Wielozadaniowość to nasze drugie imię

Wielozadaniowość to nasze drugie imię

Wielozadaniowość to nasze drugie imię. Po prostu jako matki umiemy pracować i jednocześnie zajmować się całym domem. Nie udało się to pewnemu profesorowi. W ubiegłym tygodniu internety obiegł filmik, na którym profesor Kelly udziela wywiadu BBC, a w tle biegają jego dzieci. Wszyscy pośmialiśmy się z tego, choć trudno oprzeć się wrażeniu, że facet nie umiał sobie poradzić z tą sytuacją, przez co wyszło to trochę groteskowo. Z dużą dozą pewności zakładam, że gdyby na jego miejscu siedziała jakaś mama, rozwiązałaby tę sytuację o niebo lepiej. 

Wielozadaniowość macierzyńska


To chyba pierwsze, czego się uczymy stając się mamami. Małe dziecko pochłania tyle czasu i uwagi, że wprost trudno nadążyć z innymi obowiązkami. Trzeba robić kilka rzeczy na raz. Która z nas tego nie zna? Prasowanie i oglądanie seriali. Karmienie i czytanie. Przeglądanie internetu z dzieckiem na kolanach. Spacer i rozmowa z przyjaciółką – to chyba przerobiłyśmy wszystkie. Ja także. Kiedy karmiłam, nawet w nocy, zawsze czytałam swoją powieść albo przeglądałam Facebooka. W czasie kąpieli miałam chwilę, żeby wrzucić pranie, poukładać ciuchy, ogarnąć łazienkę. A podczas spaceru zahaczałam o spożywczak, bo zawsze czegoś w domu brakowało. Czas dla siebie? Tylko podczas snu.

Praca i małe dziecko


Cóż mam powiedzieć. No da się. Choć kiedy dzwoni klient, a w drugim pokoju płacze obudzone dziecko, nie ma bardziej stresującej sytuacji w danej chwili. Albo kiedy trzeba wysłać jakiś projekt, a z boku wprost wszystko grozi totalną katastrofą – dzieci płaczą, zupa się przypala, a do drzwi dzwoni kurier. I to uczucie, że nie poświęca się uwagi dzieciom, kiedy tego potrzebują. A potrzebują niestety akurat w tym momencie, kiedy wszystko nagli, kiedy sypie się internet, kiedy właśnie dzwoni szef i chce się dowiedzieć czegoś bardzo ważnego.  Ech, przeżywałam to tysiąc razy, nie tylko z malutkim dzieckiem, ale nawet teraz, kiedy mam dzieci można powiedzieć odchowane. 

Profesor, który nie ogarnia


Ten filmik z wywiadem, który udziela profesor Kelly dla BBC, jest rzeczywiście zabawny. Dzieci wparowują mu do pokoju w najmniej pożądanym momencie i trochę wygląda to z jego punktu widzenia nieprofesjonalnie. Ba, jedno wchodzi kaczym krokiem, a drugie wjeżdża na jeździku! ? Na koniec wbiega spanikowana mama, która wyciąga za fraki oboje dzieciaków i na kolanach zamyka drzwi ?. Do tego, jak się potem przyznał, profesor siedzi w dresach albo może i w majtkach, czego oczywiście nie widać spod biurka, ale unieruchamia go to skutecznie. Bawi mnie to nagranie za każdym razem, kiedy je oglądam, a robię to często, bo filmik przeleciał przez internety i ciągle gdzieś się pojawia. Ot, jak można zrobić w prosty sposób karierę dzięki dzieciom! 

Ale czy byśmy nie pokochali profesora gorącą, matczyną miłością, gdyby wziął to dziecko na kolana, zamiast odganiać jak intruza? No bo, nie wiem, czy wy też tak miałyście, zdziwiło mnie trochę, że pan jakoś tak podszedł do tych dzieci kwadratowo. Ja bym inaczej się zachowała i pewnie każda matka, choć nie zrozumie nas tak dobrze nikt inny, jak drugi rodzic, który też ma małe dzieci. Ja już kiedyś odbyłam rozmowę służbową z moim szefem, kiedy oboje smażyliśmy kotlety. Na szczęście nie miałam włączonej kamery i nie widziało mnie pół świata 🙂

 

 Z punktu widzenia kobiety


Internet nie byłby internetem, gdyby, zaraz po milionach odsłon i udostępnień, do sieci nie trafiły memy i parodie. No i w tym przypadku też mamy odpowiedź! Skecz pochodzący z Nowej Zelandii pokazuje, jakby wyglądał wywiad, gdyby na posterunku siedziała mama. Początek jest podobny. Spiker zadaje pytania, padają profesjonalne odpowiedzi. Ale za chwilę wszystko się zmienia. Wchodzi córka kobiety i za chwilę trafia na jej kolana, dostaje butelkę, a ona wciąż udziela wywiadu! Potem macha grzechotką młodszemu dziecku, wyciąga mięso z piekarnika, myje kibel i wśród ogólnego zamieszania rozbraja bombę! Na koniec w drzwiach staje jej mąż, bidulek, strasznie bezradny, bo nie może bez pomocy żony znaleźć drugiej skarpetki. I nie wiem, co jest straszniejsze: ta bomba czy ten biedny chłop z jedną skarpetką w ręce! Zobaczcie:

 

Czasem trzeba odpuścić


Wielozadaniowość to jednak podobno mit. Bo tak naprawdę robiąc wszystko na raz, nie robimy nic porządnie. Jednak trudno czasem pogodzić ogrom obowiązków, które na nas spadają wraz z dziećmi w pakiecie. Trzeba sobie jakoś radzić. Ogarniać dom, pracować i być kobietą aktywną. I myślę, że faceci tego nie potrafią.

Często wspominam siebie, kiedy odrabiałam lekcje z dwójką moich starszych synów. Jeden robił matematykę, a drugi angielski. Ja im podpowiadałam, jednocześnie trzymając na kolanach Malutka, który miał wtedy może z dwa lata. Kiedy zaglądałam do zeszytu najstarszego syna, w tym samym czasie najmłodszy odwracał się w drugą stronę i bazgrał średniemu na ćwiczeniach, w których robił zadania. Po takiej przeprawie pozostaje tylko zresetować sobie mózg serialem i wypić kieliszek wina. Albo dwa.

Jednoczesne skupienie uwagi na kilku rzeczach wykańcza mnie i, powiem szczerze, padam jak nieżywa po takim dniu. Dlatego często odpuszczam sobie, a zaoszczędzony czas wykorzystuję dla siebie. Na relaks, na kształcenie się, na rozrywkę. Nie żałuję tego czasu. Dzięki tym odskoczniom jakoś funkcjonuję. I choć czasem zdarza mi się rozbrajać bomby i myć kible, prowadząc jednocześnie bardzo ważną rozmowę biznesową, jeszcze nie zwariowałam. Nie osiągnęłam też perfekcjonizmu. Powiem nawet, że mi do niego bardzo daleko! Ale o tym cicho sza 🙂