fajnie byłoby się poczuć tak, jak na początku naszej znajomości. Często weekendy spędzaliśmy wtedy na różnych wycieczkach. A to jechaliśmy w pobliskie góry, a to zwiedzać jakieś miasta. A to obiadek w Karpaczu, a to narty w Szklarskiej Porębie. Nic nas nie trzymało, po prostu wsiadaliśmy i jechaliśmy. Wszystko się zmieniło, kiedy pojawiły się dzieci. One wypełniły nam wolny czas, wszystkie długie weekendy, wakacje, sylwestry i zimowe wypady w góry. I pewnie jeszcze długo tak będzie.

Jednak jest w tym coś zastanawiającego. Podobno, gdy dzieci wychodzą z domu, a rodzice zostają sami, nie potrafią poradzić sobie z wszechogarniającą pustką. I jeśli dodatkowo wraz z dziećmi utracili więź i nić porozumienia, to klapa, życie się rozsypuje, bo to co ich łączy, to tylko wspólne mieszkanie. Rozmawiałam o tym ostatnio z przyjaciółką i ta powiedziała, że każde małżeństwo powinno raz w roku wyjechać sobie na takie wakacje jak my i pobyć sam na sam! Po obejrzeniu filmu “Dwoje do poprawki” zaczynam mieć podobne zdanie.

Zatem zamiast chodzić na terapie za 15 lat, spróbuję ratować nasze małżeństwo już teraz! Jeśli raz w roku zrobimy sobie taki terapeutyczny wyjazd, może na starość nie będzie tak źle? Oby tylko było o czym gadać! Z tym pytaniem dzwonię do przyjaciela mojego męża, z którym rozmawia codziennie godzinami przez telefon, i od razu otrzymuję gotowe rozwiązania:

– Weź sobie jakąś książkę do czytania albo muzykę do słuchania i słuchawki najlepiej…

No tak…

Kojarzy mi się scena z filmu “Lepiej być nie może”, kiedy to Jack Nicholson, który gra tu ekscentrycznego pisarza, na trudną jego zdaniem wycieczkę z kelnerką Carol i pedałem Simonem, przygotował sobie płyty z muzyką dobrą na różne sytuacje. Może ja też powinnam wypisać sobie takie awaryjne tematy na pogaduszki, kiedy zalegnie cisza? Czym mój mąż byłby zainteresowany… hmm… mam kilka typów:

–  pompa ciepła, działanie, starty, optymalne ustawienie,
– rekuperacja, ile kosztuje, jak działa, na którym biegu lepsza jest cyrkulacja powietrza i czemu w niektórych pokojach są lepsze efekty,
– wszystko o samochodach typu SUV z napędem na 4 koła.

Przygotuję się i będzie git! A może zamkniemy się w namiocie i uskutecznimy jakieś nowe sex pozycje? W tym języku na pewno się dogadamy! 

No bo ostatecznie to przecież możemy porozmawiać o dzieciach… Ale to już ostateczna ostateczność 🙂

Zostawiliście kiedyś dzieci z dziadkami i urwaliście się na taki wypad sam na sam? Jak było? Czekam na zwierzenia i dobre rady!

  • Ale Wam, zazdroszczę!!! Ja cież pierdzielę, kurna fracha 🙂

    • Powiem Ci, że chyba ciężko byłoby z dziećmi. Trochę są za małe na te norweskie klimaty, jeśli nie chcemy ich nosić na plecach. Ale cały czas zastanawialiśmy się, jakby to było, gdyby byli z nami. Choć docieranie się z mężem to też ciekawe doświadczenie 🙂 Polecam!

  • Pingback: Do Norwegii z dziećmi czy bez? | Dom na głowie()