Cukiereczki i inne słodycze

5

Cukiereczki, dropsy, czekoladki, ciasteczka i inne słodycze – to wszystko uważam za zbędne w diecie moich dzieci. Więc nie kupuję. Walczę też z mężem, który nie jest już tak restrykcyjny. Torby ze słodyczami, które dostajemy pod choinkę, na Wielkanoc czy na urodziny są chowane, a zawartość wydzielana w małych ilościach. Co mnie więc podkusiło, że kupiłam najmłodszemu synowi paczkę orzeszków oblanych czekoladą?

A zaczęło się od wizyty u babci. Pojechałam tam z siostrą na dwa dni i wzięłam Malutka. Siostra kupiła mu deser – czekoladowy serek. Nic by nie było w tym szczególnego poza tym, że pod wieczkiem były kolorowe cukiereczki, coś w stylu M&M.

Cukiereczki i inne słodycze

Mały zobaczył je po raz pierwszy w życiu i oszalał. Cóż to była za radość, co za błogość na tej i tak słodkiej buzi! Dałam dziecku połowę, ale już za chwilę miałam przed nosem wyciągniętą rączkę. Na buzi błagalna minka, oczka patrzące na mnie w taki sposób, że po prostu serce mi się pokrajało. No ale nie, nie mogę mu dać wszystkiego na raz. Skończyło się strasznym płaczem, leżeniem na podłodze i pocieszaniem przez babcię, dziadka i ciocię.

Nic mnie to nie nauczyło.

Następnego dnia synek dostał drugą porcję słodyczy. Szczęście wprost kipiało z mojego dziecka, a cukiereczki zostały błyskawicznie przechwycone przez i tak klejące się łapki, po czym w szybkim tempie zniknęły w buzi. Synek był przez kilka minut wprost wniebowzięty, ale szybko się ocknął z cukierkowego otępienia, by ruszyć w te pędy po następną porcję kolorowych czekoladkowych dropsów. Niestety! Pokazałam Maluszkowi puste wieczko, w którym nic nie było. Pusto, zero, null! Nie dotarło, bo Malutek już bardziej zdecydowanie zaczął stukać pulchnym paluszkiem w przeźroczyste, plastikowe wieczko. E!! EEE!!!

Rozczarowanie mojego syna było tak bezkresne, że już chciałam ubierać buty i pójść do sklepu po następne cukiereczki, które tak uszczęśliwiają moje dziecię. Nie poszłam, więc mały uraczył nas kolejnym aktem niezmierzonej rozpaczy.

Na szczęście przyjechał tata i zabrał nas do domu. Po drodze weszliśmy po szybkie zakupy do marketu. Z pudłem najpotrzebniejszych towarów stanęliśmy przy kasie, a z nami nasz słodziak.

Już mieliśmy kasować nasze zakupy, kiedy wzrok mój padł na przedmiot uwielbienia mojego syna – paczkę kolorowych dropsów. Tylko sięgnąć ręką, a moje dziecko będzie uradowane po pachy. W mojej głowie ani przez chwilę nie zagościło zwątpienie i przejaw zdrowego rozsądku. 

– Wiesz, Mały dostał u babci takie dropsy i był przeszczęśliwy – mówię do męża. Na to sprawca zamieszania spojrzał na mnie wiele mówiącym spojrzeniem i… zmiękłam. Tak! Ja, we własnej osobie, postanowiłam sprawić Maluszkowi przyjemność. I sobie też, wszak patrzeć na tak ucieszone dziecko to sama radość.

Mąż zakupił więc orzeszki zatopione w czekoladzie z polewą cukrową. Czyli kolorowe cukiereczki, chrupiące pod zębem i rozpływające się w ustach. Mały chwycił paczuszkę, przycisnął do piersi niczym coś skarb najcenniejszy i w takiej pozycji dotarliśmy do domu.

Jeszcze nie zdążyłam przekroczyć progu, a już otrzymałam instrukcje wskazane pulchnym paluszkiem, co najpierw mam zrobić. EE! Mama, E!

– Poczekaj chwilunię, tylko się rozbierzemy i dam ci cukiereczki do miseczki – próbuję tłumaczyć.

Taką miałam strategię – dać troszeczkę, a resztę zostawić na następny dzień. Ale mąż był szybszy. Otworzył paczuszkę i dał ją w całości Malutkowi. Nie było konkurencji, bo starsi chłopcy rozjechali się do babć, więc pozostawało li tylko zjeść to wszystko w spokoju. 

Cukiereczki i inne słodycze

Kiedy się rozpakowaliśmy, usiadłam koło Małego i z przerażeniem zobaczyłam, że już połowę paczki zniknęło w umazanej kolorowym lukrem buzi. 

– Zobacz – mówię do męża – on zaraz zje całą paczkę i będzie go brzuszek bolał. Trzeba mu to zabrać!

Ale jak? Toż to ryk wniebogłosy będzie!

Jednak mąż nie bawił się w dyplomację, dał Malutkowi jeszcze kilka orzeszków do rączki i zabrał paczkę.

– Nieeee!!!!! – usłyszałam zaraz. Mały dopadł do szafki z takim płaczem, że uszy rozdzierało. Ale ponieważ bawił się plastikowym pojemniczkiem z jajka niespodzianki, do którego chował sobie cukiereczki, mąż postanowił to wykorzystać. 

