Wyprawka do szkoły

Wyprawka do szkoły

Już za dwa tygodnie szkoła, potrzebna będzie wyprawka do szkoły. Wybrałam się więc do supermarketu. Tym razem trochę inaczej podeszłam do zakupów, pamiętając różne szkolne historie z udziałem mojego najstarszego syna…

W tym roku mój najstarszy syn idzie do czwartej klasy, a średni do pierwszej. Na szczęście dostaje po starszym bracie tą samą panią, więc będzie nam raźniej. No i strach i rozpacz czarna mnie ogarnia jak sobie pomyślę o nowych wyzwaniach dla nas wszystkich. Pierwsza klasa – ciekawa jestem jak sobie będzie radził mój sześciolatek. Czy będzie bardziej obowiązkowy niż jego brat? Czy też będzie dobry z matematyki, czy może z polskiego? Czwarta klasa – zaczną się stopnie, nowe przedmioty, z każdego inny nauczyciel. A poczucie obowiązku odrabiania lekcji u mojego dziecka niemal równa jest zero. No tak, mama pomyśli i przypomni. Jak nie przypomni, to potem pani upomina:

– Proszę zwrócić uwagę, żeby syn miał odrobione lekcje. No i nie miał ostatnio kilka razy książki.

A co rano pytam:

– Masz wszystko spakowane?
– Tak!
– Na pewno? Sprawdziłeś?
– Tak!

No i jak tu nie wierzyć własnemu dziecku? Spakował i sprawdził, a jakże! Tylko ja się potem czuję jak wyrodna matka.
W tym roku trochę zaoszczędziliśmy, bo książki do pierwszej klasy na szczęście są za darmo, a do czwartej niestety trzeba było kupić za całe 530 zł. Kilka przedmiotów, do każdego inna książka i do tego zeszyty ćwiczeń. Nie wiem jak moje dziecko się w tym połapie, a chciałabym już nie pilnować go tak bardzo. Przecież musi się nauczyć odpowiedzialności i samodzielności. Raz zapomni, drugi raz zapomni, za trzecim zabierze – pocieszam się.

Ale co ja mówię? Pewnego razu na korytarzu podeszła do mnie pani:

– Syn siedem razy pod rząd nie miał stroju na w-f!

Jezu, jak można siedem razu nie wziąć stroju? Wystarczy, że nie sprawdzę organoleptycznie i już nie ma! Od tego czasu pakowanie w-fu odbywa się na moich oczach. Ale i tu przytrafia mi się wpadka! Któregoś razu patrzę, a on pakuje strój na w-f koloru bordowo – niebieskiego, dokładnie strój piłkarski Barcelony. A pani mówiła, że ma być biało-czarny. Zaczynam więc pogawędkę:

– Czemu bierzesz ten strój, a nie białą koszulkę i czarne spodenki?
– Ojej, wszyscy mają takie stroje!
– Wszyscy, to znaczy kto?
– No, Jędrek, Marek… – wymienia bez zająknięcia. Zrezygnowana macham ręką. Spieszy nam się i nie mam czasu na gadanie.

Po południu odbieram go ze szkoły. Ostatni był w-f. Z boiska wraca jego klasa. Wszyscy, i Jędrek, i Marek na biało-czarno, mój syn… na bordowo – niebiesko. Po awanturze w domu okazuje się, że nie ma czarnych spodenek. Jak kloszard szukam ich na drugi dzień w worku z zaginionymi rzeczami, które pani woźna znajduje w szkole. Nie ma.
Od razu kupuję po 3 białe koszulki, lekko za duże, żeby nie wyrośli od razu i po dwie pary spodenek dla obu moich uczniów.

Do tego dochodzą kapcie. W naszej szkole dzieci muszą mieć obuwie na zmianę. Któregoś razu dziadek kupił wnukowi super czarne sportowe buty. Uznaliśmy, że nadają się do szkoły. Jednak co przyszłam odebrać moje dziecko po lekcjach, zawsze szedł z rozwiązanymi sznurówkami! I jeszcze po schodach! Z drugiego piętra! Powitanie po całym dniu nauki wyglądało mnie więcej tak:

– Jezu, czy ty możesz zawiązać sobie te buty?! Nadepniesz sobie kiedyś na te sznurówki i spadniesz ze schodów!

Nic się jednak nie zmieniło. Codziennie miał rozwiązane buty. Widok tych rozwiązanych butów i ciągnących się po podłodze białych sznurówek doprowadzał mnie do szału.
Jednak raz się zdarzyło, że miał zawiązane. Już pod koniec roku szkolnego podjechałam pod szkołę i patrzę, że idzie mój trzecioklasista. Ale taki jakiś markotny, ze zwieszoną głową. Nic się nie odzywa i bardzo zły ostentacyjnie wsiada do samochodu.

