Spanie – towar deficytowy i bardzo pożądany

Spanie – towar deficytowy i bardzo pożądany

Odkąd mam dzieci, spanie to towar deficytowy. Trwa to latami takie niewyspanie, wstawanie w nocy, wyrywanie ze snu, przestawienie trybu życia. Sama nie wiem i nie pamiętam już jak to było możliwe, że przed dziećmi mogłam spać jak zabita do 12.00.
Dziś jestem wykończona jak często w trakcie mojego macierzyństwa. Malutkowi wychodzą zęby, te duże, czwórki. Myślę, że to dla niego duży ból i dlatego zrywał się ze snu i marudził. Do tego doszły jeszcze inne, niespodziewane okoliczności…

Była 1.00 jak zaczęłam zbierać się do spania, gdy z sypialni doleciał do mnie krzyk małego. Poleciałam w te pędy, żeby mu pomóc. W tym czasie mój mąż, w geście solidarności odwrócił się w drugą stronę i zarzucił kołdrę na głowę. Zanim małego uspokoiłam, uspałam i położyłam była 2.00, sama już prawie odleciałam. No, ale nie, trzeba się umyć, zamknąć drzwi, przykryć dzieci, włączyć pralkę i zmywarkę i dopiero można iść spać. Jest 2.30, odpuszczam sobie czytanie, wskakuję do mojego ciepłego łóżka, kładę się na lewym boku, zakrywam się kołdrą… nie, nie ten bok. Zmieniam więc na prawy, potem na brzuch, zakrywam plecy, poprawiam policzek, żeby nie przyprasować sobie zmarszczek, jeszcze podciągam nóżkę… i można spać. Nie długo jednak! Nagle, przez uchylone drzwi, słyszę głośne “plyp”. Kuźwa, małemu wyleciał smoczek. W jednej chwili stoję nad łóżeczkiem z kapiącym cyckiem (o kapiącym cycku piszę tu), prawie że, i po omacku szukam smoczka. Przewracam bambetle, szukam pod poduszką, wokół małego, w końcu pod nim i nie ma! Jak zapalę światło to koniec ze spaniem! Niestety i tak mały się wybudza, zaczyna płakać, ja w coraz większej panice przewracam pościel, aż w końcu jest! jest! victoria! smok znaleziony! Po chwili sytuacja zdaje się być opanowana. Smok zrobił swoje, do tego szmatka pachnąca mlekiem i nie wiem czym jeszcze, która w cudowny sposób uspokaja maluszka. Jest 2.45.

