Zajęcia praktyczno – techniczne dla mam

Zajęcia praktyczno – techniczne dla mam

Ostatnio mój najstarszy syn zafundował mi zajęcia praktyczno – techniczne dla mam. Wieczór, pakuję moje dziecko do szkoły. Właściwie to mu pomagam, bo powinien to robić sam. Ale co matki oko, to matki. Wkładamy polski, matmę, przyrodę, technikę… A właśnie!

A na technikę to nic nie trzeba przynieść? – pytam. I zaraz żałuję, że pytam. Bez tego miałabym wieczór wolny od zmartwień.
– Tak! – wyraźnie ożywia się mój syn – Mamy tu takie zadanie! Tam jest wypisane, co trzeba przynieść.
W pierwszej chwili cieszę się, że nie jest to 7.50 rano dnia następnego, ale w drugiej… mina mi trochę rzednie….
Wprost uwielbiam jak trzeba coś przynieść do szkoły. I pół biedy, jeśli jest to blok i farby, bo to mamy. Gorzej jak trzeba przynieść włóczkę albo skrawki materiału albo, nie daj Boże, wyrośniętą na wacie rzeżuchę (“Mamo, mieliśmy dzisiaj przynieść zasianą własnoręcznie rzeżuchę”). No, nie mam tych rzeczy! Nie robię na drutach, nie szyję i nie jem rzeżuchy! Tak, wtedy jest rzeźba, chodzenie do sąsiadów po pożyczkę, darcie ciuchów albo prucie swetrów. Pod warunkiem, że dziecko powie ci to w odpowiednim momencie.

No niestety, mój syn należy do tych, którzy wszystko sobie przypominają na ostatnią chwilę. Jeśli w ogóle. Ostatnio była akcja z plastyką w drodze do szkoły (“No tak, miałem wziąć blok i farby”), kiedy to o mało nie wyszłam z siebie z nerwów. Bo już nam tutaj prawie lekcje się zaczynają, a ja muszę w ekspresowym tempie znaleźć farby (półka nad biurkiem synusia), blok (dolna szuflada w biurku synusia) i pędzle… no właśnie, gdzie są pędzle? W tym szale szukania i braku czasu już miałam mu dać swoje do makijażu, kiedy wpadł mi w rękę jakiś stary, wyleniały i zużyty przez młodszego syna. W te pędy wyleciałam z domu, żeby zdążyć do szkoły o mało sobie nóg nie łamiąc. Co robił w tym czasie mój syn? Siedział wygodnie w aucie. Ale nawet go nie wysyłałam po ten blok, bo to by trwało dziesięć razy dłużej (“Mamo, gdzie jest blok?”, “Tu i tu”, “NIE MA!!!”).

Tym razem miałam całą noc na szukanie. Co za szczęście!  Kiedy mój synek będzie słodko spał, matka będzie kombinować i pocić się, żeby miał wszystko co trzeba.

– Przecież możesz jeszcze pojechać do Tesco, jest czynne do 23.00 – podpowiada mi koleżanka. Cóż to za zbawienie dla matek roztrzepanych dzieci, ale przecież nie zostawię dzieci samych bez opieki. Trzeba sobie radzić tym co się ma akurat w domu.

książka do techniki klasa 4-6

Kiedy otwierałam książkę do techniki, przez głowę przeleciała mi myśl, że może nie być łatwo, ale nie myślałam, że aż tak. Czytam:

– drewniana łyżka albo łopatka kuchenna (nie mam, mam plastikową, może się nada)
– arkusz białego papieru,
– karton lub papier w jaskrawych kolorach,- krepina (co to, kuźwa jest?)
– 2 drewniane patyki do lodów (nie mam, nie zbieram, ale zacznę)
– 8 drewnianych klamerek do bielizny (nie mam, mam jedną plastikową, może znajdę)
– patyk do szaszłyków (to akurat mam)
– kawałki tkaniny
– nożyczki
– flamastry
– klej do drewna i do papieru (nie mam, mam taki budowlany w tubie do wszystkiego, ale nie dam dziecku takiego)

 

książka do techniki klasa 4-6

Z tego wszystkiego miała wyjść pacynka o szumnej nazwie “Pan Stop”, która będzie takim przypominaczem.
 

Po przeczytaniu całego zestawu potrzebnych rzeczy wiem, że plastikowa łyżka się nie nada, bo nie przykleją się do niej drewniane klamerki. Ale drewnianych nie mam, tylko jedną plastikową. Może ta jedna plastikowa przyklei się do plastikowej łyżki? A co z klejem? To może kropelka…. Nie, przyklei się do niej i klamerka, i pewnie palce mojego syna. Czytam dalej i widzę “podpowiedzi” (pewnie dla takich niezorganizowanych matek jak ja), gdzie piszą, że zamiast łyżki drewnianej może być pędzel. O! To już lepiej, po budowie na pewno coś zostało. Lecę do garażu. Chwila szukania w tym mega bajzlu no i mam! Całkiem nowy, nie śmigany, pewnie mąż kupił sobie do pomalowania czegośtam. Waham  się, no nie wiem, a jak mu będzie potrzebny ten pędzel? Szukam dalej i znowu jest. Stary, zużyty, zanurzony w farbie i w tej farbie zaschnięty. Hm… Oceniam sytuację i wiem, że nie da się go tak łatwo odkleić i wymyć z tej farby. Zapieram się i po paru wprawnych ruchach, z impetem uderzam o ścianę, ale w ręku mam moją zdobycz – pędzel z zaschniętym w zielonej farbie włosiem. A niech będzie, najwyżej “Pan Stop” będzie miał zielonego irokeza z dredami.

książka do techniki Pan Stop

Dobra nasza, teraz coś zamiast patyczków od lodów. Szukam po garażu i nic nie znajduję, nie ma nawet patyków na podpałkę, ani żadnych złamanych rękojeści, nic. Przez chwilę myślę o porąbaniu średniowiecznego miecza, który mój syn kupił na jakimś jarmarku, ale jak widzę jego wzrok od razu mięknę. No nic, szukam dalej. Chodzę po domu, zaglądam w szafki i myślę czym by to zastąpić. Wykałaczki odpadają, za małe i za cienkie. Patyczki do odsuwania skórek, też nie za bardzo, okrągłe, nie przykleją się. Kiedy przeglądam mój kuferek z akcesoriami do paznokci, w rękę wpada mi stary zużyty plastikowy pilniczek. Odklejam warstwę ścierną i mam patyczek! Nie jest to co prawda drewno, ale wierzch jest pokryty klejącą się gąbką czy pianką. Jestem pełna nadziei, że mój syn czymś to przyklei do pędzla. A właśnie! Jeszcze klej. mam taki budowlany, ale nie dam mu przecież takiej wielkiej tuby. No trudno, niech klei na ślinę albo niech od kogoś pożyczy. Wrzucam mu do tornistra jeszcze bibułki, wykałaczki, blok techniczny, nożyczki i flamastry i cóż… musi sobie radzić! W końcu cała myśl techniczna się rozwija, kiedy tworzy się coś z… niczego!