– Posłuchaj, tatuś da ci jeszcze kilka orzeszków do pudełeczka, a resztę musimy schować, bo brzuszek będzie cię bolał! 

Mały dostał kolejną porcję słodyczy i przestał płakać. Ja odetchnęłam z ulgą. 

Cukiereczki i inne słodycze

Było już późno i nadszedł najwyższy czas na kąpiel i spanie. Zwykle już dawno jesteśmy po wieczornej toalecie, no ale dziś nie dało się dziecka oderwać od orzeszków, więc dałam spokój.

Pół godziny później Mały wylądował w łóżeczku, a my rozpoczęliśmy wieczór. Akurat zaczął się film, więc nalałam sobie lampkę wina i rozłożyłam się na sofie.

Mały zasypiał. 

Po jakiejś półgodzinie słyszę z góry, że mnie woła. Pić. Lecę więc z wodą, wszach po takiej dawce cukru pewnie dziecko suszy. Wypił, położył się, zakrył kołderką i zamknął oczy przytulając buzię do króliczka. Co za słodziak, westchnęłam nad łóżeczkiem i zeszłam na dół. 

Za 15 minut znowu słyszę Małego. Kręci się i nie może zasnąć. Pewnie go boli brzuszek, pomyślałam zła, że pozwoliliśmy mu zjeść tyle tych cukierków. Przecież tak to musiało się skończyć. Słodycze daję Małemu bardzo sporadycznie (pisałam o tym w poście “O zasadach przy trójce dzieci”), a tu nagle taka dawka. Za mało chyba dzieci wychowałam, fuknęłam na siebie i poszłam do góry.

Mały leżał w łóżeczku rześki, jakby to była 9.00 rano. Wyskoczył z pościeli na mój widok i bezceremonialnie wywalił nogę przez barierkę, wskazując paluszkiem gdzie konkretnie chce wyjść.

– Brzuszek cię boli? – zapytałam, żeby ustalić, czemu nie chce spać.
– Taaaak… – Mały zrobił żałosną minkę i wyciągnął do mnie rączki.

Ech, koniec uroczego wieczoru, już i tak straciłam wątek.

Mąż zaparzył ziółka na kłopoty z trawienie, ale synuś nie wyglądał na chorego. Przez następne półtorej godziny roznosiła go energia dostarczona przez taką ilość cukru i skakał po nas i po kanapie głośno się śmiejąc, aż mieliśmy już go dosyć.  Wybiła 23.00, dzięki Bogu, a Mały nie zamierzał pójść spać. Kolejny raz pożałowałam, że kupiłam te cholerne cukierki. Nawiasem mówiąc, też zjadłam sporą garść z wielkim smakiem i mnie zemdliło tą słodyczą, nie mówiąc o dodatkowych kaloriach. By to szlag, stara, a durna!

– Słuchaj, dałeś dziecku całą paczkę cukierków, to teraz zrób coś, żeby on wypił te ziółka, bo nie wiadomo, co z tym brzuchem jeszcze będzie. Bo energię już chyba wyładował. Tak mi się zdaje – popatrzyłam na syna, który akurat startował, żeby naskoczyć na mnie i sturlać się na poduszki, i zwątpiłam. 

Mąż złapał małego rozbójnika i wręczył mu kubeczek z ziółkami. Mały powąchał i się skrzywił. No tak, kto lubi koper włoski. 

– Czekaj, ja tu gdzieś myłem strzykawki – w głowie męża włączył się gen wynalazcy, po czym uradowany, że rozwiązał problem, wrócił do Małego. 

Skrzywiłam się z powątpiewaniem, bo gdzież Mały da sobie wlać do gardła cały kubek kopru włoskiego. Ale! Nie doceniłam małżonka. Przy tacie synuś łagodnieje, więc i tym razem udało się poskromić drania i strzykawka za strzykawką wypił cały napar.

A potem spokojnie zasnął w łóżeczku. 

Na drugi dzień postanowiłam szybko pozbyć się problemu z cukiereczkami. Zresztą od rana paluszek wskazywał azymut na szafkę ze słodyczami, więc po śniadaniu wysypałam Małemu resztę orzeszków na stół i, żeby nie było wątpliwości, postawiłam mu przed nosem pusty woreczek. Tym razem obyło się bez płaczu i zakończył się mój problem ze słodyczami.

Cukiereczki i inne słodycze

Po tym całym zamieszaniu usiadłam i przemyślałam sprawę. Ale ze mnie tępa dzida! Po co mi była cała ta akcja? Niepotrzebne, to raz. Niezdrowe, to dwa. Niewychowawcze – trzy. Żadnych plusów poza nastrojem cukierkowego uniesienia mojego dziecka. Słodycze kupuję bardzo rzadko, a cukierków to już w ogóle, i tym wydarzeniem utwierdziłam się w przekonaniu, że dobrze robię. Inaczej oczywiście by to wyglądało, gdyby Malutek dostał do miseczki kilka kolorowych orzeszków i to by było na tyle. Sami popełniliśmy błąd, dając dziecku do rączki całą paczkę. To spowodowało dalszy ciąg wydarzeń, które wymknęły nam się spod kontroli. No i efekt uboczny w postaci rozpierającej dziecko sztucznej energii, mdłości i bolącego brzuszka.

No way, od dziś żadnych słodyczy bez okazji!