Stawiam na samodzielność moich dzieci

Stawiam na samodzielność moich dzieci

Odkąd mam dzieci, marzę tylko o jednym. Żeby odpocząć! Dlatego samodzielność moich synów to w mojej rodzinie priorytet. Uczę ich radzenia sobie samemu w różnych sytuacjach, tak, aby nie byli życiowymi niedorajdami, a także dla mojej własnej wygody. Bo ile łatwiej jest, gdy na przykład obowiązki domowe są podzielone, albo kiedy mogę liczyć na dodatkową parę rąk. Z niecierpliwością czekam, kiedy nie będę musiała myśleć o wożeniu do szkoły, lekcjach, gotowaniu, praniu i innych rzeczach. Ale wiecie co? Kiedy tak ostatnio się przyjrzałam moim dzieciom, pomyślałam z dumą, że jestem już na dobrej drodze!

Powiem szczerze, że nie wiem, czemu niektórzy rodzice tak bardzo boją się pozwolić na samodzielność swoim dzieciom. Ja lubię, kiedy chłopcy potrafią więcej zrobić sami, kiedy radzą sobie bez mojej pomocy i kiedy zaczynają myśleć odpowiedzialnie. Jest to dla mnie jasny sygnał, że moja, tak upragniona niezależność, jest coraz bliżej! Że już niedługo, niebawem za kilka lat, będę mogła leżeć na kanapie i li tylko pachnieć, a nie być niewolnikiem swoich niezaradnych dzieci, które z braku umiejętności radzenia sobie w życiu, staną się po prostu pasożytami. Mało tego, do tej pory wydawało mi się, że również wokoło dzieci są w miarę rozgarnięte, dopóki nie przeczytałam w internetach, że jest zupełnie odwrotnie! Podobno rodzice wyręczają dzieci, próbując chronić je przed porażkami i niepowodzeniami, przez co hodują pierdoły i niedorajdy! Zaczęłam się zastanawiać, czy ja aby też nie popełniam jakichś błędów.

Nie przeszkadzam w usamodzielnianiu się


Przez odmęty internetu już kilka razy przewinął się artykuł o tym, że niedługo wyrośnie nam pokolenie niedorajdów życiowych. Z przerażeniem otworzyłam artykuł i przeczytałam go z wielkim zainteresowaniem, bo nie chciałabym, żeby moje dzieci miały znamiona niezaradnych, tym bardziej że są to chłopcy! Zawsze uważałam, że w moim dobrze pojętym interesie jest, żeby byli samodzielni i umieli jak najwięcej zrobić sami. Bo przecież obsługiwać czterech facetów, z których jeden jest już dorosły i nic już go nie zmieni, to lekka przesada, nie mówiąc o tym, że w końcu chciałabym mieć też czas dla siebie i swoich zainteresowań. 

Dlatego byłam zdziwiona, że niektórzy rodzice aż tak skupiają się na swoim dziecku, że zapominają o jego naturalnej potrzebie uniezależnienia się od nich. Wyręczają je w codziennych obowiązkach, nadmiernie kontrolują i pilnują, żeby broń Boże zbytnio się nie przemęczyły. W przeciwieństwie do nich, zwykle nie przeszkadzam, a wręcz zachęcam do tego, żeby chłopcy coś zrobili sami. Jak się nie uda to trudno, ale ważne, że w granicach rozsądku i ich bezpieczeństwa mogą osiągnąć jakiś cel samodzielnie. Choćby to była tylko jajecznica, która jest przesmażona i pływa w litrze oleju. Czy budyń o konsystencji herbaty. Niech próbują! 

Choć po przeczytaniu tego artykułu z grubsza odetchnęłam z ulgą, to jednak oczywiście są zadania, do których ciężko mi chłopców namówić. Chociażby to było bardzo odpowiedzialne wyrzucenie śmieci z możliwością wyboru właściwego kosza, użycie specjalistycznych środków chemicznych do wyprania swoich ciuchów czy samodzielne zdecydowanie, który sklep wybrać, żeby kupić chleb i mleko. W tym przypadku wszyscy równo uchylają się od bycia odpowiedzialnym, samodzielnym i dojrzałym. Co innego powrót do domu bez asysty starszego brata, a potem kilka godzin w pustym domu sam na sam z aplikacjami w komórce. Do tych etapów uwalniania się spod mojej kurateli podchodzę ostrożnie i wykazuję niepożądany w budowaniu samodzielności brak zaufania, ale czasami organizacyjnie zwyczajnie nie daję rady. Wtedy młody wraca sam ze szkoły na piechotę, całe dwa kilometry poboczem i przez skrzyżowanie bez świateł. 

