Wyjątkowe święta

Wyjątkowe święta

Te święta były wyjątkowe – po raz pierwszy w nowym domu, po raz pierwszy u nas gościli rodzice przy naszym nowym, wielkim stole, po raz pierwszy przyrządzałam karpie, kapustę smażoną i inne przysmaki wigilijne, na które jeździliśmy do jednej mamy albo do drugiej. No i po raz pierwszy właśnie przesiedzieliśmy całe święta w domu.  No, ale przygotowania były, a jakże!

Ponieważ miałam do świąt trochę pracy, zabrałam się za przygotowywanie na ostatnią chwilę. Ponieważ w weekend jakoś nie było kiedy, zakupy zrobiłam dopiero w poniedziałek. Na szczęście była niania, więc pojechałam ze spokojną głową. A tu ostatnie prezenty do kupienia, zakupy na wigilijny stół, jakieś drobiazgi. Jak tu się na to przygotować?

W niedzielę zadzwonił do mnie tata:

– Jak tam przygotowania, robisz coś?
– Nnnie… nic jeszcze….
– Bo my tu z mamą gotujemy, lepimy, smażymy…

O Jezu, a ja nawet porządków nie zrobiłam! Może czas zacząć panikować?

Zerknęłam do internetu. Noż, cholera, okazało się że wigilię można zorganizować według planu, a i owszem, można nawet skorzystać z gotowego kalendarza przygotowań, ale trzeba się zabrać za to miesiąc przed. O kuźwa! A ja mam dwa dni, nie zdążę!!!! Jednak weryfikując wiadomości, połowę przygotowań odrzuciłam, bo na szczęście jedna babcia podjęła się robienia pierogów i uszek, a druga barszczu, ciasteczek i mięs. No i karpie były już kupione i zamrożone, więc tylko je przyrządzić. A już myślałam, że będę musiała się zapisać – w pobliskim sklepie była stosowna wywieszka, że można się na karpia milickiego zapisać, więc już miałam lecieć, gdy się okazało, że babcia ma przygotowane oczyszczone, a co najważniejsze zabite karpie w zamrażarce. Przy okazji namędziłam mężowi, żeby w końcu kupił piekarnik parowy, na który była przygotowana wnęka, bo bez niego nie da się i już! Mąż zmiękł, poczuł powagę sytuacji i dzień przed wigilią piekarnik przybył, więc byłam już spokojna. Można powiedzieć, że połowę przygotowań miałam za sobą!

W poniedziałek, jak na złość, po nieprzespanej nocy (mały się budził, mąż się wybierał do pracy, nie mogłam zasnąć), zwlekłam się dopiero po 10.00. Potem zakupy zeszły mi do 15.00, a w kuchni dotąd nic się nie zadziało! Jednak pokrzepiona zakupionymi prezentami i produktami (z kartką, według wybranych przepisów), postanowiłam, że zrobię to, co zaplanowałam choćbym musiała siedzieć do nocy. W końcu jak dzieci śpią, to nic, tylko robić! Święta muszą być wyjątkowe!

W międzyczasie serfując po internecie dowiedziałam się, że wcześniej można było przygotować makarony (ale ja kupiłam, bez przesady), pierogi, makowce, bigos, pierniki. Ja – cóż – w ostatni dzień niemalże zabieram się za bigosik i dwa ciasta. Kiedy upichciłam rzeczony bigos i wyszedł wyśmienicie, pomyślałam, że już chyba wszystko mi wyjdzie. Następne ciasto – sernik żurawinowy – udał się, piernik udał się. Wszystkie przepisy polecam, bo i ciasta i bigos były bardzo smaczne. Znalazłam je na mojej ukochanej Kwestii Smaku (piernik, sernik, bigos). Cóż, w poniedziałek poszłam spać całkiem spokojna.

