Turniej szachowy – pierwsze wzloty i upadki

Turniej szachowy – pierwsze wzloty i upadki

Od paru dni mój średni syn mówił coś, że w piątek ma się odbyć turniej szachowy.  Umie grać i chodzi na zajęcia, ale bez napinki, ot dziecko gra sobie w szachy. A tu turniej, na który przyjdą inne dzieci z innych przedszkoli i pewnie będzie tak, że będą lepsze, a moje dziecko będzie płakać rzewnymi łzami. Ale dobra, nic się nie odzywam i w piątek lecę po syna do przedszkola.

Nie spodziewając się żadnych atrakcji, ubieram starą czarną kurtę na mój strój domowy czyli dresy ciążowe, które po mocniejszym związaniu służą mi cały czas i bluzę nieco pochlapaną białą farbą – no, nie doprało się. Kuromysło. Zarzucam kaptur, oby mnie tylko pani Anetka poznała, zabieram dziecko i spadam. Niestety! Na samym wejściu mój syn leci do mnie z żółtą kartką informującą o turnieju. Szlag! Chce mi się kwitnąć na jakimś turnieju! Próbuję namówić go na zmianę planów, wytłumaczyć, że będzie ciężko, zniechęcić… Nic to nie daje!

– Mamo, jak wygram, to wybiorę sobie zestaw lego! – Jezu, to on mierzy tak wysoko!

No fajnie, że jest ambitny, no ale znam jego możliwości. A może powinnam wierzyć w swoje dziecko? Tak! Jaka ze mnie matka, skoro myślę w ogóle że nie wygra? Wygra!
Zabieram jeszcze Najstarszego i idziemy zapisać się na turniej, bo już za pół godziny się zaczyna. W międzyczasie chłopaki grają żeby trochę poćwiczyć, a ja siedzę na stołku z przedszkola w tych za dużych dresach, ale za to elegancką torbę sobie fioletową wzięłam, kuźwa!

Zanim się zaczęło minęła godzina. Ale tu zdjęcie, tam gierka, szybki look na rodziców i dzieci i jakoś minęło. 5 rund systemem szwajcarskim, po dwadzieścia minut. Jakoś zleci, myślę, ale pocieszam się że w domu został marudzący Maluszek, więc nie wiem co gorsze.
Rodziców wypraszają, życzę synowi powodzenia, przytulam i wychodzę na korytarz. A tam gorąco, a ja w tej kurtce, której nie mogę zdjąć bo mam tą bluzę uchlapaną farbą, szlag by to trafił, upocę się tu jak nic. Tymczasem towarzystwo się rozsiada, co niektórzy wyciągają wodę (Jezu, ale pić mi się chce), kanapki (no tak, już piąta, do siódmej zleci, a ja nic nie mam dla dzieci), jeden ojciec nawet z pizzą przyleciał. Wyciągamy z moim najstarszym synem komórki i gramy, ambitnie, on w Mou czy Pou, a ja w kulki. Za chwilę wylatuje mój sześciolatek, jak na skrzydłach, ocho, chyba wygrał!

Mamo, zremisowałem!!!! Ja miałem tylko jednego pionka, a mu zabrakło czasu!!! Z tych nagród wybiorę sobie chyba piłkę do kosza!

Acha, wszystko jasne. Runda druga. Wysyłam mojego towarzysza niedoli po wodę i batony.

– Kup Staropolankę, niegazowaną.

Przychodzi po 15 minutach z Kroplą Beskidu, gazowaną, ale za to bezbłędnie zakupił batony. Za chwilę wybiega mój szachista, znowu na skrzydłach!

Mamo, znowu remis! Ja miałem jednego pionka i on też miał jednego pionka!
– Wiesz co, ale jak chcesz jakąś nagrodę to musisz teraz wygrać – próbuję sprowadzić moje dziecko na ziemię, bo wiem co się święci.
– Ale tam są jeszcze książki i dyplomy!

No dobra. Runda 3, prowadzę go do stolika, okazuje się że gra z kolegą z przedszkola. Jego mama mówi, że coś mu nie poszło w ostatniej grze i jest załamany, pewnie nie będzie już grał. Kiwam ze zrozumieniem głową i pocieszam, że na pewno mu dobrze pójdzie, ale w myślach cieszę się jak durna, bo może jest szansa! Dobra nasza, mały jest rozczarowany, nie da rady. Szepczę mojemu dziecku do ucha, że ma go zmiażdżyć, bo jest silniejszy i patrzę w zapłakaną buzię tego chłopczyka bez krzty empatii.

Siedzimy na korytarzu, trochę już mnie dupa boli od tego siedzenia, zaglądam pełna nadziei, ale nic nie widać. Po 20 minutach wychodzą dzieci, moje – załamane. O kuźwa, mały się pozbierał i ograł mojego synusia, no niezła podpierdolka!

Przegrałem….
– Posłuchaj, jeszcze dwa mecze, może wygrasz, a jak nie, to nie martw się, potraktuj to jak zabawę, może się czegoś nauczysz i następnym razem wygrasz?
– Tak, będę próbował – mówi mój dzielny chłopczyk i idzie na wojnę. Runda 4.

Zaglądam, niecierpliwię się, trzymam kciuki, ale niestety widzę jego przeciwnika, który wpada w ramiona uciesznego ojca. Chyba wygrał, kurde, no i z czego on się tak cieszy? Za chwilę  mój synek płacze na moich kolanach. Pocieszam go, tłumaczę, ale trzyma się i szybko ociera łzy. Pytam czy chce już skończyć i iść do domu, prawdę mówiąc mam już dosyć.

– Wiesz, pan ma dla każdego batona i lizaka, więc poczekam do końca. – Ufff, muszę wytrwać. Upocona, głodna i zmęczona tym siedzeniem.

Runda 5, pan z dziurą w skarpecie zagaduje mnie, że jutro o 9.00 też jest turniej dla przedszkolaków i on się z córką wybiera. Jezusie, drugi raz nie dam rady tak kwitnąć!
Niestety, znowu porażka. Strasznie żałuję, ale wiem, że trzeba nauczyć się ponosić porażki i wiedzieć, że nie zawsze się wygrywa. No taki life! Na razie moje dziecko trzyma się, może też będzie mógł ocenić swoje możliwości następnym razem. Czekam aż wypiszą dyplomy i układam plan. Za miesiąc kolejny turniej, na który syn się wybiera (!). A więc codziennie szachy na komputerze, ćwiczenia ze starszym bratem, który dłużej się uczy, no i jeszcze by się przydało ciocię Natalkę zaangażować, może jej małego szachistę podrzucę na dwa dni, niech go przeczołga z tymi szachami i nauczy jak wykończyć wroga w trzech ruchach, szach i mat! Ach, no i jeszcze trzeba kupić zegar szachowy!

Tymczasem rozdanie nagród, moje dziecko siedzi grzecznie na końcu, na tym małym przedszkolnym krzesełku, patrzy z żalem na tych, co wygrali i czeka na batona i lizaka. Ja już mam dosyć, jestem zmęczona jak koń po westernie i wiszę na regale gdzieś w kącie. Widzę jednak dobrze tego małego padalca, co wygrał zestaw lego, który chciał synek mój kochany i serce mi krwawi. Za chwilę jednak przybiega rozpromieniony i wymachuje mi Princepolo przed nosem:

– Mamo! Zobacz co dostałem!

Chyba jednak to ja mam problem z przeżywaniem porażek – stwierdzam i nareszcie zabieram dzieci do domu.