7 klasa po reformie edukacji

21

Teraz, kiedy już mamy za sobą rok od wprowadzenia kolejnych zmian w szkole, mogę się Wam powiedzieć, jak wygląda 7 klasa po reformie edukacji. Nie będzie miło i przyjemnie, i bynajmniej nie wesoło. Bo to, co nam zafundowało Ministerstwo Edukacji, to jeden wielki chaos i zamieszanie, a wszystko kosztem dzieci i rodziców. Ciekawe, czy macie podobne zdanie?

7 klasa – zmiany organizacyjne kosztem dzieci


Kiedy mój syn kończył 6 klasę, dowiedzieliśmy się, że w edukacji nadchodzą zmiany. Powiem szczerze, że na początku ucieszyłam się. Nie dlatego, że są zmiany, ale że nie będę musiała na razie martwić się o egzamin szóstoklasisty i o szkołę, do której trafi moje dziecko. Nowe otoczenie, znajomi, zderzenie z okresem dojrzewania – to mogła być mieszanka wybuchowa. Moja intuicja podpowiadała mi, że w starej podstawówce, wśród paczki kolegów i ze znajomymi nauczycielami, będzie mojemu synowi lepiej. I może mniej wyjdzie z tego problemów. Jak się później okazało, to chyba był jedyny plus tej reformy.

Z początkiem września dowiedzieliśmy się, że szkoła pęka w szwach i dzieci nie dość, że mają dwie zmiany, to pierwsza lekcja zaczyna się o 7.30! Trzeba było gdzieś wszystkie klasy pomieścić, więc przesunięcie czasu rozpoczęcia lekcji o pół godziny dało trochę pola manewru dla dyrekcji szkoły.

Jednak dla chłopców i dla mnie, szczególnie zimą, to poranne wstawanie to była masakra. Wszyscy o tej porze byli nieprzytomni, zmęczeni i milczący. Jak zombi. To przestawienie się, przede wszystkim na wcześniejsze chodzenie spać, nie wszystkim poszło sprawnie. Zdarzało się, że dzieci usypiały na lekcjach, a pierwsza godzina to było głównie dochodzenie do siebie. 

Drugim zaskoczeniem były nowe dzieci w klasie. Okazało się, że to dziewczyny i chłopcy, którzy nie zdali do następnej klasy. I nic nie byłoby w tym dziwnego, gdyby nie to, że osoby te nie zdały z pierwszej do drugiej klasy gimnazjum! Ponieważ gimnazja zlikwidowano, przesunięto je z powrotem do podstawówki. Nasze dzieciaki poszły do szkoły jako sześciolatki, więc różnica wieku pomiędzy uczniami była minimum 2 lata, a zdarzało się, że i więcej. Z czasem wyszło, że któryś z nowych uczniów wagaruje, inny pali papierosy. Dla mojego syna była to pewnego rodzaju nowość. Wcześniej nikt nie przekraczał granic, klasa miała dość wysoką średnią ocen i nigdy nie było z nią większych problemów. Teraz mogło się to zmienić.

Jako rodzice zareagowaliśmy i poprosiliśmy o przeniesienie nowych uczniów do równoległych klas, w których uczą się dzieci starsze o rok. Jakkolwiek by to nie wyglądało, nic nie wskóraliśmy. Ostatecznie, po roku nauki, mogę powiedzieć, że nikt się nie wykoleił pod wpływem nowych kolegów i koleżanek, ale początkowo zostali odebrani przez rodziców z dużą rezerwą i nieufnością. Moją również, bo ostatnią rzeczą, której chciałam, to tego, żeby mój syn poszerzył horyzonty o rzeczy, o których może wcześniej nawet nie pomyślał.

Dzięki interwencji rodziców udało się jednak załatwić, żeby klasy, które przygotowują się do egzaminu ósmoklasisty, nie musiały chodzić na drugą zmianę. Ulżyło mi, naprawdę, bo po 7 lekcjach syn wraca ze szkoły w miarę na tyle wcześnie, że ma czas na naukę i chwilę odpoczynku. 