Wskakuję do mojego ciepłego łóżka, kładę się na prawym boku, zakrywam się kołdrą, nie, nie ten bok. Zmieniam więc na lewy, potem na brzuch, zakrywam plecy, poprawiam policzek, żeby nie przyprasować sobie zmarszczek, odgarniam włosy z twarzy, jeszcze podciągam nóżkę i już odlatuję w objęcia Morfeusza, gdy… z boku dochodzi do mnie ciche rzężenie… nie, przestaje…. ja odpływam…. znowu to rzężenie… kuźwa, nasila się…. i przeradza w głośne chrapanie… Chrrrr chrrrr chrrr! No nie wytrzymam, stary zaczyna ciągnąć wagony! Nie! tak nie zasnę, nie ma mowy! 3.15, niech to szlag! Odwracam się do mojego męża, żeby mieć sytuację pod kontrolą i zadaję znienacka pełnego gracji i czułości kopniaka. “Co… co się stało?” – pyta zaspany, przewraca się na bok i przestaje. Drugi bok, policzek, włosy, nóżka… Nie, dziurka od nosa zatkana (krzywa przegroda), muszę wyrównać ciśnienie i przewracam się z powrotem. Policzek, plecy, nóżka. Słyszę szamotanie pościeli małego, otwieram oczy i czekam w napięciu aż zaśnie. Jednak on przewraca się, kaszle, “plyp”, akcja: “kapiący cycek”. 4.00. Kładę się, plecy, policzek, włosy, nóżka… Nareszcie odpływam, 4.30. 6.00!!! Dzwoni budzik, małżon nie wyłączył komórki! Wyrwany ze snu w panice szuka telefonu (wie, że zaraz dostanie w łeb), wyłącza, przysypia, ale za pół godziny wstaje, ja cały czas kontroluje sytuację, ale zaraz trochę przysypiam. Lecz! nie na długo kuźwa, bo przez uchylone drzwi słyszę jak mąż budzi dzieci do szkoły. No tak, jest 7.00. Do 8.00 jakoś wytrzymam, wyjdą i zasnę jak młody bóg. W tej chwili mąż wchodzi do kuchni i zaczyna robić dzieciom śniadanie. Dzieci chcą naleśniki, stuka patelnia, słyszę, że mały się kręci, ale przysypia, ja cała sztywna z nerwów, jeszcze jeden stuk i malutek się obudzi. Już przysypiam, bo jest względnie cicho, gdy nagle z tej ciszy wyrywa mnie BLENDER! AAAAAAAAAAAAAAAAA!!!!! Adrenalina mi z tych nerwów strzela, mowy nie ma o spaniu. Zresztą za chwilę słyszę skwierczenie oleju na patelni, śmiech dzieci, mlaskanie i szuranie krzesłami, tupot po schodach, mycie zębów, spuszczanie wody, a na końcu… z najmniejszego pokoiku… urocze dziecięce kwilenie…

Zapraszam do przeczytania innego tekstu o wybudzaniu się dziecka “Asia, mały płacze!”

Na szczęście takie sytuacje jak ta zdarzają się sporadycznie. Mój najmłodszy synek zasypia sam, śpi w swoim pokoiku, przy zgaszonym świetle i zamkniętych drzwiach. Czasem płacze wyrwany ze snu, ale w większości noc mam przespaną. A jak jest u was? Czy maluszki dają wam się wyspać? Czy mężowie wam pomagają, a może wymieniacie się w wstawaniu w nocy? Piszcie!

  • Rewelacyjnie się czytało! oj, nie aż takich przeboji ( jak to się piszę? – przebój, przeboje… przeboji? 😉 ) jak Ty, ale myślę, że to dopiero przede mną. Mój maluszek budzi mnie w nocy 2-3 razy, ale takie jedne przebudzenie to często godzina spania mniej… Narzeczony w nocy nie wstaje, nie ma po co – bo mały chce magicznego cycka, którego tatko mu nie da 😉 🙂

    z chęcią zostanę u Ciebie dłużej 🙂

    • Dziękuję za miłe słowa i witam Cię w moich skromnych progach 🙂 No tak, cycek mamy to sama magia i dobry usypiacz, ale jeszcze lepiej nauczyć maluszka zasypiać samemu, mówię Ci – bezcenne! Pozdrawiam!

  • Pingback: Niedzielne śniadanko | Dom na głowie()

  • marzena

    Asia zameczy sie dziewczyno. Mnie tez dobijalo nocne wstawanie i to glownie po to zeby podac malej smoczek. I powiedzialam BASTA. Rezygnujemy ze smoczka. Byla histeria, byl placz i wymioty nim spowodowane ale po 2 dniach moglam wreszcie przypomnialam sobie co to znaczy calonocy sen. Polecam bardzo, dasz rade.

    • Smoczek wypadał jak mały był całkiem mały. Teraz nie budzi się z tego powodu a smoczek ułatwia mu zasypianie i uspokaja się szybko. Dlatego tak trudno nam się z nim rozstać. Mój średni syn nie chciał smoczka i, uwierz mi, miałam więcej wstawania i musiałam przy nim tkwić aż zasnął, co byłło nie lada wyzwaniem w środku nocy. Nie, zdecydowanie wolę smoczek, ale już czas najwyższy, żeby go wyrzucić. Chyba zacznę odcinać po kawałku, żeby nie było takiej histerii jak u ciebie 🙂