Taki sobie zwykły piątek

Taki sobie zwykły piątek

Myślałam, że to będzie taki sobie zwykły piątek, ale w mój zwarty i nieskomplikowany harmonogram dnia wkradł nieprzewidziany element. Koleżanka poprosiła mnie, żebym była świadkiem w jej sprawie i się zgodziłam, bo nie wiedziałam, że to wypadnie akurat w piątek, kiedy u mnie wszystko jest na odwrót. Każdy ten dzień spędzam rano w domu, a do pracy mam na popołudnie. A rozprawa, jak się okazało, była na 9.00. A niania na 15.30. Ot i już mi się wszystko pogmatwało. Przez tą poranną godzinę, przez brak niani i splot różnych wydarzeń. Po tym wszystkim marzę, żeby być już w pracy…  

Już w nocy, ledwo usnęłam,  zaczęła się akcja. Tym razem najstarszy syn:

– Mamo, niedobrze mi i chyba będę wymiotował….
– To idź, wymiotuj – mówię przez sen.
Za chwilę przychodzi z powrotem.
– Nie mogę…
– To chodź spać tutaj – biorę go do siebie, bo już wolę, żeby zwymiotował u mnie niż na swoim piętrowym łóżku (o urokach macierzyństwa przeczytasz tu). Nie uśmiecha mi się w nocy wdrapywać się na górę, żeby zmienić pościel. Tu mu ścielę ręcznik, przykrywam i już, już odpływam, kiedy… słyszę płacz. To mały.

Lecę do niego, na wpół świadoma, zerkam na zegarek, no fajnie jest 2.50. Mały niestety nie zasypia. Wstaję więc raz po raz, coraz częściej rzucając mięsem i innymi inwektywami. Robię jedzenie. Nie działa. Mały popłakuje jakby przez sen. Chwila ciszy i znowu… Tragedia. Wstaję i kładę się, wstaję i kładę się. W końcu aplikuję Ibum, bo to chyba jednak zęby. Działa. Jest 4.31. Rano muszę wstać, bo trzeba dzieci zawieźć do szkoły i zdążyć na rozprawę.

Rano oczywiście nie wstaję jak chciałam o 6.45, tylko o 7.10 i to z ociąganiem. Jestem otępiała, niewyspana, ale przynajmniej przygotowałam sobie ciuchy, żeby jakoś wyglądać. Szybki prysznic i budzę dzieciaki. Najstarszy niewyspany, nie chce wstać. Mnie chce szlag trafić, a on nie reaguje. W końcu się zwleka. Nie ma czasu, więc rezygnuję ze starannego makijażu, no trudno, spotkanie po latach nie będzie dla mnie zbyt korzystne. Robię szybkie śniadanie z tego co jest, a nie ma nic prawie. Na myśl, że czekają mnie dziś jeszcze zakupy z małym, krzywię się, bo nie lubię się spieszyć na zakupach.

Dobra. Jadę do szkoły, bo już jest 7.50. Jeszcze montaż fotelików (wymieniamy się z nianią) i już wyjeżdżamy. Średni syn pakuje jeszcze makietkę, którą przygotowywał cały wieczór.

– Mamo, ale jak ja sobie poradzę z tą makietą w szatni?

No tak, makietka całkiem spora jakieś 70×50 cm, ciężko mu będzie. Jakby tu zrobić? Koniec z końców starsi idą do szatni, ja czekam chwilę aż się przebiorą, zostawiam małego i biegnę do szkoły z tą, kuźwa, makietką, która wywraca mi się na twarz na wietrze, szybko przekazuję to synowi i wracam w te pędy, żeby mały się nie rozryczał na dobre.

Teraz sąd. Mam dobry kawałek w to miejsce, ale mam też duży zapas czasu. To rzadkość w moim wykonaniu, zwykle wszędzie lecę z wywieszonym językiem. W międzyczasie uświadamiam sobie, że mam wyłączony telefon, bo się wyładował w nocy i nie miałam czasu go naładować. A w związku z tym nie mam internetu i telefonu. Ajajaj!!!! To jak ja znajdę ten sąd i salę? Pamiętam tylko ulicę i salę sto – którąś. Dobra, jakoś sobie poradzę, pocieszam się. Już sam fakt, że biorę małego do sądu to pomyłka, ale cóż zrobić, nianię mam na popołudnie, bo i do pracy mam na 16.00. Szczęściem jakoś znajduję sąd. Ładuję się z wózkiem do zabytkowego budynku i już widzę schody. Co prawda jest winda dla wózków inwalidzkich, ale nie chce mi się tego uruchamiać. Krzyczę na ochroniarza czy wie, gdzie to może być sprawa tata i taka. Budynków jest kilka i to mnie trochę martwi. Ochroniarz odsyła mnie do informacji i proponuje, że popilnuje małego. Lecę. Za chwilę wszystko wiem, teraz tylko znaleźć tą salę. Po krótkim plątaniu się po budynku znajduję ją dosyć szybko i już czuję ulgę, że dałam radę bez telefonu. Przed salą siedzi już druga świadkowa, która na szczęście będzie mogła zaopiekować się małym jak będę zeznawać. Bo, jak się okazuje na salę nie wolno wejść z dzieckiem.

