Trudne poranki zmęczonej matki

Trudne poranki zmęczonej matki

Odkąd pamiętam, trudne poranki były moją domeną. Nigdy nie lubiłam wstawać rano i chyba nigdy nie polubię, choć posiadanie dzieci wymusiło na mnie zmianę stylu życia. Czy chcę czy nie, muszę wstać i już. Szkoła nie poczeka aż się wyśpię, a dzieci ktoś musi do niej zawieźć. Tak więc od 10 lat chodzę na wpół nieprzytomna, chronicznie przemęczona, a poranki to najgorszy moment w ciągu dnia.

 

Epoka niekończącego się snu


Jak za mgłą majaczy mi gdzieś w otchłani wspomnień czas, zanim nastała era wstawania rano i w nocy do dziecka. Nieskrępowana nikim i niczym szłam spać mniej więcej o 2.00 w nocy, a wstawałam około 11.00. Mało tego, ja do tej 11.00 spałam jak zabita! Dziś nie wiem, jak to w ogóle jest możliwe.

Do pracy szłam na 13.00 – wolałam siedzieć do późna niż wstawać rano. Byłam za to wypoczęta, naciągnięta i nie musiałam korzystać z korektora pod oczy.

 

Epoka permanentnego niewyspania


Kiedy urodził się mój pierwszy syn, przeżyłam szok. Nie mogłam się ogarnąć aż do 14.00. Przedstawiałam obraz nędzy i rozpaczy, no i wciąż byłam niewyspana. Nie zdawałam sobie sprawy, że ten stan nie opuści mnie jeszcze przez najbliższe 20 lat (o moim ciągłym niewyspaniu możecie przeczytać we wpisie “Spanie – towar deficytowy i bardzo pożądany”).

Dziś, dekadę po narodzinach mojego pierworodnego, prawie nic się nie zmieniło. Nadal chodzę spać mniej więcej o 1.00 w nocy. Zmienił się tylko jeden, mały szczegół. Niestety muszę obudzić się przed 7.00. I to jest największa masakra w ciągu dnia.

Ostatnio rozmawiałam ze swoją przyjaciółką i się okazało, że ona też tak ma. Idzie spać bardzo późno i wstaje bardzo wcześnie. A myślałam, że tylko ja jestem tak nierozsądna, że nie dbam o swoją cerę i worki pod oczami. Takich jak ja jest więcej! Śmiem twierdzić, że matki osiągają pewien stopień wyćwiczenia w niedospaniu, że z czasem na jako takie dojście do siebie wystarczy im nawet 4 godziny snu. Ja jeszcze nie osiągnęłam tego stopnia wtajemniczenia, ale dążę do tego konsekwentnie.

 

Czas dla mnie


Kiedy położę dzieci spać, jest godzina około 20.30 i dopiero mam czas dla siebie. Seriale, książka, pisanie, spokojna kąpiel, czasem jakiś film, który jednak zajmuje za dużo cennych godzin. A niekiedy mam tak kwadratowy łeb, że tylko leżę i tępo gapię się w telewizor. Raz mi się przypomni, że trzeba załadować zmywarkę, a drugi raz, że w pralni właśnie skończyła swoją pracę suszarka. Jak wiecie, składanie ubrać jest tak wciągające, że nawet nie wiem kiedy mija godzina wydarta z mojego wieczornego relaksu. Koniec z końców jest taki, że ledwie starczy mi czasu, żeby trochę poczytać przed snem, a i tak zasypiam pod koniec rozdziału. Co się dziwić, na zegarze jest krótko przed 1.00 w nocy.

 

Trudne poranki


Dlatego kiedy rano dzwoni telefon, z trudem odzyskuję świadomość i zawsze żałuję, bardzo żałuję, że nie poszłam wcześniej spać. Bo ileż łatwiejsze byłoby to ranne wstawanie, gdybym mogła wyspać się godzinę dłużej! A tak jakimiś nadludzkimi siłami muszę zwlec się z łóżka. Czasem, i to jest nowość w moim życiu, kiedy zaczynam się ubierać, już marzę o tym, żeby nadszedł koniec dnia. Czujecie? Wstając rano, MARZĘ, żeby już było po wszystkim, a ja żebym mogła wejść do ciepłego łóżka, otulić się kołdrą i zasnąć przeczytawszy choć rozdział mojej powieści. Oczywiście ten stan mija, bo wskakuję w normalny rytm dnia, a poranne zmęczenie w końcu przechodzi.

Aby nie przeżywać porannego przebudzenia zbyt drastycznie, ustawiam sobie drzemkę w budziku. Uważam, że jest to dobry wynalazek, bo można powoli wybudzać się ze snu, oszukując się trochę, że mamy jakieś pół godziny (czyli straaaasznie dużo czasu), żeby szybko się wyspać. 

Telefon dzwoni i dzwoni, co pięć minut go wyłączam i próbuję szybko jeszcze dospać te parę minut. Czasem jestem tak nieprzytomna, że patrzę w ekran telefonu, na którym mam dwa kółeczka – czerwone z krzyżykiem i żółte z literką “z” – i nie wiem, czy wybrać to czy to. Zanim mój mózg połączy odpowiednie przekaźniki nerwowe, mija chwila, a potem jeszcze skupiam mocno uwagę, żeby trafić palcem we właściwe kółeczko, czyli żółte. Jeśli się pomylę, mogę się nie obudzić na czas, a wtedy… Sami wiecie.