Próbuję zaufać dziecku


I tu mam największy dylemat. Bo o ile obowiązki domowe to rzeczywiście sfera, w której nie przeszkadzam a zachęcam, to samodzielne przemieszczanie się i niezależność połączona z kompletnym brakiem mojej kontroli, stanowi dla mnie mega problem.  W tej kwestii nie jestem taką chojraczką i nie mogę powiedzieć, że nic mnie nie rusza. Boję się jak każdy rodzic. Ale staram się nie zamartwiać i nie myśleć, że skoro moje dziecko gdzieś tam idzie poboczem i nie odbiera telefonu, to z pewnością leży nieżywe w rowie. Brzmi drastycznie, ale to pierwsze skojarzenie, które podpowiada mi moja wyobraźnia, która nie zna granic w możliwych scenariuszach. Jednak wiem, że nie da się chronić dzieci w każdej chwili, że także pod moim okiem może może się zdarzyć coś nieoczekiwanego.

Dlatego uległam w końcu prośbom mojego najstarszego syna, który od dłuższego czasu prosił mnie o możliwość dojeżdżania do szkoły rowerem. Trwało to kilka lat. I cały czas bałam się tego. Przede wszystkim dlatego, że nie wiedziałam jak sobie poradzi na ulicy i czy nie będzie miał jakichś głupich pomysłów, jak to nastolatek. 

Jednak, kiedy się w końcu zgodziłam, moje dziecko jakby dostało skrzydeł! Zaczęło wstawać wcześniej, choć ja miałam problem żeby je ściągnąć z łóżka nawet pół godziny później. Sam sobie przygotowywać śniadanie i o 7.30 być już w drodze do szkoły. Ja wciąż nie mogę wyjść z szoku. I zaraz przypominam sobie chwilę, kiedy kupiłam sobie swój pierwszy samochód i poczułam się niezależna. Przecież mój syn czuje to samo!

A poza tym ktoś mu zaufał, dał możliwość samodzielnego podejmowania decyzji, dzięki czemu mógł sprawdzić, jakie ma możliwości i jakie ograniczenia, mógł uwierzyć w siebie. Łatwiej mu będzie podejmować coraz trudniejsze wyzwania w przyszłości, a ja będę mogła na nim polegać i konieczność dojechania na ósmą do szkoły stanie się tylko przykrym wspomnieniem. 

Od tego momentu mamy z Malutkiem więcej czasu na samodzielne ubieranie się, jedzenie i poranną toaletę. Bo jak wiadomo, uczenie samodzielności, szczególnie w przypadku tak małych dzieci, wymaga dużo czasu. I cierpliwości.

Jeśli nie mam cierpliwości, nie patrzę


Brak cierpliwości, to obok strachu i wyręczania dziecka w codziennych obowiązkach, kolejna przyczyna wychowywania niezaradnych dzieci. Cóż, muszę to ze wstydem przyznać, też często robię coś za Malutka, bo się spieszę lub po prostu aż mnie trzęsie z nerwów, kiedy widzę jak próbuje poradzić sobie z jakąś czynnością i ciągle mu nie wychodzi.

Nie wiem jak was, ale mnie nic tak nie irytuje, jak przyglądanie się pierwszym próbom samodzielnego zjedzenia posiłku albo ubrania się. Chciałabym od razu wyrwać tę łyżeczkę z malutkiej rączki, wytrzeć buzię i blacik mokrą chusteczką wprawnym ruchem i pomóc dziecku w tym nieszczęściu. Też tak miałam. Jezu, widok moich synów upaćkanych obiadkiem nie pozostawał mi obojętny. Chciałam ich wybawić z opresji, pomóc, zrobić to za nich. Ale w końcu stwierdziłam, że lepiej będzie i dla mnie, i dla nich, jeśli nauczą się jeść samodzielnie.