Wchodzę i już na początku mam problem, bo nie mogę zlokalizować dowodu. Wyciągam wszystkie karty (ale będzie siara jak nie znajdę), wizytówki (kurna, przecież sprawdzałam wczoraj i był), rachunki i w końcu jest! jest! Uradowana podaję dowód stenotypiście. W tym czasie sędzia mówi o moich prawach i obowiązkach, ale nie słuchałam go w tym roztargnieniu i nie wiem co mówił. Potem przysięga i już zeznaję. Plącze mi się wszystko. Najpierw zapominam ile mam lat i sobie rok odejmuję, a co! Potem plączą mi się daty i sumie nie wiem, ile lat znam się z koleżanką, w sprawie której zeznaję. Dobrze, że nie pytają mnie o imiona moich dzieci, bo chyba nie byłabym w stanie ich poprawnie wymienić.
Z ulgą wychodzę i jadę do domu po drodze niemal zasypiając. W domu kładę małego spać i sama też padam. Budzimy się koło 13.00, robię małemu jeść i zaraz do mnie dociera, że mój najstarszy syn, któremu już nie przysługuje świetlica czeka na mnie od godziny w szkole. AAAAAAAA!!! Trzeba lecieć do szkoły!! Biorę dokumenty i komórkę i już odpalam samochód.

Odbieram obu synów i lecimy na zakupy. Kiedy zbliżam się do samochodu widzę, że znowu klapa mi się odczepiła spod silnika (o tej mojej nieszczęsnej klapie piszę w tekście “Kokardka pod silnikiem”). Na szczęście nie szura. Ale po drodze uświadamiam sobie, że nie wzięłam pieniędzy. Jedziemy więc do domu. Tam biorę kartę płatniczą i reklamówki oraz spinki i próbuję związać tą klapę z resztą samochodu, tak, żeby nie wisiała. I nie szurała. Po kilku próbach udaje się, wszak mam już doświadczenie w tej kwestii! Kolanem wciskam błotnik, bo też trochę odstaje. Ciągle nie ma kiedy pojechać do mechanika.

Kiedy podjeżdżam pod Biedronkę, dociera do mnie, że nie mam drobnych na wózek, wzięłam tylko kartę. A by to, kuźwa, szlag trafił, mam już dosyć dzisiejszego dnia! Najstarszy syn, widząc moją minę i zrezygnowanie, cudem znajduje gdzieś w schowku jakieś zabłąkane drobne. Jeszcze wymieniam je u jakichś ludzi na całą złotówkę i w końcu obwieszona dzieciorami idę poczynić zakupy. W sklepie jęk, bo każdy coś chce, coś, czego ja nie chcę kupić. Mały koniecznie chce wyjść z wózka, a ja już czuję, że mam kwadratowy łeb. Wracam do samochodu obładowana dobytkiem, wózek jedzie w przeciwną stronę niż ja chcę, nie mogę znaleźć kluczy, a w radiu właśnie ogłaszają początek weekendu. Piątek, piąteczek, piątunio… a ja jeszcze nie byłam w pracy.

Jest 15.00. Czas się zbierać do roboty. I wiecie co? Z przyjemnością tam jadę. Przynajmniej trochę odsapnę.

Czasem tak się zdarza, że wszystko idzie jak po grudzie. Każda następna chwila wydaje się gorsza, a wszystkie okoliczności jakby się sprzysięgły przeciwko nam. Macie jakiś przepis na odstresowanie się po takim dniu? A może w ogóle nie robi to na was żadnego wrażenia, ot taki dzień?

 

  • Barbara Piasecka

    Najlepszym odstresowaniem się po ciężkim dniu jest przywiezienie dzieci do babci Basi .Pozdrawiam i czekam.

    • No właśnie chyba tak zrobię 🙂 Ale nie będę się rozdrabniac i podrzucę od razu na cały tydzień 🙂