Jak się wystraszyłam, że mnie ktoś zabije

Jak się wystraszyłam, że mnie ktoś zabije

Któregoś razu wybrałam się z małym na spacer polnymi drogami i nagle przestraszyłam się, że mnie ktoś zabije w tych polach i nikt się o tym nie dowie. Pola rozciągają się co prawda w pobliżu mojego domu, ale nikomu nie powiedziałam, że gdzieś wychodzę i gdzie w ogóle jestem, bo też nikogo nie było w domu. A za mną szedł dziwny facet z pieskiem.

Wokół żywej duszy, tylko ja – matka z dzieckiem w wózku wśród bujanych łanów. Puknęłam się w czoło, że taka stara a durna jestem, przyspieszyłam kroku i zaraz wyszłam na ulicę. Na szczęście facet z pieskiem nie pobiegł za mną i nie zasiekał mnie nożem, a dziecka nie sprzedał zagranicę. 

To mi przypomniało historię o tym, jak poznałam mojego przyszłego męża. Wtedy byłam młoda i durna, co trochę usprawiedliwia moje wyczyny. Mieszkałam wtedy sama, no, z jakimś dziwnym towarzystwem, z którym nie utrzymywałam bliskich kontaktów. W międzyczasie poznałam mojego męża wykorzystując raczkujące wtedy portale randkowe. Po kilku rozmowach telefonicznych uznałam, że się nadaje na spotkanie i umówiliśmy się pod moim blokiem. Nic nikomu nie mówiąc pojechałam z nim do kina i na kolację, było całkiem miło mimo nudnego filmu. W drodze powrotnej mój przyszły małżonek zorientował się, że zna te okolice gdzie mieszkam i że obok jest rzeka, no i można tam jeszcze podjechać na chwilę. Już sam fakt, że jechałam z jakimś obcym gościem samochodem i że wiózł mnie nad rzekę w ciemną jesienną noc powinien spowodować zapalenie się czerwonej lampki w mojej głowie i sygnału “i-jo i-jo”. Niestety moja beztroska nie miała wtedy granic i ochoczo zgodziłam się na przedłużenie miłego wieczoru. Wjechaliśmy prawie na brzeg lekko zjeżdżając w dół. Samochód zahamował gwałtownie i spod moich nóg wyleciało metalowe pudełko i wysypały się narzędzia chirurgiczne!!! “Ożeż kuźwa” – pomyślałam – “To koniec, umówiłam się z Hannibalem”. W jednej chwili całe życie stanęło mi przed oczami, a perspektywa śmierci w męczarniach spowodowała, że odrętwiałam. Przecież nikt mnie nawet nie znajdzie,bo nikt nie wie gdzie jestem! Spojrzałam z przerażeniem na mojego nowego znajomego i już miałam zapytać czy zje mój mózg, gdy się roześmiał widząc moją konsternację:
– To narzędzia mojego taty, jest weterynarzem. Pożyczył ode mnie samochód i zapomniał tej skrzynki.

Od tego momentu powinnam zawsze zostawiać wiadomość gdzie jestem, ale jak widać doświadczenie niczego mnie nie nauczyło.