sernik żurawinowy

We wtorek dzień zaczęłam znowu od zakupów. Zostało jeszcze kilka rzeczy do dokupienia. Naiwna, pomyślałam jeszcze, że może kupię sobie coś do ubrania? Po kilku przymiarkach spasowałam. Nie, to nie jest mój dzień na zakup ciuchów. Na moim bezkształtnym ciele bez majtek wyszczuplających, porządnego make-upu i szpilek nic nie wygląda dobrze. A ja z dwoma reklamówkami, w szarej kurteczce, bez twarzy i w starych adidasach wyglądałam jak kloszard. Więc kiedy sięgnęłam po koronkową bluzkę od razu nie byłam do niej przekonana. Z takim nastawieniem nie da się kupować ciuchów, niestety. Za to lepiej poszło mi kupowanie paru gadżetów do upiększenia mojego surowego jeszcze wnętrza. 

paszteciki

Po południu znów zajrzałam do Kwestii Smaku i Mniammniam i przygotowałam resztę potraw. Pierwszą usmażyłam kapustę. Posłużyła mi do kilku potraw. Zrobiłam paszteciki i w tym celu nawet kupiłam sobie wałek. Reszta została na łazanki i kapustę podaną na bakłażanach, a co, na bogato! Wieczorem kiedy już miałam upieczonego keksa, kiedy upojona z lekka bakaliami w whisky, które wykorzystałam w keksie, odebrałam telefon od teściowej:

– Upiekłam już trzy ciasta, jeszcze planuję dwa – zaczynam rozmowę o wigilijnym menu.
– Asia, a kto to zje? Po co się tak będziesz męczyć? 

Tak… Tym samym straciłam werwę i stwierdziłam, że jedno jeszcze ciasto wystarczy. Wyszło najlepsze ze wszystkich, bo niesłodkie.

keks i piernik

W Wigilię wyspałam się, spokojnie zjadłam śniadanie, potem mały poszedł spać, więc mogłam coś porobić. Ale co? Za wcześnie smażyć karpie, ale czas je odmrozić! Wystawiłam te biedne ryby, żeby się do końca odmroziły (leżały całą noc w lodówce), namoczyłam śledzie a’la matijas i susz na kompot. I poszłam myć podłogi na piętrze. W trakcie zadzwoniła moja przyjaciółka:

– No, czeeeeść!
– Cześć! Co, znalazłaś chwilę na życzenia świąteczne? – zgaduję.
– Właśnie! – zaśmiałyśmy się.
– Ja akurat myję podłogi.
– Ja też, czekam aż wyschną i dzwonię. 
– No to życzę wam wszystkiego najlepszego, nowej pracy na dyrektorskim stanowisku, z dobrą pensją i małą ilością pracy! A poza tym mniej kłótni, nerwów i spokoju! – wymieniam najbardziej pożądane życzenia.
– A ja ci życzę, żebyś sobie znalazła super pracę, no i żebyśmy w końcu mieli czas, żeby się na chwilę zatrzymać. – No tak ja na wypowiedzeniu, nowa praca by się bardzo przydała.
– No właśnie, żeby nasi starzy trochę mniej nerwowi byli. U mnie w tym roku w miarę spokojnie, nawet z choinką nie było żadnej afery. – Niestety, co roku choinkę mój mąż kupuje na ostatnią chwilę i zawsze jest z nią jakiś problem.
– U mnie jak co roku, powiedziałam, że beznadziejną choinkę kupił i się wkurzył, powiedział, że za rok sama będę kupować.
– Czyli znowu to samo. To życzę ci, żeby twój mąż mówił do ciebie same czułe słówka! – Marzenie…
– No i ja też ci życzę, żebyś usłyszała od swojego, co sobie życzysz… – Nierealne…
– Mój zawsze w wigilię szepcze mi do ucha…
– … Bo wszystkie zwierzęta zaczynają mówić ludzkim głosem
– …Tak… wyszepcze mi mnóstwo życzeń, które nigdy się nie spełnią – śmieję się.

Tak sobie gaworząc spędziłyśmy przy telefonie jakieś pół godziny. Przypomniała mi też się historia z wigilii jakieś 5 lat temu, kiedy było u nas bardzo nerwowo. Mój mąż nie posłuchał mnie i zamiast kupić choinkę w doniczce, żeby mieć święty spokój, kupił ściętą. Jak to zobaczyłam od razu szlag mnie chciał trafić. Powiedziałam, że będzie się sam męczył z tą choinką, ja do tego ręki nie przyłożę. Czasem oszczędność mojego męża doprowadza mnie do szału. Ile by więcej zapłacił?

