Wiosna – czas odświeżyć ciuchy i fryzurę

Wiosna – czas odświeżyć ciuchy i fryzurę

Wiosna – dobry czas, żeby zmienić ciuchy, buty, fryzurę, odetchnąć pełną piersią… Ponieważ akurat otrzymaliśmy zaproszenie na wesele, postanowiłam się trochę odgruzować i pójść do fryzjera oraz na research po sklepach. Cel: zakup nowej sukienki. Nie był to jednak całkiem udany pomysł…

Najpierw jednak, zarośnięta jak chart afgański, postanowiłam udać się do fryzjera. Stwierdziłam już dawno, że muszę znaleźć jakiś salon na podorędziu, bo jazda do centrum miasta to zwyczajna strata mojego drogocennego czasu, więc umówiłam się na usługę na moim osiedlu. Jak się okazało trafiłam na oślep, ale całkiem trafnie i zadowolona z nowego looku wróciłam do domu. Gorzej było z zakupem nowej sukienki…

Kiedy pracowałam, z racji wielu imprez, na których musiałam bywać, sukienek miałam pełną szafę. Z czasem jednak straciły fason i trzymam je chyba tylko z sentymentu. A siedząc w domu z dziećmi, nie korzystam z wyszukanej toalety – moja ulubiona stylizacja to szary dresik i bluza, plus piękne bamboszki w panterkę z Lidla. Z czasem strój stał sprawą drugorzędną (pisałam o tym w poście “Powrót do pracy po rocznym urlopie macierzyńskim”) i kiedy trafiła się okazja, żeby gdzieś wyjść, okazało się, że nie mam co na siebie włożyć.

Wybrałam się więc do galerii handlowej. Niby wchodzę w rozmiar 38, jak zwykle, więc stwierdziłam, że chyba nie będzie tragedii. W domu, póki co, nie mam dużych luster i żyję w błogiej nieświadomości własnego ciała. Zresztą pod bluzą nic nie widać, a w luźne dresy nawet bym się wcisnęła, gdybym miała parę kilogramów więcej. 

Zatem pełna pozytywnej energii i nie przeczuwająca nadciągającej porażki, ruszyłam na podbój sklepów z ciuchami.

Pierwsza sukienka, mocna czerwień, może być. Licząc na efekt “wow”, ubrałam i…. aaaaaa!!! Prosty fason spływał elegancko po płaskich cyckach i zatrzymał się na fałdach wokół brzucha, które dodatkowo pokreślił materiał sukienki. Pasek opiął się jak na Obelixie, więc wciągnęłam odruchowo powietrze i zaczęło być w miarę ok, do momentu, kiedy uświadamiam sobie, że ciężko mi oddychać. Po chwili wszystko wróciło do normy, a ja zrezygnowana ściągnęłam sukienkę. Ja pierdzielę, no nie może być aż tak źle! Próbuję dalej! Ubrałam drugą, w niej cała nadzieja! Delikatny róż, spódnica marszczona tuż pod pasem. Może się schowa to i owo w tych fałdach? Chwila niepewności i… lepiej, ale te ramiona wiszą jak dwa flaki, no i spódnica za krótka jak na taką ryczącą czterdziestkę jak ja.  Do tego ten kolor skóry! Żadna ze mnie mulatka, rasa środkowoeuropejska, ale po zimie straszna ze mnie bladź! Przyda się ten wyjazd majowy do Włoch, może nabiorę trochę kolorytu! 

No nic, odłożyłam sukienki zdeprymowana i postanowiłam ubrać taką jedną, którą mam w szafie, nówkę, kupioną w tamtym roku. Nie miałam okazji jej włożyć, więc akurat teraz się nada. Sukienka całkiem letnia, dlatego początkowo nie brałam jej pod uwagę, ale przecież na weekend miała być pogoda! Poza tym jest luźna, bez pasków i ramiączek uwydatniających niekształtne ramiona. Tak! Ta sukienka to dobry pomysł. Do tego założę żakiecik, który zakryje wiszące flaki, zwane nietoperzami, i ściągnę go dopiero jak wszyscy będą lekko wstawieni. Po 24.00 nikt nic nie zauważy!

Pokrzepiona tą myślą zmieniam plany i z sukienkami daję sobie spokój na razie. Następny cel: strój na plażę, bo wyjazd już niedługo. Ambitnie! Szukam, szukam, ale nic ciekawego nie ma. W żadnym się nie widzę. Ale nagle… jest, jest! Chwytam w nadziei kolorowe bikini, ubieram i znów masakra! Dwa trójkąciki na dwóch tasiemkach przykryły jak znaki ostrzegawcze dwa wiszące placki, tra-ge-dia! Musiałabym mieć chyba zaćmę, żeby to kupić. Karmienie piersią nie było moją domeną, ale już chyba lepszy był kapiący cycek niż te dwa tutaj berety z antenką. No klapa! Bez doktora Szczyta się nie obejdzie!

Idę dalej, może poszukam innego fasonu. Dwie następne próby i fiasko! Do tego jeszcze szybki look w lustro i mam dosyć. Lepiej już było, wiem, i facjata do wymiany jak nic po nieprzespanych nocach i braku wizyt u kosmetyczki. Nadaję się tylko na recycling albo do roli Bridget Jones, stwierdzam, i uciekam z krzykiem ze sklepu.

Resztę miłego popołudnia spędzam na zakupach w mojej ulubionej (od teraz) marce Empik…

Macierzyństwo to piękny okres, ale często nie ma czasu dla siebie. Domowe ciuchy, w których najwygodniej, fryzjer i kosmetyczka, której nie załatwi się podczas drzemki dziecka – znacie to? Jak wspominacie siedzenie w domu z dzieckiem albo szukając pracy? Czekam na Wasze opowieści!