 

Poranne dylematy


Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że byłoby lepiej, gdyby dzieci już wstały. Wyszlibyśmy wcześniej i spokojnie dojechali do szkoły, a nie tak na zapalenie płuc jak zwykle. Ale jeśli wstanę, to już przecież nie wejdę z powrotem do wyra. I stracę te kilka minut porannego dosnu! No nie da rady, wolę jeszcze chwilunię pokimać.

Może wrzasnę – zastanawiam się, nie zdając sobie sprawy, że już w zasadzie nie śpię, a moja mózgownica pracuje na najwyższych obrotach. Ale drzwi zamknięte, nie dosłyszą – kombinuję. Czemu oni sobie nie nastawią budzika w telefonie, wkurzam się jak co dzień. Już by sobie wstali, a ja spokojnie jeszcze bym poleżała w pieleszach, a tak… Nie mogę spać, bo się denerwuję, że oni jeszcze śpią. A może… Tak, to jest myśl! Chwytam komórkę i dzwonię do średniego syna. Dwa pokoje dalej, żeby nie było wątpliwości. Oby tylko miał telefon przy łóżku. Po chwili słyszę zaspany głos.

– Halooo? – mamrocze do mikrofonu.
– Wstawaj, już 6.45! I obudź braci, ja zaraz wstaję.

Mój geniusz czasami mnie onieśmiela! Czemu nie wpadłam na to wcześniej? Teraz będę codziennie dzwonić do syna, żeby go obudzić, a sama sobie jeszcze pośpię. Ha, jakie to proste!

 

Czas zwlec się z łóżka


Jednak w końcu nadchodzi ta chwila, ten nieuchronny moment. Zgięta w pół siedzę na brzegu łóżka, bo zimno, i wpatruję się w moje stopy i zdarty do połowy lakier do paznokci. Muszę je pomalować, ale nie mam zmywacza do paznokci, bo Malutek wylał go do wanny. Trzeba wybrać się do drogerii, wzdycham, i idę do łazienki, gdzie wita mnie napuchnięta bladź. Wiem, że wyglądam jak “idź mi stąd”, ale pocieszam się myślą, że kilka zabiegów kosmetycznych powinno uratować sytuację. Trzeba nałożyć trochę szpachli i zarzucić maskarę na oczy, będzie lepiej. Ale to i prysznic później. Na razie muszę się ubrać i ułożyć trochę włosy, żeby panie w przedszkolu się mnie nie wystraszyły. Nie patrzę jak to wygląda z tyłu, hołdując zasadzie, że im mniej wiesz, tym dłużej żyjesz. Z przedszkola wyjdę cofając się. Na piżamę wrzucam dres i zapinam się pod szyję, bo koronka z koszulki zdradza tajniki mojego porannego outfitu. Już prawie jestem gotowa do wyjścia. Jeszcze śniadanie.

 

Jemy i wychodzimy


Jeśli mam szczęście, dzieci starsze grzeją sobie mleko i jedzą z płatkami, a rzutem na taśmę robią małemu kaszkę. Jeśli nie, muszę robić sto kanapek, każdy wybrzydza, mały raz chce to, a raz tamto, a ja z przerażeniem patrzę na zegar. I tak mam dobry dzień, że któryś ze starszych chłopców nie ma konfliktu w szkole i chce w ogóle wyjść z domu, albo że nie wstał lewą nogą i ma problem ze wszystkim albo, że brzuch boli/ głowa/ inne i nie wiem, czy dzwonić do lekarza czy może przeżyje jakoś do wieczora.

Potem muszę tylko dopilnować, żeby chłopcy umyli zęby, zabrali śniadanie, picie, okulary, klucze, plecaki, strój na wf, telefony, czapki i już wychodzimy, a ja już całkiem przytomna i obudzona wiozę ich do szkoły.

 

Nerwy lepsze niż espresso


Po drodze zwykle przypomina mi się, że miał być jakiś sprawdzian, a mój syn nawet nie zajrzał do zeszytu. Że miał zrobić jakiś projekt albo zasadzić jakąś fasolkę czy inne chujstwo i termin właśnie mija dziś, a my nawet nasionka nie posadziliśmy. Albo młodemu się przypomina, że zapomniał bloku i filcu na plastykę, a czasem innych tego typu akcesoriów rodem z kosmosu, a średni świeżych warzyw, bo mieli robić kanapki. Warzywniak na rogu zamknięty, a ja nie wiem, czy jestem bardziej zła na dzieci czy na siebie, że nie wpadło mi do głowy, aby ich zapytać, czy aby nie mają jakichś niespodzianek na rano.

Po takich porannych atrakcjach, dochodzę do siebie w sekundę. Nie trzeba mi espresso ani energy drinka. Ciśnienie skacze do 200/150, adrenalina buzuje, mózg pracuje, a ja mogę zacząć nowy dzień!

  • haha, nie ma jak budzić dzieciaki przez telefon 🙂 dobre.
    ja niestety zaczynam dzien…o 6…inaczej się nie da
    znam ten ból 😉

    • Ma się te sposoby, kochana. Mąż mnie nauczył. Kiedyś zadzwonił do mnie do łazienki, że mały płacze, którego miał koło łóżka 🙂