Nowa podstawa programowa, czyli chaosu ciąg dalszy


Wraz z rozpoczęciem nowej klasy w nowej, szkolnej rzeczywistości, weszły w życie nowe przedmioty. Pojawiła się chemia, fizyka oraz drugi obcy język w klasach, w których go nie było (u nas akurat już był od 4 klasy)
– wszystkie te przedmioty po 2 godziny lekcyjne. Dodatkowo do napiętego już planu lekcji dołączono doradztwo zawodowe w wymiarze 10 godzin na cały rok szkolny, na szczęście bez systemu oceniania. Ze starych przedmiotów zniknęła tylko technika, a została, nie wiem po co, plastyka, muzyka i religia. Nie potępiam tych przedmiotów, nawet uważam, że dzieci powinny znać się na sztuce przynajmniej w podstawowym zakresie. Jednak w momencie, gdy przybyło tyle godzin, a plan lekcji stał się nagle przeładowany do tego stopnia, że w sumie przy wszystkich zajęciach dzieci spędzały w szkole nawet 37 godzin tygodniowo, to uważam, że jest to zbędne obciążenie. Dodatkowo, gdy pojawiał się sprawdzian z muzyki, a do nauki było i tak sporo materiału, naprawdę nie miałam serca wymagać od mojego syna perfekcyjnego nauczenia się o Chopinie czy Mozarcie! Nic nie powiem tu o religii, o której pisałam w innym poście. Moim zdaniem nie powinno łączyć wiary ze świecką szkołą, płacić księżom pensje i jeszcze oceniać poziom wiedzy stopniami!

Nowe przedmioty mój syn polubił i szło mu całkiem dobrze. Jednak z czasem okazało się, że trudno jest zmieścić trzy lata gimnazjum w dwóch podstawówki, tak jak to było zamiarem ministerstwa. Reforma przeprowadzona na szybcika, zaowocowała błędami i niespójnością w  treści książek.

Przeglądając podręczniki, wydawało mi się, że jest tam tak dużo wiedzy, że nie wiadomo czego najpierw się uczyć. Poza tym poszczególne przedmioty nie były ze sobą spójne. Dzieci robiły zadania z fizyki, o których nie było jeszcze nic na matematyce. Połowę pierwszego semestru z historii to powtórka materiału z 6 klasy, a na polskim lektury nieprzystające do czasów i kultury, w której wychowują się nasze dzieci. Lista lektur obowiązkowych w klasie 7 i 8 to koszmar, przez który ciężko mi było przejść w liceum, kiedy byłam starsza, dojrzalsza i żyłam trochę w innych czasach. “Pana Tadeusza” czytałam do matury. Po reformie mój syn, lat 13, musi przeczytać to dzieło w całości, będąc w 8 klasie! Dzieci nie rozumieją języka, nie wiedzą o co chodzi w Quo Vadis czy Balladynie. Mrożek, Fredro czy Mickiewicz to oczywiście wielkie postaci, ale czy nasze dzieciaki ich zrozumieją? Czy będą się śmiały z komedii, wzruszały trenami? No nie! Wygląda to zupełnie inaczej. Te, które podchodzą do lekcji na luzie, tak jak moje dziecko, olewają czytanie, te ambitne płaczą nad kartami wielkiej poezji czy prozy, próbując przebrnąć przez trudny i nieczytelny język. A nauczyciel nie ma pola manewru, bo lektury są obowiązkowe. Do nich, tak jak moje pokolenie niegdyś na maturze, ósmoklasiści będą musieli odwołać się, pisząc wypracowanie na egzaminie. 

Wizja egzaminu na tej podstawie programowej przeraża mnie. Nie wiem, jak mój syn da radę, znając jego podejście do edukacji, problemy z koncentracją i samodzielnym przyswajaniem wiedzy. Nawet nie chce mi się o tym myśleć, bo ocen z polskiego niestety nie poprawił. To i materiał, który musi przyswoić, aby napisać egzamin, nie napawa mnie dobrymi myślami. Nauczyciele lecą z materiałem, żeby zdążyć, a dzieci muszą nadgonić materiał samodzielnie. W większości na korepetycjach i kursach z angielskiego. 

Problemy z nauką


Wiecie już z poprzednich moich wpisów, że mój syn ma problemy z nauką. Podczas gdy jego IQ wynosi 122 (według testów wykonanych w Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej), nie potrafi wyciągnąć na więcej niż 4.0, co nie jest złą średnią, ale na tle klasy niestety jedną z gorszych. Żal mi też patrzeć na to, ile pracy musi włożyć w to, żeby nauczyć się na ocenę bardzo dobrą.  Zwykle więc otrzymuje średnie stopnie, a w dzienniku ma pełen zakres wszystkich ocen: od 1 do 6. Do tego dochodzą problemy z koncentracją i z percepcją słuchową, co nie ułatwia zapamiętywania i przetwarzania informacji. I wiecznie problem z powtarzaniem materiału, pamiętaniem o sprawdzianach, zadaniach domowych czy projektach.  Niestety, część pał, których nie można było poprawić, to były braki zadań domowych, zapomniany zeszyt czy brak wykonanego doświadczenia, na które potrzebny był czas, więc nie można było go przeprowadzić z dnia na dzień. Te niedostateczne oceny wyprowadzały mnie z równowagi, przyznam się szczerze, bo nie dość, że wszystkie dobre oceny przychodziły z takim trudem, to te przypadkowe zaniżały średnią ocen. 

