Samochód zastępczy – wybawienie czy kupa stresu?

Samochód zastępczy – wybawienie czy kupa stresu?

Jakieś dwa tygodnie temu zapodział się gdzieś kluczyk do auta służbowego mojego męża. Klnąc na czym świat stoi i nie mając większego wyboru, wziął nasz stary samochód i wyjechał na tydzień. Poza stratą pieniędzy na benzynę, nic takiego się nie stało, bo mamy drugi wóz. Przepakowałam więc foteliki i, nie spodziewając się żadnych niespodzianek, zawiozłam dzieci do szkoły. Następnego dnia wzrok mój przykuła mrugająca kontrolka na kokpicie. Pewnie auto wyląduje w serwisie, a ja dostanę samochód zastępczy. Niby fajnie, ale po ostatnich przejściach spodziewam się samych problemów.

Od początku miałam dziwne wrażenie, że coś jest nie tak. Mimo że jestem motoryzacyjnym ignorantem, wyczułam, że samochód nie ma mocy. Pomyślałam jednak, że może mam tylko takie wrażenie po przesiadce z manualnej na automatyczną skrzynię biegów. Albo po prostu odganiałam złe myśli.

Jakby na zawołanie zadziałały prawa Murphy’ego. Jak coś ma się zepsuć, to zepsuje się w najgorszym momencie. I trach! Ja bez drugiego samochodu, na wsi, z trójką dzieci, które trzeba odwieźć do szkoły i przedszkola, a mąż w delegacji. No świetnie!

 

Mrugająca kontrolka w samochodzie


Ta migająca kontrolka trochę mnie zaniepokoiła. Ki diabeł? Sięgnęłam po instrukcję i wyczytałam, że mam jakiś problem z wtryskiem paliwa. Właśnie. Mam, kuźwa, problem. Od razu zadzwoniłam do męża, żeby poradził co mam robić, nieboga.

Potem wydarzenia potoczyły się szybko. Assistance, laweta, serwis. Pozostało jeszcze załatwić auto zastępcze, które na szczęście mieliśmy zapewnione na czas naprawy z ubezpieczalni. Gdyby nie to, byłabym w czarnej dupie. W zasadzie po części rozwiązywało to moje problemy organizacyjne, ale po ostatnich wydarzeniach z autem zastępczym, już miałam gęsią skórkę na plecach.

 

Samochód zastępczy 


Rok temu mieliśmy stłuczkę i samochód wylądował na miesiąc w serwisie. Trzeba było załatwić samochód zastępczy. Płacimy AC, więc powinien nam przysługiwać wóz tej samej klasy. Miła pani w telefonie powiedziała, że oczywiście, nie ma problemu, na umówioną godzinę przyjedzie ktoś z wypożyczalni. Trzeba tylko przygotować 3 tys. w formie zabezpieczenia oraz umowę o pracę moją lub męża. Zdębiałam. To, co niby, mam pokazywać jakiemuś gościowi z wypożyczalni moją umowę o pracę? No, a te trzy tysiaki? Hellou!

Nie do końca rozumiem te zasady, skoro i tak mają samochody ubezpieczone, to po co jeszcze ja mam wyskakiwać z kasy? Płacę AC, według umowy mam zapewniony samochód zastępczy i, jak się okazuje, kolejne problemy tylko się mnożą.

Szybko zrezygnowałam z auta w tej samej klasie na rzecz skromniejszego modelu. Oby tylko trójka dzieci się zmieściła. Jednak musiałam podpisać, że odpowiadam do 1000 zł w razie jakichś szkód. Bo samochód ma przestój i nie zarabia na siebie, kiedy ląduje w serwisie. 

Spieszy mi się, bo tego samego dnia muszę odebrać dzieci od babci. Tkwią tam od tygodnia, bo właśnie wróciliśmy z naszej wyprawy do Norwegii i już mają dosyć, a moja mama nie ma więcej czasu. Załatwiam więc wszystkie formalności z wypożyczalnią, oglądam auto, które wydaje się być prawie nowe i nigdzie nie uszkodzone. Wsiadam i wyjeżdżam.

 

Zaczynają się kłopoty


Po drodze czuję, że coś mi stuka w kierownicy. Pamiętając komentarze mojego męża przy tego typu różnych stukach i pukach, dywaguję, że może koła są źle wyważone i trzeba na geometrię się wybrać. No, ale to nie mój problem. Muszę dojechać do mamy i zabrać dzieciaki. W drogę powrotną zabiera się z nami jeszcze moja siostra. 

Jedziemy autostradą, prędkość powyżej stówy, a mi coraz mocniej stuka w kierownicy. Już prawie pod domem, czuję takie bicie, że mam stracha. Stajemy i oglądamy opony wokoło, czy aby nie złapałyśmy jakiejś gumy. Nic nie widać. Ja cały czas mam duszę na ramieniu, bo zaraz się okaże, że coś się stało, a ja stracę tysiaka. Pomijam fakt, że byłabym pierwowzorem kraksy prezydenta Dudy.

Jednak w końcu dzwonię do pana z wypożyczalni i mówię, że coś się dzieje. W końcu miałam mieć sprawny samochód, a nie kolejny problem na głowie. Otóż pan mówi, że to jest teraz tak jakby mój samochód i ja się mam martwić o niego. Z grubsza oznacza to, że jak się coś stanie, to mam jechać na serwis albo dzwonić na assistance. Gdyby była jakaś awaria, to dostanę auto zastępcze.