Oczywiście okazało się, że w czeluściach naszej piwnicy nie można znaleźć stojaka, który przecież tam był. Więc problem z choinką stał się jak najbardziej realny. Ale ja oglądałam w spokoju telewizor, nie zamierzałam w tej sprawie kiwnąć palcem. Za to mój mąż zaczął gorączkowo myśleć w czym by tu postawić choinkę. Po chwili wylazł na balkon i wrócił ledwo dźwigając wielką donicę. W środku nawet była ziemia. Zamarznięta. Nic nie dało się zrobić. Ja nic, nawet nie drgnęłam. Wziął tą donicę z powrotem na balkon, ledwo przelazł przed próg, taka była ciężka! Przyniósł drugą, mniejszą, ale za to bez ziemi. Choinka stanęła w doniczce, ale zaraz się gibnęła w bok. Pojawił się problem czym ją ustabilizować. W tym momencie mój mąż, który ma geny Adam Słodowego, wymyślił! Przyniósł wiertarkę i deseczki. Ja zamarłam, toż to dzień przed Wigilią, godz. 21.00, czy on zwariował? Ale nic, trwam! W międzyczasie lecą różne inwektywy, a co, choinka jak nie stoi, tak nie stoi! Mój najstarszy syn, który miał wtedy chyba pięć lat, pomagał ojcu utrzymać tą choinkę w pionie. Ponieważ był mały, a choinkę trzymał wysoko, ciągle ją przechylał w swoją stronę. W związku z tym ciągle mu się obrywało. Ja już nie mogłam na to patrzeć, ale jak tu święta spędzić bez choinki porządnie zamontowanej? No nie da się. Po jakiejś godzinie wiercenia, ustawiania, nerwów i mojego niewzruszonego oglądania filmu, choinka stanęła w końcu! 

W tym roku znowu pojawiła się doniczka, ale jakoś szybko udało się choinkę poskromić i ustawić w pionie. Tylko bombek trochę zabrakło, bo tak dużego drzewka jeszcze nie mieliśmy.

aniołek na choince

Wracając do przygotowań, koło 14.00 zabrałam się za karpie, jeden w śmietanie, drugi w białym winie na parze. Wyszły dobre, szczególnie ten w śmietanie (przepis z Mniammniam, polecam), jak na pierwszy raz to nie było się do czego doczepić. Wszystko w odpowiedniej temperaturze i czasie trafiło na stół. Teściowa powiedziała, że powinnam medal dostać za tą wigilię, nawet mojemu mężowi się podobało, więc chyba wszystko wyszło dobrze.

Dlaczego te święta były wyjątkowe? Najważniejsza chyba była atmosfera. Tym razem na luzie, rodzice z obu stron byli w gościach, więc z ich strony nie było stresu (jak to rodzice, zawsze wszystkim się przejmują), a ja w tym ferworze walki jakoś też specjalnie się nie denerwowałam. Oby więcej święta zawsze były tak wyjątkowe! 

A jak wasze święta? Czy ktoś z Was przygotował całą wigilię samodzielnie? Pytam, bo uważam, że to nie jest prosta sprawa i trzeba chyba z tydzień spędzić w kuchni!

  • Iwona

    Aśka ja dwukrotnie (jeszcze w posiadanym wcześniej domu) organizowałam Wigilię. Również Rodzice, rodzeństwo moje i męża – stawiło się licznie. Było super :-), spokojnie, wesoło, rodzinnie. Wszyscy się nareszcie zmieścili przy dużym domowym stole. Każdy coś przywiózł, najwięcej przygotowałam sama. Wspominam ten czas naprawdę z sentymentem. Może jeszcze kiedyś…. w nowym kolejnym domu… jak mąż zbuduje…..

  • Właśnie u mnie zabrakło rodzeństwa. Rozjechali się do swoich połowek. Ale i tak było fajnie, lubię takie rodzinne zjazdy 🙂 A tobie życzę nowego dużego domu z ogromnym stołem dla całej rodziny 🙂