– Co ci się stało?
– Ktoś mi ukradł buty! – wybucha płaczem.

Co??? Rzeczywiście, widzę, że jest w tych butach na zmianę, co mu dziadek kupił. Nie zwróciłam uwagi, bo były zawiązane.

– Jak to ci ukradł? Może gdzieś zostawiłeś?
– Nie! Wyciągnąłem z szafki, chciałem ubrać i już ich nie było!

Boże, Ty to widzisz i nie grzmisz! I znowu jak kloszard idę szukać butów. Znajdują się u pani woźnej następnego dnia. Czary!
Wyciągam z tego doświadczenia wnioski na przyszłość i kupuję buty sportowe, w których, w przypadku zagubienia obuwia na zewnątrz, będzie mógł wrócić do domu. I oczywiście na rzepy!

Od czasu do czasu zaglądam jednak do szkolnego plecaka mojego dziecka i za każdym razem szlag chce mnie trafić. Po pierwsze: znajduję śniadanie, na którym już prawie rosną pieczarki. Po drugie: rozwalony i zdekompletowany piórnik. Po trzecie: zmięte, pogięte i brudne zeszyty, jakby psu z gardła wyciągnięte. 

Tym razem kompletuję zeszyty w twardej okładce, opatrzone nazwą przedmiotu, z piękną, kolorową grafiką. Zobaczymy, może przetrwają więcej niż te cienkie, które otrzymuje młodszy. Oczywiście stoję jak durna i przewracam całe stoisko do góry nogami w poszukiwaniu ulubionych motywów. Nie może być różowy bo to dziewczyński, a bohaterowie z bajek to dla przedszkolaków – słyszę. Od razu kupuję po 6 w linie i 6 w kratkę na zapas, bo to, co lubię najbardziej to, jak tuż przed wyjściem okazuje się, że zeszyt się skończył, ja nie mam zapasu, a w ofercie Biedronki akurat nie ma przyborów szkolnych. Ostatecznie nie zgniją!

zeszyty 1000

Przy okresowym (czytaj: matka wpada w szał rodzicielskiej kontroli) przeglądaniu plecaka zawsze okazuje się, że nie ma: temperówki, gumki i kleju. Więc kupuję na zapas temperówkę, dwie gumki i trzy kleje. 

– A gdzie masz klej? – pytam któregoś razu, bo nie mogę znaleźć.
– Skończył mi się.
– Czemu nic nie mówisz? Dawno? – dopytuję.
– No dawno.
– To czym ty kleisz?
– Pożyczam od kolegów – ze smutkiem odpowiada moje, zaniedbane przez matkę, dziecko. 

Z działu gumek i temperówek przechodzę do długopisów i piór. Co tydzień odbywały się u nas w domu dantejskie sceny z powodu pisania “Małej twórczości” (piszę o tym tu). Nie dość, że musiałam zapanować nad treścią (początek, rozwinięcie i zakończenie), to jeszcze nad pisaniem, tak, aby pani mogła się doczytać. Niestety, przepisywanie nie wchodziło w grę, bo mój syn przejawia totalną niechęć do pisania. To by chyba skończyło się jakąś apokalipsą, a ja wylądowałabym w psychiatryku! Więc koniecznie kupuję niebieskie naboje do pióra (czarnego atramentu nie zmaże zmazik) w dużej ilości i zmaziki. Też w dużej ilości. Najlepsze są w sztyfcie z jednej strony i z mazakiem z drugiej. Można precyzyjne wymazać błędy, a mazakiem poprawić (niestety pióro nie pisze po zmaziku). Do tego kupuję najtańszy piórnik, bo po roku będzie wyświechtany, i markowe kredki, bo te najtańsze kredki i ołówki nie dają się zatemperować. Do tego bloki, wycinanki, kilka par nożyczek (na pewno się zgubią) i plastelina.

kredki 1000

Do kompletu dochodzi plecak, najlepiej usztywniony z  bocznymi kieszonkami na bidon i kanapki, i koniecznie lekki. Mimo że książki można zostawiać w szkole, mój syn, dopóki nie sprawdziłam mu plecaka, nosił wszystkie! Chyba po to, żeby przypadkiem którejś nie zapomnieć. No, ale tym samym plecak ważył dobrych parę kilogramów.

I to by było chyba na tyle. Z uszczuplonym budżetem o ponad tysiąc złotych, udaje mi się przygotować moich synów do szkoły! Teraz czas na mnie, bo również 1 września, wracam do pracy po półtorarocznej przerwie. Trzeba pokupować żakiety, koszule i eleganckie spodnie!