Trup w moim domu

Trup w moim domu

Tego lata trup w moim domu ścielił się gęsto, a kolejne dowody zbrodni znajdowałam to w ogrodzie, to niekiedy znienacka stając z nimi oko w oko… a czasem to nawet z samym denatem… Morderca mieszkał obok mnie, czając się na kolejne ofiary, a ja nie zrobiłam nic, żeby mu w tym przeszkodzić.

Zwykle sprawca lub skrytobójca, jak sama nazwa wskazuje, unika kontaktu, ukrywa się, ucieka w popłochu przed wymiarem sprawiedliwości. Jednak rządny krwi degenerat, który chodził dumnie pod moim dachem, niczym się nie przejmował. Pysznił się jakby kolejnymi łupami, obnosząc się nimi na naszych oczach. Potem pastwił się nad zdobyczą szczerząc zęby i nie zwracając uwagi na nic wokoło. Kolejne ofiary zionęły ducha okropnych mękach, szczęśliwe chyba, że nie muszą dalej tego znosić.

Jednak, będąc na końcu łańcucha pokarmowego, podobnie jak mój kot (chyba, bo w końcu kto je koty?), podeszłam do tych dewiacji z pewnym zrozumieniem, ba nawet czasem proponowałam współudział w kolejnych zamachach i się z tego cieszyłam. Denerwowałam się tylko czasem znajdując corpus delicti i z obrzydzeniem podtykałam je kotu pod nos, żeby wiedział, że nie zostawia się śladów po mokrej robocie.

Nasz kot trafił do mnie przypadkiem. Wzięłam go od sąsiadów, bo zadomowiły się u nas myszy, a ja się myszy boję wręcz panicznie, o czym nadmieniłam tu, więc kot był niezbędny. A właściwie morderca myszy. Bury sierściuch, który kręcił się po osiedlu jako pozostałość po budowie, został przygarnięty przez sąsiadów, ale dopiero u nas znalazł prawdziwy dach nad głową.

Sąsiadka bardzo mi go poleciła. “Jest łowny, u nas w garażu wszystkie myszy wyłapał!” – powiedziała wręczając mi zdezorientowanego kocura. “Wszystkie trupy zostawia na podłodze.” – dodała. Pal sześć, pomyślałam, oby tylko cel był osiągnięty.

Kocisko wyłapało myszy koncertowo. Gryzonie oddawały ducha w mękach, podrzucane niczym piłka w łapach kota – żonglera na arenie mojego ogródka, wśród aplauzu naszej skromnej widowni. Wkrótce traciły chęć walki i padały ledwo dysząc. 

Ale co tam gryzonie. A to raz się gruby kret pojawił, który zwiał pod moją hortensję i tyle go widział, a to ryjówka, a to ptaków chyba ze sto. Tylko pióra fruwały, a resztki kości co rusz znajdowałam w różnych kątach ogrodu. Nawet raz pod stołem w salonie. Kiedy jednak któregoś razu nieszczęsny wróbel zderzył się z moją szybą i padł nieżywy, kocisko ani myślało ruszyć padła, mimo że jeszcze było ciepłe. Taki smakosz.

Wszystko byłoby do zniesienia, te zwłoki ptaków, te mysie ogony zwisające z kociego pyska, te obrzydliwe ślepe krety… Jakoś można to znieść. Ale w ostatni poniedziałek, kot przeszedł już samego siebie. Jak zwykle wpuściłam go rano do domu nie zauważając wszakże, że sierściuch dary mi przyniósł. Dary losu! Dopiero później, przechodząc nieświadomie po dywanie, natknęłam się na mysiego trupa, który leżał centralnie jakby nigdy nic! Zresztą, jakże miałabym zobaczyć, kiedy szare futro zlało się zupełnie z szarym odcieniem mojego dywanu shabby. 

Wyskoczyłam jak poparzona oczom nie wierząc! Ze strachu struchlałam i ledwo widząc w półmroku skonstatowałam, że jednak jako żywo na dywanie leży zagryziona mysz! Prawie trupem padłam obok tej myszy, ale zaraz poderwałam się do pionu. Gdzie jest ten cholerny kot?! Zaraz mu te kłaki z dupy powyrywam! Winowajcy jednak nie było, a ja nie wiedziałam, co z denatem zrobić. Zawinąć dywan i wynieść? Z premedytacją zaangażowałam średniego syna w wyrzucenie zwłok, a sama weszłam w najdalszy kąt, żeby tego okropieństwa nie oglądać.

Nie dalej jak dzień później robiłam obiad, gdy coś mi się poruszyło z boku. Przewrażliwiona i nadpobudliwa od tych wszystkich akcji z myszami, od razu wydałam z siebie krzyk, choć lekko zduszony, bo zdałam sobie sprawę, że to jednak nie mysz. Bo mysz przecież – no kurwa, niech skonam – nie skacze! 

– Ja pierdolę, a to co? – zaklnęłam pod nosem zaszokowana niecodziennym widokiem.

Bo oto, centralnie przez kuchnię, udając się w niewiadomym kierunku, człapała sobie… żaba!

No, ale żab to ten mój sierściuch chyba nie uśmierca…