Postanowiłam więc przypilnować jego obowiązków. Przed sprawdzianem odpytywałam go, żeby w końcu zrozumiał, ile razy trzeba powtarzać materiał, żeby móc powiedzieć, że się umie. Do tej pory wyglądało to tak, że moje dziecko czytało raz i wydawało mu się, że opanował potrzebną wiedzę. Trochę pamiętał z lekcji, trochę sobie przypomniał i tak leciał na sprawdzian. Na dłuższą metę brak umiejętności uczenia się musiała się odbić na ocenach. A te są ważne, (niestety!) przy przyjęciu do średniej szkoły. Musiałam więc przycisnąć syna, żeby zaczął podchodzić do sprawdzianów solidnie, bo to niewątpliwie przyda mu się w ósmej klasie, a potem w szkole średniej, nie mówiąc już o wyższej, gdzie tego materiału do nauki jest jeszcze więcej. 

To były najgorsze godziny w ciągu dnia i dla mnie, i dla mojego dziecka. To przepytywanie to był dla mnie przykry obowiązek, ale nie odpuszczałam, aż w końcu siedliśmy oboje i stwierdziliśmy, że nienawidzimy tej wspólnej nauki. Po kilku miesiącach pracy uznałam jednak, że czas najwyższy dać dziecku wolną rękę i pozostawić jego obowiązki na jego głowie. W końcu musi zacząć sam zarządzać swoim czasem i pilnować swoich zadań. Ja ograniczyłam się tylko do kontrolowania dziennika elektronicznego i terminów sprawdzianów, poprawek i projektów. Z czasem zaczęło to wszystko jakoś działać i całe szczęście, bo już naprawdę głupio mi było odpytywać takiego dużego chłopa jak dziecko w pierwszej klasie. Ale, mówicie, co chcecie, inaczej się nie dało. Nie mogłam go zostawić samego sobie, bo wtedy wszystko leżało odłogiem, sprawdziany pisał na waleta, a zadania domowe odrabiał od czasu do czasu. 

I jeśli ktoś mi zarzuci, że przesadziłam z tym odpytywaniem, to powiem, że mam porównanie, bo mój średni syn uczy się sam lub z moją niewielką pomocą (tylko wtedy, kiedy sam poprosi). On pamięta o sprawdzianach, uczy się na nie bez mojego udziału, lekcje ma zwykle odrobione, a niedostateczne stopnie, jak się trafią, od razu poprawia. Na koniec czwartej klasy udało mu się wyciągnąć na czerwony pasek, choć wcale na to nie cisnęliśmy. Uważam, że niektóre dzieci potrzebują pomocy przy lekcjach, a niektóre nie. Dla mojego najstarszego syna 7 klasa to był ostatni dzwonek, żeby wszystko sobie poukładać i zaskoczyć z uczeniem się. 

Reforma czy deforma?


Reforma przeprowadzona zbyt szybko i bez zbędnego przygotowania, odbiła się i jeszcze odbije na naszych dzieciach. Jest to rocznik eksperymentalny, a niektórzy mówią, że nawet stracony. Do szkół średnich trafi bowiem podwójna ilość uczniów: dzieci z podstawówek i z gimnazjów. Będą one walczyć o miejsca w szkołach, będą wypruwać z siebie żyły, żeby zdać egzamin na jak najlepsze stopnie, będą bić się o oceny, zdobywać punkty za co się da, żeby tylko dostać się do upragnionej szkoły.  Przysporzy to jeszcze więcej stresu nie tylko dzieciom, ale rodzicom i nauczycielom również.

Powiem szczerze, że przeraża mnie ta polityka, te chore ambicje, które wprowadzają chaos i zamieszanie do szkół, w których i tak od wielu lat spokoju przecież nie było. Ciągłe zmiany, różne podstawy programowe, ściśnięty materiał z trzech lat w dwa – to nie może zostać ocenione pozytywnie. Obecnie widzę frustrację i dzieci, i rodziców, i, co najgorsze nauczycieli. Materiału jest tyle, że trudno o chwilę czasu na zainteresowania czy jakieś zajęcia dodatkowe. Ciągle sprawdziany, kartkówki i bieżąca nauka. 

Do tego szkoły zostały zostawione jakby same sobie. Na zasadzie: my robimy reformę, a wy sobie jakoś radźcie. Nasza osiedlowa szkoła już pęka w szwach. Od tego roku szkolnego dzieci chodzą do szkoły na trzy zmiany, a ostatnia lekcja kończy się o 17.40! Na którymś z zebrań usłyszałam komentarz jednego z rodziców odnośnie sytuacji w naszej placówce: “Po co dobrze uczyć? Żeby mieć lepsze statystyki ocen i więcej uczniów?”