Nie wierzę w to, co słyszę. Mam dostać auto zastępcze do auta zastępczego? No, tak!

Dojeżdżam do domu i dzwonię na assistance. Tam mówią, że odwiozą samochód do serwisu, ale do końca nie wiadomo, kto będzie za to ponosił koszt. Zastanawiam się, czy sama nie mogłabym pojechać, bo w zasadzie samochód jest na chodzie. Tylko, kto mnie wpuści w serwisie bez kolejki? Ja potrzebuję mieć sprawne auto na teraz, a nie jeszcze czekać w kolejce. Poza tym znowu nie wiedziałam, czy oni mają jakąś umowę z wypożyczalnią, kto będzie za to płacił i jak to załatwić. Wsiadłam i pojechałam do pobliskiej firmy, w której zawsze wymieniam opony. 

– Pani! Pani tu ma założone opony insajtem na zewnątrz! – powiedział od razu mechanik, kiedy ściągał opony.

Czyli ktoś założył na odwrót. Tym samym bieżnik w oponie tracił swoje właściwości i gdyby padało pewnie miałabym gorsze parametry hamowania. Po bliższych oględzinach okazało się również, że opona jest dziurawa, a ktoś, kto pewnie nie chciał płacić kary, nieudolnie próbował załatać uszkodzenie.

Włosy stanęły mi dęba! To ja wiozłam 140 km dzieci i siostrę, a oni mi dali niesprawny samochód? Boże, gdyby pękła ta opona albo był jakiś wypadek, mogłabym nie wyjść z tego cało. A jeszcze miałam dzieci na tylnym siedzeniu. Nie mówiąc, że pewnie nie jestem tak wytrawnym kierowcą, jak oficerzy BOR-u.

Przez chwilę zastanawiałam się, czy informować wypożyczalnię, że mamy taki defekt. Miałam obawy, że uznają, że to nasza wina. Ale zaraz się opamiętałam. Jeśli ktoś inny by dostał ten samochód i nie daj Boże, wydarzyłby się jakiś wypadek, to miałabym na sumieniu niewinnego człowieka. Po awanturze w ubezpieczalni,  dostałam nowy samochód. 

Samochód był cały obdrapany, a facet z wypożyczalni przyjechał pod wieczór. Było jeszcze jasno, ale zapomniałam zatankować auto, które miałam oddać i, kiedy wróciliśmy z powrotem, było już ciemno. Zupełnie o tym nie pomyślałam. Po ciemku nie zobaczę przecież żadnej ryski. Umówiliśmy się, że podpiszę protokół z naniesionymi usterkami, a jeśli znajdę rano coś jeszcze dopiszemy do protokołu.  Tak że nockę z nerwów miałam z głowy. Rano się okazało, że samochód wokoło ma pełno zadrapań, ale większość była w protokole. Pewnie za każde skasowali od delikwenta karę, a i tak ich nie usunięto.

Na szczęście nie miałam potrzeby jakiejś pilnej, żeby korzystać z tego samochodu. W ogóle nie chciałam mieć nic wspólnego z żadną wypożyczalnią i nie swoim samochodem. Po trzech dniach oddałam mój pożyczony środek transportu właściwie nie ruszony.

 

Tym razem się udało


Niestety, złe wrażenie ze współpracy z ubezpieczalnią i wypożyczalnią zostało. Kiedy więc tym razem przy oddaniu wypożyczonego samochodu (który oczywiście w momencie przekazania dokładnie obejrzałam), pan stwierdził, że jest przednia szyba pęknięta pewnie od odbitego kamyka, zamarłam. Nie pamiętałam, żeby coś mi stuknęło w szybę, ale mogło też coś spaść lub ktoś mógł rzucić w szybę, kiedy samochód stał na parkingu. 

Na szczęście okazało się, że pęknięcie było, a pracownik zapomniał zaznaczyć na protokole w momencie wydania auta. Teraz będę pamiętać, żeby wszystko dokładnie sfotografować, nie tylko karoserię, ale również szyby, bo nie wiadomo, kiedy będę musiała zapłacić frycowe za samochód zastępczy.

Takie są polskie realia. Najpierw biorą kasę, za którą obiecują jakieś usługi, a potem okazuje się, że trzeba spełnić mnóstwo warunków, jakichś dziwnych zabezpieczeń, a na końcu i tak przyjdzie nam płacić. Nigdy też nie skorzystaliśmy z auta w tej samej klasie.

Na szczęście samochód szybko naprawili i nie musiałam drżeć o każdą ryskę na nie moim aucie. Okazało się, że kuny przegryzły nam kabelki i dlatego samochód nie miał mocy. Ciekawe, że musiało się to stać akurat, kiedy nie miałam drugiego samochodu. Ot taki dziwny zbieg okoliczności, przez który kłopoty i organizacja dnia piętrzy się i to jeszcze na mojej głowie.

Czy wam się też zdarzają takie przejścia z samochodami? Jak sobie z nimi radzicie?

 

  • Nigdy nie korzysta korzystałam z auta zastępczego i chyba po tym wpisie szybko nie będę. Odpukać żeby mi moja Fabice grzecznie jeździła, bo… brrr kupa stresu jak widzę

    • Najlepiej jeździć swoim i nie mieć problemu. Niestety, czasami trzeba skorzystać z samochodu zastępczego, a wtedy głowa puchnie od tego wszystkiego…