Wtedy właśnie przestałam na nich patrzeć. Usadzałam równolegle ze mną i siedząc obok nie obserwowałam całej akcji bezpośrednio. Tak samo zrobiłam z ubieraniem się, myciem i gotowaniem. Dzięki temu Mały umie sam umyć się (co prawda w bidecie, ale idzie mu dobrze), umyć zęby (na dole z lewej strony, a na górze z prawej) i ubrać się (czasem tył na przód, ale jest nieźle) i zjeść. Jestem blisko, ale nie patrzę, bo chyba bym nie dała rady. Ruszyłabym z odsieczą i wybawiła z opresji. A to jest najgorsze, co rodzic może zrobić. Daje wtedy dziecku sygnał, że nic nie potrafi i nie daje rady. W ten sposób trudno wychować samodzielne i pewne siebie dziecko.

Stawiam na samodzielność moich dzieci

Tymczasem  Mały się myje, a ja tuż obok, za ścianą mam chwilę, żeby usiąść przy komputerze i załatwić bieżące sprawy. I jeśli trzeba, biegnę z odsieczą, bo z tyłu głowy pali mi się czerwone światełko z powodu braku kontroli nad maluchem i możliwych nieszczęść, które mogą się wydarzyć.

Boję się jak każdy rodzic 


Każdy chyba rodzic przeżywa próby usamodzielnienia się swojego dziecka. Pierwsze, co przychodzi na myśl, to gotowe scenariusze do horrorów czy dramatów bez happy endu. Dziecko chce wracać samo ze szkoły do domu? Na pewno ktoś mu zrobi krzywdę albo wpadnie pod samochód albo zaginie bez śladu. Chce zostać samo w domu? A jak spadnie ze schodów albo spali dom albo wpuści kogoś nieznajomego? Chce się wyprowadzić? A narkotyki, alkohol, seks? To wszystko tylko czeka na twoje dziecko.

W takich sytuacjach także moja wyobraźnia nie zna granic. Z jednej strony słyszę głos rozsądku, który mówi, że mój syn jest już naprawdę dość duży, żeby wrócić samemu do domu, żeby podgrzać sobie obiad albo wyjść po zakupy. Ale zaraz słyszę sygnał alarmowy, bo przecież samochody jeżdżą jak szalone i może akurat jakiś nieodpowiedzialny kierowca wjechać w moje dziecko, choć będzie szło chodnikiem, będzie miało na sobie sto odblasków i przejdzie przez ulicę po pasach. Bo mało jest takich przypadków? Mało jeździ wariatów? 

Te pytania kołaczą mi się po głowie i wiem jedno, że jeśli coś się stanie, nigdy sobie tego nie wybaczę. Ale z drugiej strony wiem, że nie mogę mieć cały czas pod kontrolą moje dzieci, bo to się zwyczajnie nie da. Mało tego, dzieci, które są nadmiernie otaczane opieką rodziców, wyręczane przez nich wcale nie mają łatwiej. Rodzi się w nich bezradność, frustracja i niezadowolenie, co i tak wkrótce odbije się na rodzicu.

Stawiam jednak na samodzielność


Jednak, bo po trudach wychowania nareszcie mogę troszkę sobie odpuścić. Jest lepiej, dużo lepiej niż pisałam we wpisie “Mój domowy cyrk na kółkach”. Kiedy sobie ostatnio przeczytałam ten opis wycinka z mojego życia, pomyślałam, że to zupełnie inna epoka niż teraz. Ciężko było mi sobie przypomnieć, jaką jazdę miałam prawie codziennie.

Teraz z radością patrzę na to, ile chłopcy potrafią już zrobić sami, jak sobie fajnie radzą w różnych sytuacjach, jak są samodzielni. Nawet mój mały czterolatek, który woła w sobotę rano ze swojego pokoju: “Mamo, już posprzątałem!”. Albo średni, który pamięta o zrobieniu sobie prania i codziennie czeka na mnie z gorącą jajecznicą, którą robi tak, jak ma być. Czy najstarszy śmigający rano na rowerze do szkoły.

Choć czasem boję się o nich i mam ochotę czasem ich wyręczyć, to jednak zdarza się sporadycznie, że leżę i pachnę. Coraz częściej czuję, że mam przestrzeń tylko dla siebie i zaczynam nią oddychać pełną piersią!